Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 029 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

SARMATA W MOIM SERCU NA ZAWSZE

piątek, 21 listopada 2008 23:38

OTO NASZA DRUŻYNA RKS SARMATA WARSZAWA NA TURNIEJU W DANII W 1990 ROKU




GÓRNY RZĄD OD LEWEJ: M.SUWART, M.MAZIARZ, M.CHYLIŃSKI, A.ROSZAK, A.PAWŁOWSKI (TRENER), M.ŁUGOWSKI, J.KORZISTKA (KIEROWNIK), R.OSTROWSKI, M.KUŚMIDER, R.PIĘTA
DOLNY RZĄD OD LEWEJ: R.WITKOWSKI, P.ZALEWSKI, P.ORLIŃSKI, Ł.STASIUK, J.KOKOT, D.BIELIŃSKI (kapitan Kloss)

TAMTYCH CHWIL NE DA SIĘ ZAPOMNIEĆ.

PANOWIE OFICEROWIE, SZACUN NA WIEKI.

skanuj0002.jpg
                                 
                                         


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

RKS SARMATA 1976 - KOMUNIKAT SPECJALNY

sobota, 14 kwietnia 2007 17:19

                                                                                                                            

 

Jest dobrze, wspomnienia powróciły, miłość między nami na nowo zakwita. Drużyna w wersji oldboy rodzi się na nowo. W związku z brakiem czasu na rzetelne pisactwo zawieszam czasowo historię o naszej drużynie. Julek teraz jest dla mnie najważniejszy i chcę poświęcić mu cały mój wolny czas. Jest jeszcze drugi powód, dla którego chcę się na chwilę zatrzymać. Otóż wkrótce otrzymam do ręki nowe materiały dowodowe, które rzucą nowe światło na pewne sprawy. Niektóre zdarzenia zostaną pokrótce zdementowane i zastapione nowymi wersjami zdarzeń. Równiez będą składy z meczów z pierwszego sezonu 1987/88 oraz...udokumentowane składy z pierwszych naszych spotkań w historii ze Świtem i Zniczem Pruszków!!!!!!!!!! I wiele wiele innych arcyciekawych informacji, na przykład na temat poszczególnych zawodników w różnych etapach kariery.

                                                                                                                               

 

NIECH BĘDZIE TO TAKŻE NASZA SKRZYNKA KONTAKTOWA DO MOMENTU WSKRZESZENIA DLASZEJ CZĘŚCI HISTORII ZA JAKIŚ CZAS. ALE STORY POWRÓCI I TO POWRÓCI KUR..A W WIELKIM STYLU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! CHECK THIS OUT !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!                   

                                                                                                                       

 

I W KAZDĄ NIEDZIELĘ O 16.00 GRAMY!!!!!!!!!!!!!!!!!!


oceń
0
0

komentarze (24) | dodaj komentarz

RKS SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ X?

niedziela, 01 kwietnia 2007 10:00

                                                                                                        

 

    

O mistrzowski tytuł w stolicy w roczniku 1976 przyszło nam walczyć z drużynami, które również okazały się najlepsze w dwóch pozostałych grupach. POLONIA WARSZAWA oraz URSUS WARSZAWA. Z Ursusem już znaliśmy się dość dobrze i wiedzieliśmy, że to nieobliczalna grupa zawodnicza z obrzeży miasta stołecznego Warszawy. Natomiast Polonia, jako klub z tradycjami przedwojennymi, była nam ogólnie także znana, jednak nie mieliśmy w zasadzie żadnych informacji na temat możliwości tego klubu, jeśli chodzi o chłopaków z naszego rocznika. Wtedy ich seniorska sekcja piłkarska była w trzeciej lidze i miała aspiracje drugoligowe. Po woli wchodził będzie tam kapitał Janusza Romanowskiego i w ciągu kilku lat powstanie tam drużyna na miarę nie tylko pierwszej ligi, ale i mistrza Polski.

Turniej o mistrzostwo Warszawy polegał na tym, że każdy z klubów rozgrywał po 4  spotkania, które odbywały się w krótkim odstępie czasowym – co 3-4 dni mecz. W naszym przypadku były to mecze u siebie i na wyjeździe z każdą w wymienionych ekip. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale byliśmy mocno podekscytowani uczestnictwem w tym „Wielkim Finale” i oczywiście marzyliśmy, aby jak najlepiej się zaprezentować i zająć jak najwyższe miejsce. Nasza forma sportowa jak do tej pory była bardzo wysoka, czego dowodem były wyniki spotkań z sezonu zasadniczego. Wierzyliśmy, że w takiej dyspozycji jesteśmy w stanie pokonać każdego.

Zbliżał się więc pierwszy mecz ma naszym stadionie z POLONIĄ WARSZAWA. Niestety na treningu przed meczem kontuzji doznaje 8 zawodników z podstawowego składu i 6 ciu teoretycznie rezerwowych. W sumie 14 piłkarzy jest niezdolnych do gry. Ach co za pech!!!  Pod znakiem zapytania staje czy w ogóle uda nam się zebrać 11 piłkarzy na to spotkanie. Musimy ratować się wypożyczeniami w obrębie naszego klubu. Trener Pawłowski desygnuje więc do gry następujący, eksperymentalny skład: Michał Kuśmider (bramkarz), Jan Korzistka (ostatni stoper), Mariusz Ługowski (lewa obrona), Piotr Orliński (prawa obrona), Pani Basia (pierwszy stoper) – Ludwik ( defensywny pomocnik), Jacek Piluchowski ( prawa pomoc), Piotrek Puchała (lewa pomoc), Młody Maranda (ofens defender) – Mikołaj Maziarz (napastnik) i sam trener jako grający trener Andrzej Pawłoski (napastnik). Od początku przycisnęli przeciwnicy i po dziesięciu minutach przegrywaliśmy już 0:3. W trzeciej minucie poszła akcja lewym skrzydłem. Niestety Jacek Piluchowski nie zdążył za pomocnikiem Polonii, poszła wrzutka na pole karne, a że akurat Kuśmis grał w tym momencie z Panem Jankiem w „sławnego człowieka”, nie zauważył jak piłka po uderzeniu napastnika gości wpada do siatki. W szóstej minucie, wyprowadzająca piłkę z naszej połowy Pani Basia postanowiła długim przerzutem w kierunku naszych napastników, uruchomić formację ofensywną naszej drużyny. Niestety czubkiem kozaka zahaczyła o murawę i wbiła się prawą nogą w boisko, zabijając przy tym dwa krety i cztery dżdżownice. Piłkę przejął zawodnik Polonii i strzałem z 45 metrów przelobował naszego bramkarza, który w tym momencie siedział na punkcie, z którego wykonuje się rzuty karne i dłubał w nosie. Nie zdążył w związku z tym sparować strzału poza linię boczną. W dziesiątej minucie spotkania z piątego metra wybijał piłkę Piotrek Orliński. Piłka spadła prosto pod nogi Łukasza Puchały, który przedłużył ją do najbardziej wysuniętego z przodu Andrzeja Pawłowskiego. Ten rozpoczął swój taniec z piłką. Mijał jak tyczki obrońców przeciwnika. Minął jednego, drugiego, trzeciego, czwartego i piątego, lecz po chwili zorientował się, że mija ciągle tego samego zawodnika, więc postanowił ruszyć w przeciwnym kierunku i znów poszedł jak burza „jadąc” slalomem mijając jak te przysłowiowe „salomonowe tyczki” 7 czy 8miu zawodników drużyny przeciwnej. Gdy już był w okolicach pola karnego, huknął jak z armaty, a piłka wpadła pod poprzeczkę. Strzał nie do obrony – tyle, że... znów Kuśmis nie miał szans. Zawodnik Pawłowski strzelił niestety bramkę samobójczą, choć chciał dobrze, ale po prostu nie do końca wyszło. Poza tym wiadomo przecież nie od dziś, że prawie na równi ze zdobyciem gola, liczy się także, a może przede wszystkim, zamysł zawodnika. No więc mamy 0:3 i nie pozostało nam nic innego, jak bronić tego w brew pozorom korzistnego wyniku. Plan trenera był taki, aby nie stracić więcej bramek do przerwy, a potem jakoś to będzie. Choć przyznam nie było to proste, biorąc pod uwagę, że graliśmy praktycznie w dziesiątkę, gdyż Pani Basia cały czas była wbita w ziemię i nie mogła się uwolnić z tej koszmarnej pułapki. Z odsieczą przyszedł na szczęście pan Waldek i w końcu wyciągnął panią Basię z ziemi i z opresji pod koniec pierwszej połowy. No a my, tak jak było w założeniach taktycznych, postanowiliśmy zamurować bramkę. W ruch poszła klubowa betoniarka i szast prast Szuwarek z Witkiem pod fachowym okiem będącego na meczu jako kibic Macieja Murawskiego (przyszłego kadrowicza Korea/Japonia 2002), postawili ścianę nośną na linii bramkowej. Do przerwy więc 0:3. W szatni kilka cierpkich słów usłyszeliśmy dokładnie wszyscy. Nawet trener po raz pierwszy sam siebie opierdolił i to zdrowo słowami: „Andrzejku przestań kurwa strzelać na własną bramkę, bo cię zdejmę.” Fakt. Konieczne były zmiany. Za Piotrka Orlińskiego trener desygnował Szuwarka, w miejsce Mariusza Ługowskiego wszedł Witek, natomiast za mnie (byłem najgorszy na boisku) na placu boju pojawił się w ataku Wujek Ostrego. Fatalnie interweniującego w tym meczu Kuśmisa zastąpił na bramce goalkeeper drużyny seniorów GÓRAL, który to Góral w tamtym okresie był także „bramkarzem” na dyskotece w klubie Hades. Także można powiedzieć, iż miał podwójne papiery na tę pozycję.  Czas więc przystąpić do decydującej batalii. Zmotywowani wyszliśmy na drugą połowę i z wiarą w siebie przystąpiliśmy do drugiej połowy. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zaczęło się układać po naszej myśli. Ludzie zgromadzeni na trybunach przecierali oczy ze zdumienia, a trzeba przyznać, że mecz obserwowało lekką ręką 10.000 ludzi, z czego 2000 na trybunach, reszta zaś siedziała na pobliskich drzewach. Był to rekord frekwencji w całej historii klubu. Dochód z biletów przekroczył budżet klubu z ostatnich 80 lat i włodarze klubu już zacierali ręce. Plany awansu do ligi mistrzów stawały się coraz bardziej realne. Ale wracając do meczu. Największe stadiony świata,  to co zaprezentowała nasza drużyna w drugiej połowie. Już przy wznowieniu piłki zapachniało bramką, gdy Wujek Ostrego uderzył nie sygnalizowanie i oczywiście niechcący... pana sędziego w czoło, a temu tak się zakręciło w głowie, że ni z tego ni z owego odgwizdał gola dla naszej drużyny. Ale jako, że my gramy zawsze fair postanowiliśmy wyzerować bilans bramkowy i przy nazwie GOSPODARZE na tablicy świetlnej ponownie pojawiła się liczba 0. Ruszyliśmy więc do frontalnych ataków. W 54 minucie grę wznawiał Góral długim wykopem. Piłka trafiła do Ludwika, który przyjął piłkę na klatkę piersiową i żonglując nią przeszedł około 20 metrów, a następnie lobikiem zagrał na prawa stronę, gdzie na piłkę czekał, niewidoczny prawie w pierwszej połowie, Jacek Piluchowski. Ten z pierwszej piłki odegrał do Młodego Marand(on)y, który serią zwodów położył na ziemię całą drużynę przeciwną, zakładając przy tym 23 tzw. „dziury”. Wypuścił następnie „w uliczkę” naszego asa atutowego Andrzejka Pawłowskiego. W sytuacji sam na sam nie pozostało mu nic innego, jak umieścić piłkę w siatce przechodzącej nieopodal i wracającej z niedzielnych zakupów gospodyni domowej Zosi Smoliwonsowej z ulicy Ludwiki, która to arteria przylegała od strony południowej do obiektu klubowego. 1:3 – odrabiamy wynik!!!!!!!  67 minuta – mamy rzut karny!!!!!! Powracająca do siebie, po przejściowych problemach z obuwiem wierzchnim Pani Basia, włączyła się do akcji ofensywnej i wspaniałym rajdem wpadając na pole karne, została brutalnie sfaulowana przez obrońcę „Czarnych koszul”. Do piłki stojącej na 11 metrze podszedł kapitan naszej drużyny – Ludwik (nie z ulicy Ludwiki nota bene). Sposób w jaki wykonał rzut karny zadziwił wszystkich. Wziął duży rozbieg – poszedł aż pod budynek klubowy – rozpędził się i uderzył piłkę stojącą na jedenastym metrze tzw. ”szczupakiem”, czyli rzucając się ofiarnie na ziemię i uderzając główką piłkę stojącą na ziemi. „Biedronka” wpadła w samo okienko i mieliśmy bramkę kontaktową. Co prawda złamał sobie przy tym nos i wybił przednie siekacze, ale nie poddał się i postanowił dalej uczestniczyć w meczu. Rany na bieżąco opatrywał doktor Warszawski, który miał w swoim neseserze z napisem PCK również protezy zębowe i szybko wstawił Ludwikowi brakujące ząbki i to bez znieczulenia. Wiadomo – Ludwik twardy był niczym John Rambo, więc tylko zacisnął dziąsła (jako, że zębów w tym momencie nie miał) i za chwilę był już gotowy do gry.  W związku z tym całym zamieszaniem postanowił zamienić się teraz z Andrzejem Pawłoskim i wejść do formacji atakującej, nazywanej przez niego NAPAŚCIĄ, podczas gdy nasz grający trener, przeniósł się teraz na środek pola. Piłeczki teraz szły jak po sznurku wymieniane pomiędzy naszymi pomocnikami i co i rusz trafiały do naszych napastników stwarzając zagrożenie pod bramką przeciwnika. W 76 minucie sędzia odgwizdał rzut rożny dla naszej drużyny, który egzekwował Pan Janek. Piłka łukiem niczym bumerang leciała już nad nieboskłonem przeszywana promieniami słońca w to piękne, niedzielne popołudnie. W pewnym momencie, ni z tego ni z owego, jak pantera albo nawet puma afrykańska, wybija się w powietrze nasz poczciwy napastnik Ludwiczek i jak nie pierdyknie z powietrza nożycami do paznokci, które akurat miał przy sobie, gdyż w przerwie robił sobie pedicure i nożyce zostały mu za pazuchą. Hugo Sanchez nie powstydził by się takiego strzału, szczególnie, że piłka w kontakcie z wspomnianym wyżej ciężkim sprzętem, przebiła pęcherz i spadła na ziemię, niezgrabnie tocząc się w stronę bramki. Jakie było zdziwienie gapiów, gdy zobaczyli, że piłka ku zaskoczeniu polonistów i samego bramkarza, wpada nieporadnie przy lewym słupku do siatki. 3:3!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Mamy więc upragniony remis i do końca walczymy o zwycięstwo. Wszyscy są już ogromnie zmęczeni i „oddychają” rękawami. W pewnym momencie, a była to zdaje się 85 minuta, trener Andrzej Pawłoski wkurzony na resztę zawodników, którzy praktycznie przestali już biegać i stali w miejscu podpierając się rękami pod boki, wrzasnął: ”Panowie no ruszcie dupy do cholery jasnej. Co to ma być krakowiaczek?”. I nasi jak stali tak zaczęli nagle tańczyć krakowiaka na murawie stadionu warszawskiego Sarmaty i śpiewać „Krakowiaczek jeden miał koników siedem pojechał na wojnę ostał mu się jeden”. Cała trybuna kryta, loża vipów oraz wszyscy, którzy siedzieli na drzewach, wstali i zaczęli bić brawo. Gromkie owacje trwały z 10 minut i w związku z tym sędzia doliczył brakujący czas. Ta pieśń wyśpiewana przez nas samych była o dziwo właśnie dla nas samych tak niespodziewanie motywująca, że pozwoliła wyzwolić ukryte gdzieś głęboko w naszej podświadomości pokłady energii. Postawiliśmy więc wszystko na jedną kartę i ruszyliśmy do finałowej ofensywy. Raz, dwa, trzy podania, klepeczka, górna piłka od nogi do nogi, „brasiliana” wręcz można by rzec, a w rolach głównych ci najbardziej wytrwali w dążeniu do zwycięstwa w tym spotkaniu, a w konsekwencji do wywalczenia mistrzowskiego tytułu w Warszawie. Pan Janek, Pani Basia, Ludwik, nawet Góral poszedł do przodu i pociągnął za sobą całą formację obronną. Co tu dużo mówić. Przez te ostatnie 5 minut zdobyliśmy jeszcze 12 bramek w tym 8 ukąsił Ludwik (wszystkie z przewrotki), 2 zdobył Góral z „angielki”, po jednej Pan Janek i Witek. Wygrywamy zasłużenie 15:3!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Pierwszy krok do mistrzostwa zrobiony!!!! Uffff, choć przyznacie, że nie było łatwo... Po tym meczu posypały się oferty transferowe. Po Ludwika zgłosiła się Benfica Lizbona i już po miesiącu przeszedł do klubu ze stolicy Portugalii za niebagatelną kwotę 46 milionów rubli transferowych. Obecnie, po zakończeniu kariery prowadzi tam szkółkę piłkarską, specjalizacja: „Czynna NAPAŚĆ na policjanta”. Pani Basia i Góral sami się transferowali i rozpoczęli karierę w dyscyplinie Piłka Rowerowa dostając angaż w drużynie braci Pospiszilów, czyli u naszych południowych sąsiadów. No cóż, choć ja sam byłem w tym meczu, jak już wspominałem, najgorszy na placu, ale również skorzystałem z intratnej oferty wysłanników Interu Mediolan i zostałem tam babcią klozetową w jednej z toalet w budynku klubowym. Po latach awansowałem nawet na stanowisko pucy-korka i czyściłem buty takim gwiazdom jak Pietro Fanna czy Luis Figo. Do dziś koresponduję z Claudio Gentile, od którego wiele się nauczyłem (m. in. smarkać nosa jednym palcem) i pozostajemy po dziś dzień w bliskich stosunkach. Także marzenia się spełniają, a spełniają się szczególnie wtedy, gdy jest się członkiem wspaniałej, legendarnej i ekskluzywnej drużyny Korzistki i Pawłowskiego RKS SARMATA 1976. I to już nie jest Prima Aprilis...   SARMATA W MOIM SERCU... JUŻ NA ZAWSZE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                                                                                                                                                                                                                 

