Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 004 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

SZCZUPAKI PROPORCĄ VICTORIA

czwartek, 26 lutego 2015 9:57

Rano mnie naszło na wnioski. Wniosek dnia: Kiedy szczupaki grają w piłkę nożną to zdobywają prawdopodobnie wszystkie bramki tzw. „szczupakiem”. Jeśli grają sandacze to sandaczem. Złote Rybki to Złotą Rybką itp. Zajęło mi to bardzo wiele miesięcy, tygodni, sekund i innych. Dojście do wniosku. Kiedy grają ludzie-faceci to przeważnie nogą owłosioną strzelają i gole zdobywają. Czasami Główkują. Myślą. Zastanawiają się. Analizują. Kiedy zaś w piłkę grają ludzie-kobiety – a to zdarza się coraz częściej – to nogą wydepilowaną najczęściej uderzają. Chyba, że fetysz i pióra na smukłych swych odnogach zapuszczają, tak jak moja pani od matematyki z liceum, która postrachem była i pałami nas straszyła. Kto dziś biegnie do tablicy? Może Leszek? A może Hutnik? A może ja sam? Siedzimy z Dżemem na matmie i czekamy na odstrzał. Kwasowiec: „To do tablicy dziś biegnie...może...hmm...Krzysiek Bartkiewicz”. Uff...dobrze, że nam znowu się upiekło. Sorry, Krzychu, ale masz przekichane APSIK!!! Koniec matmy. Ocena TRZY Z DWOMA. Wychodzimy na W-F i Majewski rzuca nam piłkę biedronkę z Biedronki, choć wtenczas nie było u nas tej sieci sklepów. Rok 1994. Nic to! GRAMY!!! Dżem przejmuje piłkę i zagrywa do Hutnika, który onegdaj na Hutniku Warszawa wiódł drugie skrzypce, ale struny od drugich skrzypiec mu się porwały i zrezygnował. Ale u nas stanowi trzon defensywy. „Ja pier....co Ty robisz?” – krzyczę, a ten z przewrotki w samo okienko uderza i prowadzimy. Stadiony świata!!! Kotlet zdenerwowany jak nigdy dotąd przyczepił się, że dziewczynę ktoś mu odbił 20 lat temu i awantura gotowa. Czerwona kartka. Zostaje nerwus odesłany do szatni. Postanawiam wziąć sprawy w swoje ręce. Podciągam prawą stroną, mijam Krystiana Możdzego, Edytę Lewą Nogę, Iwonkę Zaszczepioną i wpadam w ramiona Ani Klinowieczki. Sędzia odgwizduje rzut karny, gdyż zostaję posądzony o molestowanie. Chcę sam egzekwować. Dżem patrzy smutnymi, błagalnymi oczami, z których odczytuję: „Mogęęęę???”. Strzelaj! Dżemie bierze długi rozbieg – cofa się aż pod sklep Mini Europa – i uderza szczupakiem, ale bramkarka Gocha Góreczka