 

       

                                                                                                                            

 


oceń
4
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, NASZA HISTORIA" CZĘŚĆ IX (FEATURING SZWEJU)

piątek, 23 marca 2007 18:16

                                                                                                                                      

Następny mecz rozgrywamy na stadionie GWARDII WARSZAWA (07.05.1989) przy ulicy Racławickiej i wynik jest identyczny jak w pierwszym spotkaniu. Jednak koniugacje milicyjne, a właściwie już powoli policyjne, nie dają nam wyboru. Gwardia ulega nam 0:7!!! Relacja: „W końcu odnieśliśmy porządne zwycięstwo. Już na początku meczu zaczął padać deszcz, zresztą nie przestał już do końca. Pod koniec ślizgaliśmy się tak, że trudno było celnie podać. Najładniejsza bramka to bramka Łukasza (Stasiuka) zdobyta głowa po dośrodkowaniu Jacka (Kokota). Odnotujmy jeszcze debiut Łukasza Puchały. A za tydzień ważny bardzo mecz. Musimy wygrać – i wygraliśmy” BRAMKI: 2-SAMOBÓJCZE (!!!), Ługowski, Stasiuk, Ostrowski, Roszak, Kokot                                                                                                                                    

No i przychodzi teraz rozegrać mecz sezonu nr 1. Nasz najgroźniejszy rywal OKĘCIE WARSZAWA (14.05.1989) i pojedynek rewanżowy na naszym boisku. Miałem pecha przed tym spotkaniem, bo wracając dzień wcześniej ze szkoły na skróty przechodziłem przez mur i uszkodziłem sobie kość piszczelową w prawej nodze. Bolało mnie jak cholera i następnego dnia już mogłem chodzić, ale z bieganiem nie było najlepiej. Wkurzony byłem strasznie, bo był to nasz najważniejszy mecz i przed odprawa powiedziałem trenerowi, że nie jest ze mną najlepiej. Trener nie brał pod uwagą, że mogę nie zagrać w tym spotkaniu i poprosił mnie, abym chociaż spróbował. Nie dałem się długo namawiać i zgodziłem się wyjść na boisko. Niestety po 5 minutach, nie chcąc osłabiać drużyny podjąłem decyzję, że nie ma sensu, abym grał dalej. Nie miałem odpowiedniego startu do piłki i nie było szans na twardą walkę. Ból był zbyt mocny. Do wejścia przygotowany był już wcześniej Paweł Zalewski, więc po kilku minutach stałem już spokojnie na bieżni i przypatrywałem się jak dalej potoczy się to spotkanie, trzymając kciuki szczególnie za Pawła, mojego zmiennika. W ten piękny, słoneczny dzień pokonaliśmy w pięknym stylu rywala 5:2. Bohaterem meczu był Artur Roszak, zdobywca CZTERECH bramek. Pamiętam, że był u nas taki zwyczaj wprowadzony przez Pana Janka Korzistkę, że po ważnym wygranym meczu zapraszał nas całą drużyną na lody do pobliskiej cukierni. To był super zwyczaj, który miło się wspomina!!! DZIĘKI CI, JASIU ZA WSZYSTKO!!!! Relacja Michała:

„ Ten mecz zadecydował o wszystkim. Pierwsze miejsce zagwarantowane. I moja ( czyli Szwejka przyp. autora) pierwsza bramka w tak ważnym meczu dopełniła szczęścia. Grałem na środku pomocy, bo Orlik ma rękę w gipsie. Włożyłem w ten mecz wszystkie siły, ale jestem szczęśliwy. Wróćmy może do bramki. Z rzutu rożnego wrzucał Jacek (Kokot), a ja wbiegłem na pole karne i ledwo ją musnąłem, ale to wystarczyło. TO NAJSZCZĘŚLIWSZY DZIEŃ W MOIM ŻYCIU!!”                                                                                                           

Czyż te słowa kilkunastoletniego chłopaka nie mówią wszystkiego? Tego, jak ważną rzeczą, nie tylko dla Michała, ale dla nas wszystkich była nasza drużyna. Wkładaliśmy w nią wszystko, co najlepsze i najcenniejsze mieliśmy. Choć tego dnia byłem na boisku tylko przez kilka minut, byłem równie podekscytowany i dumny, że mogę grać w jednej drużynie z tak świetnymi piłkarzami i wspaniałymi kolegami. PRIDE AND JOY, MUTHAFUCKERS!!!

                                                                                                                            

Czas wybrać się na wycieczkę krajoznawczą do BŁONIA. Podobno nosił koń po błoniach ponieśli i konia, ale szczerze mówiąc nie widziałem tam żadnego konia, a tym bardziej jak kogoś niesie. Miał to być ostatni mecz o wszystko w tym sezonie. Zaprawdę powiadam wam, że musieliśmy się nawet nieźle nabiegać, aby jeszcze raz pokonać zespół BŁONIANKI. Pozycja pierwszego stopera i mecz na „małe bramki”. Kryłem ich środkowego napastnika, który był bardzo szybki i niezły technicznie. Przyznaję, że miałem z nim sporo problemów. Czasem zdarza się, że podczas meczu konwersujemy z zawodnikiem drużyny przeciwnej, za którego jesteśmy odpowiedzialni. Wynika to z faktu, że jak chodzisz za kimś jak cień przez godzinę, to czasami z niewyjaśnionych przyczyn wywiązuje się jakiś dialog. Mnie zdarzało się to bardzo rzadko, aczkolwiek akurat z tym chłopakiem fajnie mi się gadało podczas przerw w grze. Do pewnego momentu, gdy w drugiej połowie jeden jedyny raz w tamtym meczu uciekł mi i zapachniało groźną sytuacją. Wsadziłem mu więc koszmarna kosę (w wolnym tłumaczeniu: sfaulowałem go). Od tego momentu nasz dialog umarł śmiercią naturalną. No bo sytuacja była przezabawna, jak tu sobie wesoło gaworzyliśmy i ja nagle ni z tego ni z owego taki afront. To taka ciekawostka dropsa. Mecz oczywiście wygraliśmy 3:0, co było niezłym osiągnięciem. Przy stanie 1:0 wykonywałem jedenastkę, którą ze spokojem zamieniłem na bramkę. Strzeliłem wtedy dość mocno w prawy, górny róg bramki. Bramkarz nie miał szans i od tego momentu byliśmy już spokojni o końcowe zwycięstwo. W końcówce Rafał Ostrowski ustalił wynik spotkania na 3:0. Nie mogło być inaczej. Przed nami jeszcze 2 mecze z teoretycznie łatwymi przeciwnikami i już wiedzieliśmy, że musimy tym razem zdobyć tytuł. Nie było innej możliwości. Oto relacja M. Chylińskiego z meczu z Błoniem, który odbył się 21 maja 1989 roku : ”3:0 to szczęśliwy rezultat dla BŁONI, bo mogliśmy wygrać co najmniej 6:0. Nie włożyliśmy w ten mecz prawie nic sił. Grało nam się bardzo lekko, po prostu robiliśmy ich jak chcieliśmy. A oni nie pozostali dłużni, bo strzelili sobie bramkę samobójczą. Jednak po tym meczu doznałem kontuzji i do końca rozgrywek, a także mecze o mistrzostwo będę, obserwował z ławki.„ BRAMKI: J.SAMOBÓJCZA, M.MADZIARZ (karny), R.OSTROWSKI    

                                                                                                         

                                                                                                        

NO PROSZĘ JAK RÓŻNA INTERPRETACJA TEGO POJEDYNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!      

                                                                                                  

                                      

Przedostatni pojedynek to PRZYSZOŚĆ WŁOCHY (21.05.1989) na wyjeździe. Niestety przykro mi to mówić, ale była to raczej drużyna bez Przyszłości. „Zniszczyliśmy” ich po raz drugi 10:0, a mogło być i więcej. Przed meczem nasz trener zwrócił nam uwagę na jedną istotną sprawę. Arbiter główny, który miał poprowadzić spotkanie, był dość znany z tego, że był kiepskim arbitrem. Przy podejmowaniu decyzji, komu należy się np. rzut z autu, albo rzut rożny, sugerował się reakcjami...zawodników. Czyli dajmy na to, piłkę wybił zawodnik drużyny A, ale zawodnik ekipy B jako pierwszy krzyknął „NASZA”, albo pierwszy pobiegł po piłkę i widać było, że ma ochotę wznowić grę, sędzia ten gwizdał na korzyść właśnie drużyny B. Dlatego my wiedząc o tym wcześniej mogliśmy to w pewnych momentach skrzętnie wykorzystać. Z resztą przeciwnicy też o tym musieli wiedzieć. Po ich reakcjach można było się zorientować. Ale w ogólnym rozrachunku nie miało to większego wpływu na końcowy wynik, bo obiektywnie byliśmy drużyną lepszą. Wprowadziło to jednak sporo chaosu i niepotrzebnego zamieszania na boisku. Dziwię się, ze taki sędzia był w ogóle dopuszczony do sędziowania w oficjalnych meczach na szczeblu Warszawskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Ale mniejsza o to.  Oto sprawozdanie Michała Ch. : „ Mecz zupełnie do jednej bramki. Potwierdza to fakt, że nasz bramkarz dotknął 2 razy piłkę. Był to pierwszy mecz w którym nie grałem z powodu kontuzji. Bardzo żałuję, ponieważ mógłbym powiększyć swoje konto bramkowe. Podsumowując: było to ciekawe widowisko, lecz do jednej bramki.”  BRAMKI: Roszak –3, Ostrowski –2, Ługowski –2, Kalbarczyk –1 ,Witkowski – 1,Kokot-1.                      

                                                                                                 

                                       

Ostatni pożegnalny mecz sezonu 88/89 to spotkanie z DRUKARZEM WARSZAWA (28.05.1989) na własnym stadionie. Już wiedzieliśmy, ze mistrzostwa nikt nam nie odbierze i był to w mecz, który miał przypieczętować nasz sukces oraz wynagrodzić ogromna pracę jaką włożyliśmy w cały sezon. Graliśmy odprężeni, na luzie, bez bagażu psychicznego – choć były jeszcze 2 punkty do zainkasowania – wyszliśmy na boisko i rozpoczęła się kanonada. Wygraliśmy ...17:0!!!!!!!!!!!! Zdobyłem w tym meczu jedną bramkę, bodajże na 2:0. Pięknym strzałem w prawe okienko z odległości około 17-18 metrów pokonałem bramkarza drużyny przeciwnej. Zaraz po mnie gola zdobył Łukasz Stasiuk – strzelał mniej więcej z tego samego miejsca, co, ja i również „umieścił” w okienku i jego bramka była jeszcze piękniejsza. Potem już poszło gładko.     Relacja Michała: „ Wspaniały mecz, a taki wynik można byłoby zapisać do księgi Ginessa. Wspaniałe zakończenie rozgrywek w grupie. Wspaniały bilans bramek 103:8. Przed nami mecze finałowe. Tam będzie o wiele trudniej, lecz jestem dobrej myśli. Niestety te mecze będę obserwował z ławki – kontuzja.” BRAMKI: Orliński –4, Biliński – 1, Stasiuk – 2, Madziarz – 1, Szewczyk – 2, Ostrowski – 2, Ługowski – 3, Roszak – 2.                                                                                          

Kończymy sezon na pierwszym miejscu z bilansem punktowym 32 zdobyte, 0 straconych, bramki 103 zdobyte, tylko 8 straconych!!!!!!!

                                                                                                          I PO RAZ PIERWSZY PRZYJDZIE NAM PRZYSTĄPIĆ DO ROZGRYWEK O MISTRZOSTWO WARSZAWY... C.D.N.                                                                                                                                                                                                                     

 


oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

POGRZEB NASZEGO KLUBU - MARZEC 2007

środa, 14 marca 2007 17:36

                                                                                                               

NO WŁAŚNIE NASZ KLUB UMARŁ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                                                           

OTO NASZA SALA, W KTÓREJ KIEDYŚ TRENOWALIŚMY.

                                                                                  

JULIANEK_377.jpg

                                                                                           

ORAZ TEREN KLUBU, CZYLI POZOSTAŁOŚCI PO BOISKU GŁÓWNYM.

                                                                                                       

JULIANEK_379.jpg


oceń
0
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 -"NASZA DRUŻYNA, NASZA HISTORIA" CZĘŚĆ VIII

wtorek, 13 marca 2007 17:46

                                                                                                                        

Rundę wiosenną 1989 rozpoczęliśmy meczem towarzyskim na własnym boisku z LEGIĄ WARSZAWA (09.04.1989). Pierwszy raz mieliśmy okazję zagrać z tak utytułowanym klubem i na własnym boisku odnieśliśmy zwycięstwo 2:1, po bramkach Mariusza Ługowskiego i Rafała Ostrowskiego z rzutu karnego. W tym meczu, jak i we wszystkich pozostałych meczach, grałem na pozycji środkowego obrońcy razem z wymienionym powyżej z Rafałem Ostrowskim.

                                                                                                                                

(OD TEGO MOMENTU WSPÓŁAUTOREM WSPOMNIEŃ JUŻ NON STOP JEST MICHAŁ CHYLIŃSKI ( relacje z meczów z przed lat, składy etc.) .JESZCZE RAZ WIELKIE PODZIĘKOWANIA DLA CIEBIE, SZWEJU, ZA MATERIAŁY, INSPIRACJĘ ORAZ DLA… KAZIMIERZA DEYNY, u którego spotkaliśmy się po latach.)

                                                                                                        

Oto relacja z tego spotkania, napisana tuż po meczu (z archiwum Michała Chylińskiego):

 „Wygraliśmy zasłużenie. Cały czas byliśmy stroną przeważającOM. Fakt, że sędzia był dosyć dziwny. Zupełnie nie orientował się w sytuacji na boisku. Cztery razy powinien podyktować rzuty rożne dla przeciwników po naszych wybiciach piłki za pole gry. Bramka dla Legii z karnego. Wystarczyło żeby chłopak upadł na polu karnym, od razu karny. Ogólnie mecz bardzo dobry. Graliśmy na małe bramki.”   

                                                                                                      

Podczas tej rundy dołączyli do nas trzej nowi, obiecujący zawodnicy. Pierwszym z nich był Paweł Zalewski (Zaleszcz), który potem był często moim zmiennikiem na pozycji środkowego obrońcy. Chłopak o rok od nas młodszy (rocznik 1977), ale bardzo waleczny. Drugi człowiek to Łukasz Stasiuk (Stasiek). http://www.90minut.pl/kariera.php?id=2012

W najbliższej przyszłości, razem z Piotrkiem Orlińskim, http://www.90minut.pl/kariera.php?id=1530

 tworzyć będą trzon zespołu i stanowić o jego sile. „Stasiek” to człowiek wybitny technicznie i nieustępliwy w walce na całej szerokości boiska. Trzeci muszkieter to Rafał Witkowski (Witek). Dobry zawodnik, zwinny i szybki, niezły technicznie. Niesamowicie wesoły dzieciak z niesamowitym i oryginalnym poczuciem humoru.

 Zaczynamy walkę o punkty. Rewanż z HUTNIKIEM WARSZAWA na wyjeździe (16.04.1989). Rozpoczynam w pierwszej jedenastce i rozgrywam całe spotkanie. Gramy na bocznym boisku na Hutniku i odnosimy zwycięstwo 3:0. W drużynie Hutnika grał wtedy syn Andrzeja Strejlaua – Piotr Streijau. Trener Andrzej S. (i nie chodzi tu o Andrzeja Samsona) był z resztą wtedy na meczu i kibicował swojemu synowi. W ramach ciekawostki powiem, że osobnik ów znany wszem i wobec jako wybitny trener piłki nożnej, który m. in. miał swój wkład w sukces naszej reprezentacji na mundialu w 1974 roku, grał niegdyś z moim tatą w jednej drużynie, ale w… piłke ręczną… w Warszawiance i nawet był w kadrze Polski w tej dyscyplinie. Taka ciekawostka dropsa. Raz w życiu widziałem, jak Strejlau gra w szczypiorniaka. Było to na meczu oldbojów pod koniec lat 80-tych w którym grał mój tata, Strejlau i z takich ciekawszych postaci jeszcze Wojciech Pijanowski (ten od Koła Fortuny), który również był zawodnikiem wyżej wymienionego klubu. Z tego, co pamiętam, że właśnie Strejlau był bezapelacyjnie najlepszym zawodnikiem tamtego meczu. Byłem pełen podziwu, bo był najstarszy ze wszystkich grających. Ale wracajac do konfrontacji z Hutnikiem, oto relacja na gorąco sporządzona oczywiście przez Michała Chylińskiego :                                                                                                            „ Zaczęliśmy rozgrywki. Graliśmy na całe boisko. Mecz, na co nie wskazuje wynik, bardzo wyrównany. Warto zanotować piekny strzał głowa Piotrka Orlińskiego, przy którym bramkarz gospodarzy nie miał najmniejszych szans. Grałem w tym meczu z temperaturą. Nic dziwnego, że zszedłem z boiska na 15 minut przed zakończeniem meczu."BRAMKI:Witkowski,Orliński,Roszak       

                                                                                                       

Jedziemy na Jelonki by zdobyć kolejne punkty. ŚWIT WARSZAWA zostaje pokonany 3:0 (23.04.1989) po bramkach Michała Kucharskiego , Piotrka Orlińskiego i Rafała Ostrowskiego. Z tego meczu ja osobiście mało pamiętam, ale tutaj znów nieocenione jest profesjonalne sprawozdanie Szwejka:

                                                                                                                     

 

„Drugi mecz w rozgrywkach i drugi mecz na duże bramki. Z początku nie mogliśmy przełamać się i strzelić bramki. Przypadkowa bramka strzelona przez Miszkę (Michała Kucharskiego) uskrzydliła nas. W drugiej połowie znów gnietliśmy Świt, jednak bramkę strzelił tylko Rafał Ostry. Warto odnotować bardzo słabą grę Ługi (Mariusza Ługowskiego) i Artura Roszaka, który został zmieniony przez Witka (Rafała Witkowskiego).”                                                                                            

Któreś ze spotkań z tej rundy na naszym obiekcie, ale nie kojarzę już teraz, który to był mecz, sędziował nam pan WIT ŻELASKO, który obecnie jest jednym z głównych oskarżonych w futbolowej aferze korupcyjnej. Przyznał się do ustawiania meczów w polskiej lidze. Pamiętam go jak bardzo wesołego i sympatycznego jegomościa, którego nigdy bym nie podejrzewał, że kiedykolwiek będzie uczestniczył w tak brudnym procederze. No ale cóż. Ludzie są słabi i popełniają błędy. Za ten będzie musiał Pan Witek niestety zapłacić, najprawdopodobniej odsiadką, a już zapłacił utratą autorytetu, jakim dla wielu zapewne był.

                                                                                                                      

Może to był właśnie nasz kolejny pojedynek z drużyną URSUS II WARSZAWA (30.04.1989), który w pierwszej rundzie przysporzył nam najwięcej kłopotów. Teraz jednak byliśmy zdecydowanie lepsi i pokonaliśmy przeciwnika 5:0. Znów grałem od początku i zdobyłem bramkę z rzutu karnego w drugiej połowie. Tym razem znowu strzelałem na bramkę znajdującą się od strony naszego budynku klubowego. Uderzyłem nie do obrony –  bardzo mocno, w lewy górny róg bramki pod poprzeczkę. Bramkarz nawet się nie drgnął. Była to naprawdę piękna bramka (jak na rzut karny) i tym razem byłem już pewny sukcesu, gdy ustawiałem piłkę w odległości 11 metrów. Było to kolejne doświadczenie dla młodego piłkarza. A oto relacja Szwejka z tego spotkania:

                                                                                                                       

 

„Po dwóch zwycięstwach 3:0 wygraliśmy 5:0. Zwycięstwo zasłużone. Pierwsze dziesięć minut mieliśmy bardzo dużą przewagę, czego dowodem były zdobyte zaraz na początku dwie bramki. Później oddaliśmy inicjatywę i mecz stał się bardziej wyrównany. W końcówce znów przycisnęliśmy, a Miki ustalił wynik meczu na 5:0 z karnego.” BRAMKI: Stasiuk, Ługowski, Pięta, Kokot, Maziarz (karny)

                                                                                                        

                                                                                                    

 


oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ VII

niedziela, 04 marca 2007 20:06

                                                                                                                      

Rozpoczęliśmy przygotowania do drugiego już sezonu rozgrywkowego 1988/89. Tym razem w naszej grupie oprócz nas znalazło się 8 drużyn, z czego trzy były już nam znane – HUTNIK WARSZAWA ( już połączony), OKĘCIE WARSZAWA, DRUKARZ WARSZAWA (również jako jedna drużyna) oraz pięć ekipy nowych: ŚWIT WARSZAWA, GWARDIA WARSZAWA, BŁONIE, PRZYSZŁOŚĆ WŁOCHY I URSUS II WARSZAWA. Wydawało się, że po przepracowanych solidnie trzech tygodniach, nasze przygotowanie ogólne jest lepsze, niż na starcie do poprzedniego sezonu. Pierwsze spotkanie z HUTNIKIEM WARSZAWA na własnym boisku to dość łatwe zwycięstwo 5:2. Kolejny mecz to znów potyczka u siebie, tym razem z drużyną ŚWIT WARSZAWA. Po spokojnej grze wygrywamy wysoko 8:0. W tych pierwszych meczach grałem na prawej stronie formacji środkowej i jak cały zespół wypadłem dobrze, a nawet była to taka gra na pełnym luzie, szczególnie w tym drugim spotkaniu, co widać po wyniku. Trzecie starcie i wyjazd w kierunku…Ursusa, ale na szczęście nie jest to ten Ursus, który przysporzył nam tylu kłopotów w poprzedniej rundzie i odebrał nam pierwsze miejsce w grupie, ale drużyna równoległa, w której grali teoretycznie zawodnicy nie łapiący się w elitarnej pierwszej drużynie. Ale to tylko domysły, bo wiadomo było, że zawsze druga ekipa mogła wspierać się zawodnikami tymi lepszymi, gdy tylko była tak potrzeba. I właśnie w tym meczu mieliśmy spore problemy z pokonaniem drużyny URSUS II WARSZAWA. Zagraliśmy tym razem na boisku bocznym i w tym meczu wyszli od pierwszej minuty następujący zawodnicy: Rutkowski, Sowiński, Chyliński, Maziarz, Kucharski, Kokot, Orliński, Kalbarczyk, Suwart, Roszak i Ługowiski (kapitan w tym spotkaniu) – skład sczytałem ze zdjęcia, które mam w archiwum domowym. Nie zagrał Ostry, ale nie wiem, dlaczego. Mogło też być, że Ostry zagrał, a Mario nie zagrał, bo na zdjęciu ciężko rozpoznać po tylu latach, ale mniejsza o większość. Wymęczyliśmy zwycięstwo 2:1 i był to, jak się później okazało, najtrudniejszy mecz w całym nadchodzącym sezonie. Kolejny mecz to rozgrywka u siebie z GWARDIĄ WARSZAWA na naszym boisku. Taki mały mecz z podtekstem. ROBOTNICY (żeby nie powiedzieć robotnice) kontra przysłowiowe Smurfy Ptaki Niebiewskie 07 ZGŁOŚ SIĘ . No i się zgłosili. Wygraliśmy właśnie 7:0. Piękny słoneczny dzień, który dobrze zapamiętałem z jednego powodu. Przy stanie 3:0 dla nas wykonywałem w drugiej połowie rzut karny. Wcześniej etatowym wykonawcą był Rafał Ostrowski (Ostry), jednak w tym spotkaniu nie wystąpił widocznie. Podszedłem do piłki i ustawiłem ją pieczołowicie. Pomimo pewnych obaw (miałem lekką tremę) uderzyłem po ziemi w prawy róg bramki. Skutecznie. Bramkarz lekko musnął piłkę, gdyż strzał nie był zbyt mocny. Nie udało mu się na szczęście obronić, ponieważ ukąsiłem z chirurgiczną precyzją he he . To był fajny moment. Chłopaki pogratulowali, ucałowali i muszę powiedzieć, że strzelanie goli (nie tylko na boisku, ale i w życiu codziennym), to super sprawa. Warto czegoś takiego doświadczyć dla tej chwili „naszej” prywatnej glorii i chwały. A jest to szczególnie istotne, dla kogoś, kto rzadko zdobywa gole. Również „wapno” (rzut karny) to specyficzny sposób na zdobycie bramki. Niby prosta sprawa – duża bramka i 11 metrów. Jednak uważam, że tak samo łatwo można skutecznie wykonać jedenastkę, jak ją w koncertowy sposób spieprzyć (czyli posypać pieprzem). Przykładów jest cała masa, od Platiniego  po... nie istotne  kogo. Koniec wywodu.

                                                                                                                    

  Mecz number five to spotkanie wyjazdowe z OKĘCIEM WARSZAWA. Czas na rewanż za kończący poprzedni sezon mecz przegrany 0:1. Bez specjalnych problemów, tym razem na bocznym boisku, pokonujemy rywala 6:2. To taki mały meczyk na szczycie i jeden z głównych pretendentów do mistrzostwa zostaje w tyle za nami. Wydaje mi się, że wtedy po raz pierwszy pojechaliśmy na ten mecz tzw. EKIPĄ OJCOWSKĄ. Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż nasze mecze wzbudzały ogromne zainteresowanie naszych rodziców, szczególnie tatusiów. Byli naszymi najwierniejszymi kibicami już do końca. Tworzyła się więc nić porozumienia i po pierwszej rundzie mieliśmy już wykrystalizowaną silną grupę, będącą wsparciem transportowym na niektóre mecze. Nie zawsze zakład VIS Świerszczu miał do dyspozycji autokar i wtedy PAN JANEK KORZISTKA zarządzał mobilizację wśród ojców, którzy posiadali własne środki lokomocji. Zwykle na mecz udawało się załatwić 3-4 samochody plus bryka naszego trenera, czyli Polonez 1500 Ę.Ą.Ź. kolor czerwony. Próbując przywołać w pamięci pozostałych ojców...hmm... na pewno był to mój tata Stanisław Maziarz /Fiat 125p 1500 kolor kość słoniowa/, identycznym pojazdem dysponował Sir Janusz Roszak, father Artura. Także Pan Pięta – nie pamiętam imienia /Syrena 105 Turbo Diesel kolor czerwony/. Po za tym na  wszystkich meczach byli Panowie Ojczulkowie, których imion i marek (koniarek) samochodów też sobie nie przypomnę: Ob. Chyliński, Mr Ługowski, Sir Bieliński oraz Pan Kokot (to mógł być Mały Fiat 126p), a w późniejszych latach jeszcze inni ojcowie zawodników, którzy dołączali do nas sukcesywnie.   

Jak do tej pory idzie nam „jak po maśle roślinnym”. Wygrywamy wszystko. Teraz jednak nadchodzi mecz z drużyną, która również jest niepokonana i depcze nam po piętach( nie to żebym się czepiał nazwiska, Robi). BŁONIANKA BŁONIE – taka jest pełna nazwa tego klubu. Niestety (dla Błoniarzy) znowu gramy koncertowo i odprawiamy przeciwnika z bagażem sześciu bramek, nie tracąc ani jednej. 6:0. Od tego meczu grałem już na pozycji pierwszego stopera we wszystkich pozostałych meczach sezonu 1988/89. Wydaj mi się, ze powodem była rezygnacja z gry Rafała Sowińskiego i trener postanowił przesunąć mnie na stałe do formacji obronnej. Przejście na tę pozycję traktowałem jako nowe doświadczenie i po woli dochodziłem do wniosku, iż to miejsce na boisku jest dla mnie wręcz idealne. Ostatnie dwa mecze to 10:0 u siebie z PRZYSZŁOŚĆIĄ WŁOCHY  i 6:1 z DRUKARZEM WARSZAWA na wyjeździe.

                                                                                                                              Jesteśmy niekwestionowanym zwycięzcą rundy jesiennej 1988!!!!!!   

                                                        

                                                                                                                     

W przerwie zimowej obóz  JASTRZEBIA GÓRA, na którym mnie akurat nie było, gdyż wybrałem się z rodzicami na wczasy do Kudowy Zdroju. Dostałem zalecenie od trenera, aby biegać we własnym zakresie – nawet było to dość szczegółowo ustalone – ale...jako, że od rana jeździłem na nartach, nie starczało sił na jogging. Na temat tego obozu mogę opowiedzieć słynną historię, jak to nasz drugi bramkarz Michał Kuśmider (Kuśmis), próbując założyć siatkę na bramkę, spadł z niej i zawiesił się gaciami na tejże bramce. Podobno był niezły ubaw. W ogóle na naszych obozach już zawsze będzie niezła jazda. Ale o tym w kolejnych odcinkach…      

 


oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ VI

niedziela, 25 lutego 2007 10:56

                                                                                                                      

Jest lipiec 1988 roku i wybieramy się na nasz pierwszy obóz, który ma zagwarantować nam właściwe przygotowanie do kolejnego sezonu. Zgrupowanie ma się odbyć w sierpniu w miejscowości PRZYWIDZ  koło Kartuz – rejon pojezierza kaszubskiego, a więc północna część naszego kraju. Mamy tam jechać z drużyną juniorów z rocznika 1974, czyli z wcześniej wspomnianym już przeze mnie team’em , w którym grał mój friend Przemysław T. vel. Tuti. Razem z Przemkiem przebywaliśmy wtedy na wczasach w jednej z pobliskich miejscowości i moi rodzice przywieźli nas potem bezpośrednio do Przywidza, w dniu rozpoczęcia obozu. Był to ośrodek położony bezpośrednio nad jeziorem, którego nazwy już teraz nie pamiętam. Infrastrukturę noclegową stanowiły drewniane domki turystyczne, typowe dla okresu późnej komuny, rozsiane po dość dużym, ogrodzonym terenie. Znajdowała się tam również stołówka, budynek z sauną, a także boisko do siatkówki oraz skromna trawiasta plaża, z dużym pomostem, z którego bardzo często korzystaliśmy w czasie wolnym. W domku mieszkałem z Arturem Roszakiem, Danielkiem Bielińskim (mały to był chłopczyk wtedy, teraz niezłe bydle) oraz z Rutkiem, czyli Rafałem Rutkowskim. Była to fajna ekipa trzeba przyznać. Rożek przyjechał wtedy prosto z kolonii i miał w swoim repertuarze pokolonijnym wiele ciekawych, ba, miażdżących  wręcz utworów do zaprezentowania szerokiemu gremium. Do dziś z rozrzewnieniem wspominamy często wykonywany wtenczas właśnie przez Artura utwór pt. Zakazany Owoc, który powalał wszystkich na kolana, nie wyłączając Pana Janka – naszego opiekuna. W ogóle wtedy w naszym domku słuchaliśmy wielu ciekawych zespołów, m. in. non stop „katowaliśmy” album „Bad” Michaela Jacksona – kawałki takie jak Dirty Diana, czy Smooth Criminal doprowadzały nas wtedy może nie do ekstazy (na to było jeszcze chyba troszkę za wcześnie), ale do „gęsiej skóry” na pewno. Piękne czasy. Ja miałem już w swoim repertuarze także mocniejszą nutę. Przywiozłem m.in. kasetę Helloween „Walls of Jerycho”, Accept „Restless and Wild” I wybrane utwóry Metalliki, które już po woli zaczynały robić na mnie wrażenie. Starsi koledzy puszczali nam po kryjomu kawałki kultowgo już zespołu Dr. Huckenbush, który już na długo towarzyszyć nam będą na kolejnych wspólnych wyjazdach i obozach.

                                                                                                                                      Krzysztof_Antkowiak_-_Zakazany_Owoc.Mp3 

                                                                                                                           

                  

Rozkład dnia to pobudka około 8 rano, krótka zaprawa poranna, czyli 10 minut biegania i gimnastyki, potem śniadanie i o godzinie 10.00 pierwszy trening na obiekcie położonym jakieś 15 minut drogi piechotą. To było raczej fatalne boisko miejscowej drużyny Przywidzanka Przywidz, na którym przyjdzie nam trenować przez najbliższe trzy tygodnie. Potem odpoczynek, obiad, 2 godziny na zregenerowanie sił i 16.00 drugi trening. Wieczorem kolacja, czas wolny, czasami jeszcze jeden krótki 15-20 minutowy trening techniczny z piłkami, ale to już na terenie ośrodka. W czasie wolnym, którego w brew pozorom nie brakowało graliśmy w ping-ponga, chodziliśmy nad jezioro zażywać kąpieli słonecznych, bądź „lataliśmy” po okolicy w poszukiwaniu przygód. Byliśmy również w dobrej komitywie ze „starszą” drużyną. W tamtej ekipie byli trzej zawodnicy z rocznika 1975, którzy już niedługo dołączą do naszej drużyny (zmieni się nieznacznie przedział wiekowy zawodników dopuszczonych do gry).Byli to Łukasz Wójcik (Wujek), Michał Koprowicz (Koper) oraz 

Jarek Plenzner (Plezi). Spokojnie, Florki – już niedługo zagramy razem!!!!

                                                                                                                                  

Podczas obozu, co warte zauważenia, odbył się po raz pierwszy quiz wiedzy ogólnej, przygotowany przez Pana Janka, który zawsze dbał o nasz rozwój umysłowy. Nie pamiętam, kto wygrał (widocznie umysłowo nie byłem udany), ale za to wiem doskonale, że w I-szym oficjalnym turnieju tenisa stołowego Przywidz’88 zająłem wysoki III miejsce. W fazie finałowej spotkałem się z Piotrkiem Orlińskim i Mario Ługowskim. Obie potyczki przegrałem, ale i tak byłem niebywale szczęśliwy, że wyprzedziłem innych świetnych pingpongistów z naszej ekipy, jakimi wtedy byli m. in. Michał Chyliński, Robert Pięta, czy Artek Roszak.  Turniej wygrał kolega Orliński, ale nie zmienił w związku z tym dyscypliny i nie pojawił się potem w turnieju głównym penisa stołowego na olimpiadzie w Seulu. W fazie eliminacyjnej udało mi się pokonać dwóch moich kolegów z domku numer ileś tam, czyli Daniela i Artura, więc potem mieliśmy o czym pogadać wieczorkiem, słuchając listy przebojów Marka Niedźwiedziego i wspominając akcje z naszych ARCYCIEKAWYCH potyczek.

Chodziliśmy także od czasu do czasu na dyskoteki do pobliskiej szkoły podstawowej. Wiadomo – pierwsze „wolne tańce” i proszenie do nich 11 letnich niewiast, było zapewne wielkim przeżyciem dla wielu z nas. Na parkiecie rządził Rafał Sowiński, który niczym Michael Jackson „jeździł” „moonwalkerem” i powalał z nóg miejscowe królewny lat 10. No i Robert Pięta był już wtedy mistrzem BRETGENSA (jak to przewodniczący Lepper powiedział) i kicał po parkiecie, jak rasowy tancerz. Pamiętam jak Szwejku poprosił do tańca jakaś dziewczynę i było w związku z tym wielkie poruszenie i podziw dla odwagi Michała Chyły-Chylińskiego. Potem z 30 minut nam opowiadał jak to cudownie było wtulić się w obiekt płci przeciwnej i zapodać jakiś „bajer”. Ja nie tańcowałem chyba wtedy, byłem w cieniu wielkich „macho” i jeszcze zadowalałem się ich soczystymi opowieściami.

 

Zapraszam do obejrzenia jak obecnie wygląda ten ośrodek. Szczególnie powala zdjęcie z pomostem oraz stołówka i wnętrze domku ( to samo ustawienie łóżek jak 18 lat temu!!!)

                                                                                                           

http://www.camping.vti.pl/

                                                                                 

Istotną kwestią z pobytu na Kaszubach, o której nie omieszkam nie wspomnieć, jest geneza powstania ksywy JULEK – czyli mojego pseudonimu boiskowego już na zawsze. Tak na imię ma teraz mój syn. Otóż przebywając któregoś wieczoru w domku Bartka Rembisza (Bambosza) i Michała Chylińskiego (Szwejka), ni z tego ni z owego zacząłem puszczać wodzę fantazji i opowiadać różne abstrakcyjne historie o Juliuszu Kruszankinie i o Romanie Wójcickim, znanymi niegdyś „wieżowcami” z ligi polskiej i nie tylko. Zawodnik Kruszankin reprezentował wtedy barwy Legii Warszawa, natomiast kolega Romek W. grał już wtedy na zachodzie w EREFENOWSKIM klubie beniaminka bundesligi FC HOMBURG (razem z Andrzejem Buncolem nota bene). Chłopakom tak się spodobała moja psychodeliczna historia o obojgu dryblasach z Polandu, że już na zawsze pozostałem właśnie JULIUSZEM vel.Julkiem, na cześć śmiesznego poniekąd z różnych powodów stopera stołecznego klubu. Z drugiej strony ciekawe, czemu nie zostałem ROMKIEM? Może to i lepiej, bo by mnie dzisiaj kojarzono z Giertychem Romanem, wieśniakiem do kwadratu.

                                                                                                                          

No i tak na miło leciał ten czas, że zanim się nie obejrzeliśmy, trzeba było wracać do domu. To były niezapomniane chwile dla mnie, dla nas wszystkich myślę!!!! Oczywiście był to czas przede wszystkim wytężonej pracy i wysiłku podczas treningów. Myślę, że dużo zyskaliśmy, biegając po okolicy za rowerem naszego trenera łapiąc żelazną kondycję (sprytny ten nasz trenerek kurka wodna, sam nie chciał biegać, to sobie bicykla załatwił! We love you Endrju). Także przyswoiliśmy sobie wtedy wiele NOWYCH umiejętności boiskowych , co miało zaowocować w kolejnej rundzie rozgrywkowej 1988/1989.  

 


oceń
0
0

komentarze (25) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - UZUPEŁNIENIE DO CZĘŚCI V

piątek, 16 lutego 2007 21:05

                                                                                                                        

PRZEDSTAWIAM SPECYFIKACJĘ WYNIKÓW I SKŁADÓW Z SEZONU WIOSENNEGO 1988. AUTOREM JEST MICHAŁ "SZWEJU" CHYLIŃSKI. OTO LINK:

                                                                                                               

SPECYFIKACJA_SPOTKAN_RUNDY_WIOSENNEJ_SEZONU_1987.doc   

            

                                                                                                                     

                                                                                                     

 


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ V

sobota, 10 lutego 2007 12:28

                                                                                                                                

Wielka satysfakcja i ogromna radość. Powracamy do treningów na hali i ostro ćwiczymy całą jesień i zimę, aby jak najrzetelniej przygotować się do sezonu. W zasadzie kadrę mamy już w pełni ukształtowaną. Nadchodzi runda rewanżowa. Pierwszy mecz oczywiście rewanż z DRUKARZEM I WARSZAWA. Niestety z powodu choroby i długo utrzymującej się wysokiej gorączki, jestem pechowo wyłączony z gry w pierwszych trzech spotkaniach. Pomimo przejściowych trudności chciałem koniecznie uczestniczyć w jakiś sposób w tych meczach i wesprzeć kolegów duchowo. Jako, że blok, w którym wtedy mieszkaliśmy położony jest nieopodal stadionu Sarmaty, więc jak już się trochę lepiej czułem, szedłem parę pięter wyżej i z okna na klatce schodowej oglądałem z lornetką grających chłopaków. Momentami transmisja była kodowana, gdyż gałęzie zasłaniały mi widoczność i tylko częściowo „chwytałem”, co się dzieje na boisku. Niestety nie było pod ręką Darka Szpakowskiego. Z Drukarzem I chłopaki wygrywają tym razem 7:1, po trzech bramkach Mario Ługowskiego, dwóch Piotrka Orlińskiego i po jednej Ostrego i Michała Kucharskiego. Drugi mecz to DRUKARZ II na wyjeździe i wygrana 2:0 po bramce Orlika i jednej samobójczej. Następnie gładko u siebie z JEDNOŚCIĄ ŻABIENIEC 7:0 ( m. in. po 2 bramki zdobyli M.Ługowski i P.Orliński). W końcu wracam do gry i w czwartym meczu przychodzi nam się spotkać z drużyną ORZEŁ…ale nie Baniocha, lecz WARSZAWA. Jest to potyczka towarzyska w zasadzie umówiona przez klub, abyśmy nie wypadli z tzw. meczowego ciągu. Zagrałem w tym meczu jedną połowę (w drugiej części zastąpił mnie Marek Kalbarczyk) i w 30 minut zdobyłem dwie bramki, grając na pozycji prawego pomocnika. Całkiem udanie wszedłem, więc do drużyny po trzy tygodniowej przerwie w treningach, choć przeciwnik nie okazał się wymagający. Był to w zasadzie dla nas „spacerek”. Trochę to może nieskromnie zabrzmiało, ale pomimo należytego szacunku do każdego przeciwnika, graliśmy „swoje” i bezlitośnie wykorzystywaliśmy luki w obronie oponentów, aplikując co poniektórym po kilka lub kilkanaście bramek.. Tak było!

 

Przyszedł czas na rewanż z POLKOLOREM PIASECZNO. Pojechaliśmy na gorący teren, by w lekko deszczowej aurze stoczyć walkę o utrzymanie pierwszego miejsca w tabeli. Nie pojawiłem się na boisku od początku, natomiast wszedłem od 46 minuty na pozycję prawego pomocnika. Muszę przyznać, że rozegrałem tego dnia naprawdę dobre spotkanie. Pokazałem swoja przydatność do zespołu, po lekkim kryzysie spowodowanym perypetiami zdrowotnymi z początku rundy. Mecz był bardzo ciężki i wyrównany. Nie udało nam się go wygrać, ale remis też nie był złym wynikiem. Po bramkach D.Bielińskiego, R. Ostrowskiego i P.Orlińskiego wywieźliśmy cenny remis 3:3. Tego dnia dałem z siebie wszystko. Podrażniona ambicja, choć w pełni rozumiałem i akceptowałem decyzję trenera o nie wystawieniu mnie od początku, wyzwoliła we mnie wielkie pokłady ambicji i sportowej złości, którą z resztą we właściwy sposób tego dnia spożytkowałem. Nie przypominam sobie, abym zanotował tego dnia choćby jedno niecelne podanie, albo jakiś nieudany rajd po skrzydle. Wychodziło mi po prostu wszystko.

 

Kolejny mecz to potyczka u nas z HUTNIKIEM II WARSZAWA, w którym pobiliśmy własny rekord, jeśli chodzi o liczbę zdobytych bramek. Wynik 14:0 i w ogólnym bilansie z Hutnikiem II zdobywamy 18 goli, nie tracąc ani jednego. Prawa pomoc i znów dobry dzień, nie tylko dla mnie, ale jak widać dla całej drużyny i łatwe zwycięstwo w słoneczne przedpołudnie. Ciekawostką jest, że w tym meczu zdobyłem jedną bramkę..., której w rzeczywistości nie byłem autorem. Wiem, że to trochę dziwnie brzmi, ale już wyjaśniam, o co chodzi. W oficjalnej dokumentacji z meczu figuruję jako zdobywca bramki, ponieważ podczas wpisywania do protokołu meczowego nie mogliśmy wspólnie z Panem Jankiem i kilkoma chłopakami, którzy akurat przebywali w szatni nr 6, dojść, kto jest zdobywcą czternastego trafienia. Nikt się do niego nie przyznawał i chyba Mario stwierdził, żeby zapisać gola mnie. Pomyślałem - czemu nie. Takiej „pięknej” bramki jeszcze przecież nikt nie zdobył w naszej drużynie, więc zgodziłem się pod nią podpisać. Po jakimś czasie Mario jednak sobie przypomniał, że on strzelił i powiedział mi o tym przy okazji jakiejś rozmowy o dupie maryni. Dzięki Mario w każdym razie, że można by rzec, asystowałeś w tak nietypowy, a zarazem ciekawy sposób przy tym moim pierwszym golu w oficjalnych rozgrywkach!!!!! Ogłaszam jednak w dniu dzisiejszym, świadom praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, to znaczy chciałem powiedzieć, z bycia członkiem naszej niesamowitej drużyny, że to Mariusz Ługowski, jest autorem bramki i dementuję niniejszym wszelkie plotki i pogłoski na ten temat, jakoby miało być inaczej.

 Kolejny mecz – HUTNIK I WARSZAWA i zwycięstwo 6:1, m. in. po dwóch trafieniach właśnie Mariusza Ługi-Ługowskiego. W tym meczu nie zagrałem, ale nie wiem teraz, z jakiego powodu. Nie pamiętam  – czarna dziura sklerozis pospolitus too much spirytus .

No i nadszedł dzień prawdy. Zbudowani naszymi ostatnimi spektakularnymi zwycięstwami i dobrą formą  (do ciasta – typowy żart wśród piłkarzy) z wiarą w sukces jechaliśmy na URSUS po 2 punkty i w zasadzie po mistrzostwo w naszej grupie. Zwycięstwo dawało nam pewne pierwsze miejsce i awans do fazy finałowej rozgrywek o mistrzostwo Warszawy, w której spotykały się 3 najlepsze drużyny z trzech grup A,B i C. W pozostałych grupach grało również po 10 zespołów. Aspiracje mieliśmy ogromne i jechaliśmy na Ursus pełni wiary w końcowy sukces, ale… niestety przegraliśmy tamten arcyważny mecz 0:2. Byliśmy słabsi tego dnia i ulegliśmy zasłużenie. Szkoda było całego wysiłku włożonego w sezon, ale cóż – raz się wygrywa, a innym razem trzeba z honorem przełknąć również gorycz porażki. Grałem z Rafałem Ostrowskim, naszym kapitanem od pierwszego meczu ze Świtem Warszawa, na stoperze i nie udało nam się powstrzymać wyśmienicie grającego przeciwnika. Można by upatrywać powodów przegranej w różnych aspektach. Jednak uważam, że nie ma co powracać do tamtego dnia i roztrząsać przyczyny porażki. Ursus, choć miał porównywalną poziomem ekipę do naszej, to w końcówce sezonu wykazał się lepszym przygotowaniem kondycyjnym i świetną taktyką – rozpracowali nas po prostu „bez mydła”.  

 

Ostatnie spotkanie rundy rewanżowej to wyjazd na OKĘCIE. W zasadzie wiedzieliśmy już, że cud może sprawić, abyśmy odzyskali pierwszą pozycję w tabeli. Po pierwsze Ursus musiał by przegrać ostatni mecz z Drukarzem II u siebie, co było mało prawdopodobne obserwując styl, jaki zaprezentowali, choćby w meczu z naszą drużyną. A po drugie my musieliśmy wygrać z Okęciem na wyjeździe. Okęcie w rundzie wiosennej poczynało sobie jeszcze lepiej niż na jesieni i wygrywali prawie wszystkie mecze. My troszkę zdołowani niepowodzeniem z „traktorzystami”, postanowiliśmy oczywiście zawalczyć o ten hipotetyczny awans. Graliśmy na głównej płycie na „małe bramki” i pomimo wysiłków i wielu okazji do zdobycia gola przegraliśmy ten ostatni mecz 0:1. Osobiście uważam, że my przegraliśmy go już w szatni. Ulegliśmy w sferze psychicznej, nie wierząc już tak naprawdę w to, że Ursus może ulec w ostatniej kolejce. I rzeczywiście Ursus wygrał i potwierdził swoje mistrzowskie aspiracje na ten sezon.

Koniec rundy, koniec sezonu. Czas odpocząć! ZAJMUJEMY 2 MIEJSCE z dorobkiem 29 PUNKTÓW ZDOBYTYCH, 7 STRACONYCH. STRZELAMY 79 GOLI, TRACIMY  16.   SPECJALNE PODZIĘKOWANIA DLA MICHAŁA „SZWEJA” CHYLIŃSKIEGO, WSPÓŁAUTORA TEJ HISTORII, ZA UDOSTĘPNIENIE ARCHIWUM WYNIKÓW NASZEJ DRUŻYNY!!!!!!!!!!!!   

 


oceń
0
0

komentarze (32) | dodaj komentarz

SARMATA 1976- "NASZA DRUZYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ IV

niedziela, 04 lutego 2007 13:26

                                                                                                                 

Dzień był raczej lekko deszczowy, niebo zachmurzone i tego dnia chcieliśmy, a na pewno ja chciałem, zrobić wszystko, aby zakończyć pierwszą rundę na pierwszym miejscu. Ursus był jedną z trzech drużyn, oprócz Polkoloru i nas, która wygrywała raczej bez większego wysiłku większość spotkań. Dla nas był to kolejny sprawdzian możliwości, tego czy faktycznie prezentujemy niezły poziom, czy tylko na tle słabszych drużyn potrafimy pokazać klasę. Ten dzień był wyjątkowy jeszcze z dwóch innych powodów. Specjalnie na to spotkanie przygotowano dla nas w klubie koszulki będące repliką barw reprezentacji Argentyny – biało-niebieskie pasy. Wiadomo, że Argentyna była wtedy aktualnym mistrzem świata z boskim Diego Armando Maradoną na czele. Myślę, że to, iż mogliśmy zagrać w tym właśnie meczu w takich właśnie koszulkach, wyzwoliło w nas dodatkową wolę walki. Drugim powodem było wypożyczenie do naszej drużyny z ekipy z rocznika 1974, o której już wcześniej wspominałem… no właśnie - Piotrka Orlińskiego (Orlika). Ten czarnowłosy koleżka łapał się w pierwszym składzie w tamtej drużynie, o czym już wcześniej wspomniałem, i miał stanowić duże wzmocnienie. To też dodawało nam wtedy animuszu i pozwoliło uwierzyć w końcowy sukces. Ja osobiście miałem coś do udowodnienia mojemu wujkowi, Ryśkowi Szulcowi, który był wtedy w sztabie szkoleniowym Ursusa. My również wiedzieliśmy, że oni (Ursus) są naprawdę groźną drużyną. Pokonali Polkolor i mieli w swoich szeregach kilku świetnych zawodników. Wyszedłem ponownie na tej samej pozycji prawdgo pomocnika, na środku Piotrek Orliński, na lewej Jacek Kokot. W ataku Mario Ługowski na pewno i chyba „Miszka” Kucharski. Obrona Rafał Ostrowski „Ostry”, Rafał Sowiński „Sowa”, Robert Pięta „Robi” i ktoś tam jeszcze, możliwe, że Michał Chyliński (Szwejku). Do przerwy prowadzimy 1:0, mamy przewagę, ale w drugiej połowie od początku Ursus podejmuje frontalne ataki. To paradoksalnie ułatwia nam zadanie. Pamiętam, że sam kilkakrotnie wyprowadzałem kontry prawym skrzydłem, bądź to środkiem i zagrywałem do kolegów z przodu, co dwa razy kończyło się bramkami zdobytymi przez Mario Ługowskiego. Kolega „Orlik”- Orliński także dwukrotnie wpisał się na listę strzelców  i pokonaliśmy faworyzowany Ursus 4:1. Nasz Diego pod postacią Piotrusia O. sprawdził się w 100 procentach. Dlatego w niedalekiej przyszłości już pozwolimy mu z nami zostać na stałe. A co tam, niech gra chłopak, przynajmniej się czegoś od nas nauczy no nie?  He He!!!... Na meczu obecny był ówczesny trener KADRY WARSZAWY i powołał on wtedy na zgrupowanie 6 zawodników z naszej drużyny. Byli to na pewno Mariusz Ługowski, Piotrek Orliński, Robert Pięta, Michał Chyliński, Rafał Ostrowski i Mikołaj Maziarz, czyli ja. Na zgrupowanie, które odbyło się potem na Warszawiance nie pojechałem. Zdaje się, że trener kadry zrezygnował w ostatniej chwili z kilku zawodników stwierdzając, że powołał zbyt dużo kandydatów. Ja odpadłem, ale i tak byłem zaskoczony, że w ogóle zwrócił na mnie uwagę, więc nie było problemu. Schodząc do szatni po meczu zamieniłem dwa słowa z moim wujkiem Ryśkiem Szulcem, który podsumował moja grę słowami: „No, Miki technicznie jesteś całkiem dobry, ale trochę wolny. Musisz popracować nad szybkością”. Była to cenna obiektywna uwaga, która mogła mi tylko pomóc w dalszym rozwoju piłkarskim. W szatni euforia i chęć grania już we wszystkich meczach w szczęśliwych „argentyńskich” trykotach, na co dostaliśmy zgodę kierownictwa. To był piękny i wielki dzień. Czułem dumę, że gram z tymi chłopakami – po woli już zaczynałem kochać ich jak braci. To były niezapomniane chwile, a ile takich chwil miało dopiero nastąpić? O tym mieliśmy przekonać się już całkiem niedługo. Nasza przygoda za dotknięciem boskim trwała dalej.

 

Ostatnia kolejka to mecz również na własnym obiekcie z drużyną OKĘCIE WARSZAWA. Była to „jedenastka z poLOTEM” plasująca się przez cały sezon w górnej części tabeli, tuż za „WIELKĄ TRÓJKĄ”. Ten ostatni pojedynek wygraliśmy jednak dość łatwo 3:0 i w tym meczu pierwsze swoje bramki (lub bramkę) zdobył Artur Roszak. Sezon skończyliśmy na PIERWSZYM MIEJSCU Z BILANSEM PUNKTOWYM 16 ZDOBYTYCH, 2 STRACONE, BRAMKI 40 ZDOBYTYCH I 10 STRACONYCH!!!!!!!!!! Średnia goli na jeden mecz to 4,3. W związku z wycofaniem się drużyny Orzeł Baniocha po pierwszej rundzie wszystkie mecze z tym klubem zostały anulowane. Dlatego też nie miał znaczenia stracony punkt na tym gorącym terenie, do czego zresztą znacznie się „przyczyniłem” łapiąc dwukrotnie syndrom Bobby Moora... Na drugim miejscu zakończył POLKOLOR PIASECZNO 15 pkt zdobytych, 3 stracone. 3 miejsce zajął URSUS WARSZAWA z czterema punktami straconymi, przegrywając sensacyjnie w ostatniej kolejce na Drukarzu 1:2. Ten mój wujek mi potem opowiadał, że mieli po prostu fatalny dzień i nie przyzwyczajeni do gry na tzw.”małe bramki”, nie mogli się tam odnaleźć (takie głupie tłumaczenie hihi, po prostu dali tak zwanej dupencji ze słabym przeciwnikiem i chwała im za to). Warto wspomnieć, że po pierwsze wtedy graliśmy 2 razy po 30 minut, a po drugie, że choć odbywało się to przeważnie na normalnym rozmiarze boiska, to zdarzało się również, iż także na mniejszym polu, gdzie ustawiane były takie specjalne bramki o trochę mniejszych wymiarach, a boisko skrócone było na długości o 32 metry. U nas w klubie nie mieliśmy jeszcze wtedy takich i zawsze graliśmy za normalne, pełno wymiarowe boisko. Osobiście wolałem wykonywać swoje zawodnicze obowiązki na pełnym wymiarze. I chyba wszyscy woleliśmy, choć na większym placu trzeba było się więcej nabiegać. Jednakże czuliśmy się już na tyle „dorosłymi” piłkarzami (choć mieliśmy po 12 lat), że absolutnie woleliśmy grać jak nasi idole z dorosłej piłki. A propos naszych idoli, którzy grali w tamtym okresie w ekipie seniorów naszego klubu (IV liga), to pamiętam kilku zawodników z końca lat osiemdziesiątych. Był to przede wszystkim Stefan Toporek – najlepszy zawodnik wtedy, napastnik o niezłych umiejętnościach, obecnie prowadzi salon fryzjerski przy ulicy Górczewskiej, a także Waldemar „Valdao” Gadaj, obrońca o dobrych warunkach fizycznych, który już w tym czasie był u schyłku kariery , Krzysztof Marzec – zdaje się boczny obrońca  , zawodnik o pseudonimie „Bolek” - pomocnik, obywatel „Siena” – napastnik, „Góral” – bramkarz, „Suchy” – środkowy obrońca a la Kruszankin, a w rezerwach, które grały wtedy bodajże w klasie rozgrywkowej „B” pamiętam piłkarza o ksywce „Listonosz”, który był napastnikiem i listonoszem na poczcie przy ulicy Wolskiej. Inni starsi koledzy, których podziwialiśmy i starliśmy się naśladować, to chłopaki ze starszych drużyn juniorskich z roczników 1974 i 1973. Inne postacie z naszego klubu oprócz naszego trenera i Pana Janka Korzistki to kierownik obiektu Pan Jacek Piluchowski (ksywa „Orzeł”), pani Basia - kierownik magazynu - kobieta, która wypożyczała nam piłki na treningi i stroje na mecze oraz tzw. "pachołki", pani Alinka – pracownica sekretariatu klubu, trenerzy Piotr Maranda (ostatnio widziałem go w sztabie Janasa na mundialu w Niemczech), Marek „Mionek” Miąższkiewicz, trener Marek Krawczyk. Oraz kilku porządkowych, odpowiedzialnych za stan obiektu i murawy, sympatycznych jegomości. No i pies klubowy – nieśmiertelny kundelek, który zawsze gdzieś tam się kręcił wokół budynku.  Wtedy oprócz sekcji piłkarskiej istniała również sekcja siatkówki kobiet (rocznik 1976) oraz sekcja kolarska seniorska. To tak w telegraficznym skrócie o naszym klubie w tamtym okresie. 

                                                                                                                                             

 

W KAŻDYM RAZIE NAJWAŻNIEJSZE BYŁO TO, ŻE ZOSTALIŚMY MISTRZEM

JESIENI 1987!!!

                 


oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ III

niedziela, 28 stycznia 2007 10:16

                                                                                                                               

 

Kolejny mecz u siebie z drużyną DRUKARZ II WARSZAWA wygraliśmy 11:0. Stosunkowo łatwa przeprawa. Widocznie gra nam w miarę wychodziła i spokojnie pokonaliśmy przeciwnika. Z tego meczu nic nie pamiętam. Całkowite zaćmienie. Nawet nie jestem pewien czy w nim zagrałem…

 

Trzecie spotkanie to pojedynek z ekipą JEDNOŚĆ ŻABIENIEC na wyjeździe. Tego dnia ostro lało i były trudne warunki do pokazania naszych walorów technicznych. Trochę nas koledzy z Żabieńca pogonili w pierwszej połowie mając przewagę fizyczną. Gra była dość wyrównana. Potem doszliśmy jednak do głosu, kończąc wynikiem 6:2. Tego dnia debiutował  obywatel Michał Chyliński, pseudonim Szwejku, który już na długo stał się kluczową postacią naszej drużyny. Drużyny Korzistki i Pawłowskiego – dwóch przyjaciół Jasia i Andrzejka, którzy stworzyli tu niesamowitą atmosferę. Widząc zapał i zaangażowanie tych panów, każdy z nas czuł podświadomie, że to, co się dzieje i to, co robią jest do bólu prawdziwe i szczere. Pochodzi jakby nie z tego świata. Oni oddali nam serce i nam nie pozostało nic innego, jak również ofiarować im wszystko, co mamy, nie tylko na boisku, ale również i po za nim.

 

Podczas tych pierwszych spotkań grałem na zmianę to na prawej pomocy, to na środku obrony, przeważnie na pozycji tzw. ostatniego (czasem pierwszego) stopera. Ostatnia instancja – przykład Bobby Moora z meczu Polska-Anglia z 1973 roku wygranego przez naszych 2:0. Wszyscy pamiętamy, niektórzy oglądali na żywo, a pozostali znają z historii, co zrobił kapitan reprezentacji Anglii. Próbując „kiwać” jako ostatni zawodnik mający za plecami tylko bramkarza, stracił piłkę i Lubańskiemu nie pozostało już nic innego jak pięknym strzałem pokonać w sytuacji sam na sam Petera Shiltona. To samo, a nawet jeszcze coś gorszego, przytrafiło mi się podczas naszego kolejnego spotkania z drużyną ORZEŁ BANIOCHA. Wioska o tak zabawnej nazwie znajduje się 25 km od Warszawy i wtedy istniało tam sekcja piłkarska. Boisko zlokalizowane było (i jest po dziś dzień, tylko trochę krzakami zarosło) około 50 metrów od szosy głównej prowadzącej na Górę Kalwarię. Wiem to, gdyż mamy rodzinny domek letniskowy właśnie w tych okolicach. Wtedy akurat przebywałem tam z rodzinką i umówiłem się z trenerem i Panem Jankiem, że przyjadę z działki bezpośrednio na mecz. I rzeczywiście tego dnia wstałem wcześnie rano, by przygotować do spotkania. Spokojnie zjeść odpowiednio wcześnie, skoncentrować się i spakować sprzęt. Jechał ze mną jeszcze mój kumpel Darek, który mieszka tam na stałe. Mój tata podwiózł nas na stadion, a raczej pseudo boisko. Autokaru klubowego jeszcze nie było. Przyjechał za moment i poszliśmy wszyscy do takiej pseudo-szatni znajdującej w małym baraku. Boisko było w dość kiepskim stanie. Nierówne i… najciekawsze w nim było to, że przez jego środek przebiegała…wydeptana ścieżka. Takie boisko – łąka. Wyszedłem od początku na ostatnim stoperze. Trener dał mi właściwie tylko jedna wskazówkę, abym nie „bawił się” tylko wybijał piłkę bez niepotrzebnego ryzyka. Zbudowani ostatnimi wynikami byliśmy dość pewni siebie. Ja chyba się nie do końca skoncentrowałem przed samym spotkaniem i trochę zlekceważyłem przeciwnika (wstyd się przyznać), bo próbując wykazać się spokojem próbowałem dryblować mając za plecami tylko Rutka, naszego goalkeepera, straciłem piłkę w dokładnie taki sam sposób, jak filar angielskiej obrony z lat 70-tych. No i stało się 0:1 i niepotrzebna nerwówka. Trener krzyczy: „Miki!!! Nie kiwaj na ostatnim.”. Ale za moment sytuacja się powtarza. Pomyślałem, że za drugim razem musi się udać. I niestety znowu zawodnik Orła nie dał nabrać się na mój zwód. I mamy 0:2. Na szczęście po tej drugiej koszmarnej wpadce już grałem pewnie i spokojnie do końca. Trener nie zdjął mnie z boiska, dając mi szansę na poprawę. Zremisowaliśmy 3:3. Szkoda straconego punktu, ale na szczęście potem miało się okazać, że drużyna z Baniochy wycofała się z rozgrywek po I rundzie i odzyskaliśmy stracony punkt. Gorzej miały drużyny, które pokonały ten zespół, bo one

straciły po 2 punkty.  

 

Tak, kolejne spotkanie to „mały mecz na szczycie”, z POLKOLOREM PIASECZNO. Oni zajmowali wtedy czołowe miejsce w tabeli razem z URSUSEM i nami. Wiadomo już było, że będzie to dużo trudniejsza drużyna do ogrania w porównaniu z poprzednimi ekipami. Tutaj, co sam zresztą przyznał, błąd popełnił trener Andrzejek Pawłowski, aplikując nam zbyt ostry trening dzień przed meczem. Wtedy po prostu sam zbierał jeszcze doświadczenie w tej materii i wiem, że chciał dobrze, ale zwyczajnie nie wyszło. Wyszliśmy na boisko główne przy ulicy Wolskiej 77, ja już znowu na prawej pomocy, i z wiarą w zwycięstwo przystąpiliśmy do walki o pierwsze miejsce w grupie. Niestety najpierw „puknęli” nam brameczkę na  0:1 w pierwszej połowie, potem drugi gol i przegrywamy u siebie 0:2. W tym meczu debiutował na pozycji środkowego napastnika mój najlepszy kumpel z drużyny – wspomniany wcześniej Rożek, czyli Artur Roszak. Pamiętam, że charakterystyczną sprawą dla tego meczu było również to, że Rafał Rutkowski (Rutek) po stracie drugiej bramki strasznie się pobeczał i łzy utrudniały mu rozpoznanie miejsca, gdzie znajduje się piłka. Byliśmy młodymi chłopakami i takie rzeczy się zdarzały, a Rafał akurat strasznie przeżywał każde nasze niepowodzenie. A co do wyniku, choć staraliśmy się bardzo, to nie mieliśmy tego dnia odpowiedniej świeżości, właśnie z powodu przetrenowania oraz w ogóle nie był to nasz dzień. Nie szło nam tak gładko, jak do tej pory. Przeciwnik nas wyprzedzał i zawsze był ułamek sekundy przed nami. Tego dnia byli lepsi po prostu i trzeba przyznać, że była to dobra drużyna, z którą nie można było wygrać, nie pokazując pełni możliwości. Ale cóż – poczuliśmy po raz pierwszy gorycz porażki, która jest częścią nie tylko sportu, ale i całego naszego życia. To była dobra lekcja na przyszłość.

 

Refleksje po meczowe, debata, dlaczego przegraliśmy i kolejne treningi w tygodniu – tak mijał nam ten tydzień po pierwszej porażce. Jeśli chodzi o nasze zajęcia to wiadomo, że na treningach część ćwiczeń wykonuje się w parach. Tak zwana „jedna piłka na dwóch” - komunikat wydobywający się dosyć często z ust naszego trenera był znakiem, że zapewne za moment wykonywać będziemy jakieś interesujące ćwiczenia. Mogły to być akcje zaczynające się ze środka boiska i zakończone strzałem jednego z nas. Ewentualnie rywalizacja polegająca na ominięciu partnera poprzez pokazanie pełnego wachlarza sztuczek technicznych i oddania soczystego strzału, niejednokrotnie „Panu Bogu w okno”, a czasem przeciwnie - w samo okienko bramki. Bywało również, że schemat rozegrania miał swój początek w okolicach linii „szesnastego metra” i był krótką wymianą piłki, zwieńczonej atomowym uderzeniem we wspomnianym wcześniej kierunku. No tak, i jakoś od tego czasu ćwiczyłem już w parze z Arturem. Dobraliśmy się wyśmienicie nie tylko pod względem sportowym. Mentalnie również nadawaliśmy na tych samych falach, co miało zaowocować na wielu obozach już w niedalekiej przyszłości.

 

Siódmy i ósmy już z kolei mecz przed nami i konfrontacja najpierw z drużyną HUTNIKA II, a potem z jej współplemieńcami z HUTNIKA I. Oba mecze na wyjeździe i oba wygrane odpowiednio 4:0 i 4:2. Ten drugi mecz graliśmy na pewno na płycie głównej, bo pamiętam, że murawa na tym stadionie była naprawdę niezła. Był to bądź, co bądź klub 3-ci ligowy, co obligowało poniekąd do wysokiego poziomu nawierzchni. W obydwu spotkaniach grałem na pozycji prawego pomocnika i były one dla mnie w miarę udane . No w każdym razie 4 punkty zainkasowaliśmy, odbudowaliśmy nasze morele i czekaliśmy spokojnie, no w miarę spokojnie, na mecz sezonu z URSUSEM WARSZAWA na naszym stadionie.

 

 


oceń
0
0

komentarze (40) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ II

wtorek, 23 stycznia 2007 19:14

                                                                                                                           

Ostatnio mój najlepszy kumpel z drużyny, z którym do dziś jestem w stałym kontakcie, Artur Roszak (dla przyjaciól „Rożek”), idąc sobie przez Sarmatę na nasze „spotkanie po latach”, spotkał pewnego starszego pana. Podczas przypadkowej rozmowy, gdy okazało się, że Rożek jest właśnie z TEJ drużyny, ów dżentelmen wypowiedział takie oto słowa:” Byliście najlepszą drużyną, jaka kiedykolwiek grała w tym klubie, a wiem, bo przychodzę tu na mecze od bardzo dawna. Nikt nie grał takiej finezyjnej piłki, jaką wy prezentowaliście przez te kilka lat. Dziękuję Wam za to.”. Czy można wyobrazić sobie coś równie pięknego 12 lat po rozwiązaniu drużyny Pawłowskiego? No właśnie…Pawłowskiego i…jeszcze kogoś. Otóż kierownikiem i opiekunem naszej drużyny był od 1987 roku Pan JANEK KORZISTKA – niesamowity człowiek, któremu wiele zawdzięczamy i od którego wiele się nauczyliśmy. Jegomość niesamowicie inteligentny, który przez te wspólnie przeżyte lata próbował przekazać nam najwyższe wartości i wpoić w nas wiarę w sukces sportowy oraz w to, że warto zdobywać wiedzę, będąc jednocześnie tak zaangażowanym w sport, jako my wtedy byliśmy.

 

Zbliżał się debiut w lidze. W ramach przygotowań do sezonu mieliśmy zakontraktowane jeszcze dwa sparingi ze Zniczem Pruszków na własnym boisku. W pierwszym, nie pamiętam już, dlaczego, ale nie zagrałem (wygraliśmy go 4:1). Natomiast w drugim wystąpiłem od pierwszego gwizdka na pozycji prawego pomocnika. Przed tymi meczami nasz coach, chcąc zorientować się, na jakich pozycjach najlepiej czujemy się na boisku, zorganizował mały quiz. Każdy z nas pisał na kartce swoje imię, nazwisko i pozycję, na której w jego subiektywnej ocenie, by się najlepiej sprawdził i oddawał tę kartkę trenerowi do spokojnej analizy. Jako zawodnik prawo nożny wybrałem dla sobie właśnie pozycję prawego łącznika. No i gdy przez meczem ze Zniczem trener podał skład, ku mojemu zadowoleniu, nie tylko znalazłem się w pierwszej jedenastce, ale i właśnie na mojej wymarzonej pozycji. Mecz odbywał się w dużym upale. Chłopcy ze Znicza, mimo, że o rok od nas starsi, nie mieli możliwości się nam przeciwstawić. Wygraliśmy 4:0 po trzech bramkach Mario Ługowskiego i jednej Jacka Kokota, o ile dobrze pamiętam. Często będę używał sformułowania „O ILE DOBRZE PAMIĘTAM”, bo to wszystko działo się tak dawno, że sam się dziwię, że w ogóle pamiętam cokolwiek. Zagrałem dobre spotkanie. Nawet miałem jedną czy dwie niezłe sytuacje do zdobycia gola, ale piłka dwa razy przeszła obok lewego słupka. W ogóle jako pomocnik w późniejszym czasie prawie nie zdobywałem bramek  (syndrom Piotrka Świerczewskiego). Konstruowałem dużo akcji ofensywnych i miałem sporo asyst, ale sam rzadko wpisywałem się na listę strzelców. Raczej wolałem podać koledze, niż samemu strzelać. Straszny był ze mnie samarytanin…he he. Zastanawiam się skąd się to brało i po latach dochodzę do wniosku, że wynikało to po prostu z mojej osobowości skromnego chłopaka, który nie chciał się nigdy afiszować i wolał pozostać w cieniu. Niech sobie inni postrzelają, a co tam!!!!!!! W tym meczu wystąpiliśmy w bardzo podobnym składzie, z tym, że na stoperze zamiast mnie grał już Rafał Sowiński (Sowa), boki obrony te same, co ze Świtem (choć możliwe, że Robert Pięta mógł wystąpić), w pomocy grałem z Arkiem Kotem na lewej stronie i Jacusiem Kokotem w środku (chyba), ewentualnie Marek Kalbarczyk też mógł wtedy zagrać. Dopiero teraz zauważyłem podobieństwo nazwisk Kot-Kokot…ciekawa mieszanka wybuchowa. A swoją DROGbĄ, ciekawe, kto to był ten Wybuchov?  Z przodu siłę ognia tworzyli Mario Ługowski, Michał Kucharski i jeszcze ktoś trzeci, ale za cholerę sobie nie przypomnę. Najprawdopodobniej Marcin Suwart (Szuwarek) lub któryś z pozostałych chłopaków będących wtedy w szerokiej kadrze. Mogli to być Marcin Pawłowski (Pałasz – podobieństwo nazwisk nie przypadkowa), Radek Masztaler (syn tego słynnego reprezentanta Polski z lat 70-tych), Michał Kuśmider („Kuśmis” -rezerwowy bramkarz – choć to mało prawdopodobne), Łukasz Bereszyński (Łuki), Bartek Rembisz („Bambosz” - też bramkarz, ale kto tam wie, może w napaści wystąpił i kto jeszcze nie wiem). Może treneiro pamięta dokładnie, ale ja nie za bardzo. TO SIĘ DZIAŁO 20 LAT TEMU!!!!!!!. Muszę go przy okazji zapytać He He !!!!

 

W tym początkowym okresie zdecydowanie wyróżniali się w naszej ekipie dwaj zawodnicy: Rafał Ostrowski – pierwszy kapitan naszej drużyny oraz Mariusz Ługowski. Ten pierwszy był naprawdę genialnym piłkarzem mającym moim zdaniem aspiracje zostania zawodnikiem nawet II ligowym. Jednak w późniejszym czasie miał chyba roczną przerwę w treningach i jak powrócił do nas, był już cieniem tamtego wielkiego piłkarza. Natomiast Mario był zawodnikiem bardzo szybkim, niezłym technicznie posiadającym niebywały instynkt strzelecki. Już wkrótce miało się okazać, że zdobywał 50% bramek z całego dorobku drużyny. Potem doznał poważnej kontuzji i tak jak Ostry długo nie trenował. I niestety w jego przypadku z supersnajpera została tylko namiastka. Musiał naprawdę długo i wytrwale potem pracować, aby wrócić do wielkiej formy po 2-3 latach. Także nasze dwie gwiazdy z początków działalności miały swoje wzloty i upadki. Jednak w sumie obaj potem powrócili i na nowo wzmocnili naszą ekipę.

 

Generalnie byliśmy nieźle przygotowani do sezonu, tak nam przynajmniej trener mówił, a to były święte słowa. Spokojnie czekaliśmy na pierwszy mecz w lidze. W naszej grupie było 10 drużyn: DRUKARZ I, DRUKARZ II, JEDNOŚĆ ŻABIENIEC, ORZEŁ BANIOCHA, POLKOLOR PIASECZNO, HUTNIK I, HUTNIK II, URSUS, OKĘCIE no i my, czyli SARMATA. Oznaczenia I i II w przypadku Drukarza i Hutnika było niczym innym jak rozróżnieniem istnienia dwóch drużyn z naszego rocznika w obrębie jednego klubu. Pierwszy oficjalny ligowy mecz w historii to konfrontacja z drużyną DRUKARZ I WARSZAWA. Pojechaliśmy na ten mecz autokarem z Zakładów VIS im. K. Świerczewskiego (ten co się kulom nie kłaniał, ale chyba nie rodzina Piotra Świra), który był sponsorem Robotniczego Klubu Sportowego SARMATA WARSZAWA. Kierowcą był tata naszego bramkarza - Rutka – wesoły gość był z niego – i w związku z tym podczas tego i pozostałych wyjazdów panowała wesoła atmosfera. Znalazłem się w składzie ponownie na prawej pomocy obok dwójki Kot-Kokot, w obronie też zdaje się nie było specjalnych zmian, wielce prawdopodobne, że Robert Pięta (Robi) już wchodził do pierwszego składu na stałe, ale ciągle nie jestem pewien, jak to było naprawdę w jego przypadku. Atak także bez zmian. Wygraliśmy na wyjeździe 5:0 i cały mecz kontrolowaliśmy sytuację na boisku. Zagrałem znów dobre spotkanie szalejąc na prawym skrzydle i inicjując masę akcji i dośrodkowań. Wartym uwagi jest występ w tym meczu naszego najmłodszego zawodnika Daniela Bielińskiego (rok urodzenia 1978!!!,wszedł w drugiej połowie), który pomimo znacznej różnicy wzrostu i masy (i kiełbasy), dał świetną zmianę, popisując się kilkoma zagraniami z najwyższej półki. Chłopak miał talent i nadrabiał nienaganną techniką. Zanim jednak wszedł na stałe do podstawowego składu, musiało minąć parę ładnych miesięcy. Trener nie chciał go po prostu zbytnio eksploatować i dał szansę na spokojny rozwój i przybranie masy fizycznej. Uff, pierwszy mecz za nami i dwa punkty zainkasowane. Warto nadmienić, iż wtedy jeszcze za zwycięstwo dostawało się właśnie dwa punkty i jeden za remis. Po tym meczu, a to był trzeci mecz z kolei i trzecie zwycięstwo, zaczynaliśmy się powoli orientować, że nie jesteśmy chyba tacy kiepscy, skoro znowu dajemy sobie radę stosunkowo łatwo. Oczywiście dawaliśmy z siebie wszystko, pełnię zaangażowania i serca, bo to był warunek niezbędny i efekt był jak dotąd bardzo wymierny. Rozkręcaliśmy się więc już na dobre…


oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

SARMATA 1976 - "NASZA DRUŻYNA, MOJA HISTORIA" CZĘŚĆ I

wtorek, 16 stycznia 2007 20:09

 

 

Od zawsze marzyłem o tym, by zostać piłkarzem. Z opowiadań mamy wiem, że już w wieku 3 lat bywając po częstokroć na spacerach na terenie pobliskiego klubu RKS Sarmata, grywałem tam w piłkę razem z mamą i napotkanymi rówieśnikami. Podobno nie raz słyszało się komentarze rodziców tych dzieci, że taki mały, a już tak mocno kopie…Ciekawe czy rzeczywiście byłem takim obiecującym małym piłkarzykiem, czy były to opinie z lekka na wyrost? Jednak nie zmienia to faktu, że miłość do futbolu wyssałem z mlekiem matki, a właściwie ojca. Tata był w latach 60tych i 70tych pierwszoligowym piłkarzem ręcznym w klubie Warszawianka i z powodzeniem sam grywał także w piłkę nożną. Zaszczepił we mnie zapał do oglądania spotkań piłkarskich oraz do czynnego uprawiania sportu. Po kilku latach, miałem wtedy jakieś 8-9 lat, zacząłem poważnie myśleć o spełnieniu mojego marzenia zostania gwiazdą światowych stadionów. Mój dobry kumpel z podwórka Przemek, ksywka „Tuti”, grał już w tamtym okresie w drużynie juniorów młodszych Sarmaty. Tuti był ode mnie o 2 lata starszy, a to była duża różnica wieku, jeśli chodzi o rozwój fizyczny. Dlatego ciężko mi było zdecydować się na pójście na trening do starszej grupy, w której grało już wielu obiecujących, starszych chłopaków. Wiedziałem, że bardzo ciężko będzie mi się przebić. Jednak za namową Przemka, a był to wrzesień 1985 roku , zdecydowałem się któregoś dnia wybrać na trening rocznika 1974. Najgorzej nie wypadłem, ale wiedziałem, że jeśli miałbym się tam przyjąć na stałe, musiałbym się bardzo wyróżnić. Testy jednak nie wypadły najlepiej – konkurencja była ogromna – i po którymś tam treningu trener, pan Kitliński grzecznie mi (i kilku innym chłopcom) podziękował i zaprosił, abym się zgłosił na wiosnę, gdyż ma powstać nowa drużyna dla chłopców z rocznika 1976, gdzie miałbym szansę zaistnieć. Trochę zabolało – wiadomo, byłem bardzo ambitny – na podwórku wspólnie z Przemkiem „rozjeżdżaliśmy” nie jedną obronę, ale cóż… może innym razem. Często oboje marzyliśmy o wielkich klubach, mówiliśmy sobie: „Kiedyś razem zagramy w Juventusie!!!!!!”. To były piękne czasy. No i a propos starszej drużyny, gdy byłem przez krótki czas jej członkiem, przychodziłem na mecze, by podpatrzeć Przemka ( był tam czołowym napastnikiem i strzelał mnóstwo bramek) i innych kolegów. Pamiętam jak jeden znajomy mi wtedy powiedział: ”Ty Miki jesteś dobry wiadoma sprawa(trochę wazelina hi hi), ale popatrz na tego chłopaka z czarnymi włosami – to Piotrek Orliński – on jest w naszym wieku, ale on to jest naprawdę niezły”. I rzeczywiście chłopak się wyróżniał. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że już niedługo wspólnie będziemy stawali do walki o najwyższe laury, stając się najlepszą drużyną w historii tego klubu na szczeblu juniorskim.

 

Nadeszła wiosna 1986. Dowiedziałem się pewnego dnia(to było jakoś w czerwcu), że już rozpoczęła treningi nowa drużyna. Po miesiącu czy dwóch postanowiłem udać się więc na trening. Poszedłem tam wraz z moim kolegą z klasy Arkiem Kotem. Pamiętam, że weszliśmy do szatni i po rzuceniu zdawkowego „cześć” i przywitaniu nowego trenera – okazał się nim niewysoki pan przypominający trochę fizjonomią Andrzeja Strejlaua – przebraliśmy się i wyszliśmy na nasz pierwszy trening w nowej drużynie. Nazywał się Andrzej Pawłowski

Było już w drużynie kilku chłopaków, gdzieś 10-12 osób w sumie. Większość stanowiła „grupa z Jelonek”, którą jak się później okazało ściągnął nasz trener, plus kilku chłopaków z okolicy, no i MY –nowi, których w sumie przyszło wtedy z 7-8 osób. Na pierwszym treningu (pamiętam, jakby to było wczoraj) trener zarządził sparing między NOWYMI, a tymi, którzy już od jakiegoś czasu trenowali. Nie udało MI się tego dnia zaistnieć, natomiast Arek Kot zagrał genialny mecz w drużynie NOWYCH. Choć przegraliśmy bodajże 1:7, będąc zlepkiem totalnie niezgranych, przypadkowych osób o różnych umiejętnościach piłkarskich, Arek bardzo się wyróżnił tego dnia zdobywając jedyną bramkę, uznanie trenera i wchodząc na stałe już do szerokiej kadry. Choć wtedy nie rozgrywaliśmy jeszcze żadnych spotkań, to najbliższe miesiące miały właśnie wyłonić taką szeroką kadrę, z której nasz trener miał w zamyśle utworzyć w najbliższej przyszłości zgrany, silny zespół juniorski.

 

Potem już na dobre rozpocząłem treningi. Trenowaliśmy 2 razy w tygodniu po 1,5 godziny. Jakiś czas ćwiczyliśmy jeszcze na powietrzu, jednak (ze względu na brak słońca) w okolicach listopada przeszliśmy do treningów na sali. W tym okresie przewijało się przez nasz zespół wielu nowych zawodników – wieść tym, że drużyna 1976 ruszyła już na dobre rozeszła się po okolicy. Było nas w pewnym momencie około 25ciu. Teraz trzeba było się pokazać z jak najlepszej strony, bo wszyscy wiedzieliśmy, że to jest decydujący okres przed nadchodzącym rokiem i naszym pierwszym sezonem rozgrywkowym. Zdawałem sobie sprawę i ja, że muszę zrobić wszystko, by udowodnić swoją przydatność do zespołu.

Na początku nie szło mi jakoś zbyt rewelacyjnie. Trochę nie mogłem się przełamać w kwestii mentalnej. Kopać „to okrągłe, skórzane coś” to w miarę potrafiłem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Czekałem na swój moment, w którym zaistnieję w świadomości trenera i kolegów z drużyny. No i stało się. Na jednym z pierwszych treningów na sali strzeliłem kilka ładnych, ba pięknych bramek. Pokazałem niezłe umiejętności techniczne strzelając m.in. dwie bramki „z woleja”. Stojąc tyłem w odległości 5 metrów od bramki dostałem piłkę, którą przyjąłem na klatkę piersiową i z półobrotu „ukąsiłem” dwa razy nie do obrony. To był listopad 1986 - jeden z ważniejszych dni w moim życiu. Trener od razu podszedł do mnie, zapytał jak się nazywam i na zawsze już zaskarbiłem sobie jego zaufanie. Śmiem twierdzić, że ON nawet bardziej niż ja sam wierzył w moje umiejętności piłkarskie, wystawiając mnie już prawie zawsze w pierwszej jedenastce. A jak sobie tak teraz pomyślę po latach na spokojnie - konkurencja była naprawdę duża…

                                                                                                                

 

Po zimowej serii treningowej z powrotem powróciliśmy na boisko trenując przeważnie na boisku „bocznym”, choć zdarzało się, że mogliśmy od czasu do czasu „pokicać” także na płycie głównej. Był już jakiś trzon zespołu. Część słabszych chłopaków odeszła, między czasie dochodzili nowi i następowała selekcja naturalna. Ja już byłem pewny miejsca w zespole i coraz bardzie zaprzyjaźniałem się z kolegami. Jako, że było to już tak strasznie dawno nie pamiętam dokładnie, kto wystąpił w naszym pierwszym w historii meczu oficjalnym ze Świtem Warszawa (rocznik 1975, w więc starsi od nas, co podkreślam ponownie – rok różnicy wieku to było naprawdę dużo). Miało to miejsce jakoś w czerwcu 1987 roku. Pamiętam, że na bramce stał Rafał Rutkowski (ksywa Rutek), w obronie na „stoperze”(na środku obrony) graliśmy Rafał Ostrowski(pseudonim Ostry) i Ja(jako Miki na razie). Nie pamiętam dobrze, kto na boku obrony, ale najprawdopodobniej Irek Malicki(z mojej klasy) oraz Piotrek Szewczyk(Szewcu). W pomocy Jacek Kokot na pewno, myślę, że Marek Kalbarczyk mógł wystąpić wtedy i Arek Kot. W ataku na pewno Mariusz Ługowski(zdobywca dwóch bramek, WYGRALIŚMY 2:1), Michał Kucharski i kto trzeci nie pamiętam, choćby mnie mieli pokroić. Było to śmieszne spotkanie, bo na boisku panował totalny chaos. Wyobraźcie sobie 22-ch jedenastolatków biegających za piłką po pełno wymiarowym boisku ligowym, szczególnie, że MY graliśmy w oficjalnie prawdziwa piłkę na prawdziwym boisku po raz pierwszy w życiu. Komedia po prostu, choć dla nas było to ogromne przeżycie!!! Nie posiadaliśmy jeszcze wtedy wyrobionego stylu, którym mieliśmy czarować już całkiem niedługo, ogrywając znakomitą większość zespołów z okręgu warszawskiego. Właściwie największy problem już zawsze stwarzać będzie nam ekipa Polonii Warszawa, w której przez długie lata występowało wielu znakomitych zawodników, którzy w piłce seniorskiej wiele potem osiągnęli. Byli to m. in. bracia Marcin i Michał Żewłakow, obecni reprezentanci Polski, Krzysiek Jasiński - wieloletni reprezentant Polski w Footsalu (piłka halowa), czy Adam Abramczyk – niesamowity zawodnik, występował m. in. w Resovi Rzeszów w II lidze oraz wielu innych utalentowanych futbolistów, grających potem w innych niezłych zespołach. O tej drużynie opowiem przy okazji wspominków z wielu bojów, które przeciwko sobie stoczyliśmy. Będzie też sporo o NASZYCH gwiazdach, które wyłonią się już całkiem szybko i zaświecą na niebie, wprawiając w zachwyt niejednego kibica, przypadkowo przechadzającego się z pieskiem przez stadion warszawskiego Sarmaty.  Życie jest piękne!!!!!

 

 

                                                                                   

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ...WKRÓTCE CIĄG DALSZY!!!!!!!!!!

 
oceń
0
0

komentarze (47) | dodaj komentarz

MOJA DRUŻYNA RKS SARMATA W "KRZYWYM ZWIERCIADLE"

czwartek, 04 stycznia 2007 21:27
 

 

 

PRZEDSTAWIAM WSZYSTKIM DRUŻYNĘ RKS SARMATA WARSZAWA ROCZNIK 1976, W KTÓREJ GRAŁEM W LATACH 1987-1992. ZDJĘCIE W POCHODZI ZE SPOTKANIA PO DŁUŻSZEJ PRZERWIE Z WRZEŚNIA 2006 ROKU. KOCHAM TYCH CHŁOPAKÓW!!!!

WKRÓTCE HISTORIA NASZEJ DRUŻYNY, WYNIKI, RELACJE Z MECZÓW Z PRZED LAT, WSPOMNIENIA MOJE I NIE TYLKO!!!! ZAPRASZAM!!!

 

 rks1   <LINK DO ZDJĘCIA "NORMALNEGO"

 


oceń
2
0

komentarze (50) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  612 062  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

KONTAKT: velkrav@gmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 612062
Wpisy
  • liczba: 237
  • komentarze: 17064
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 3854 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Komediowo.pl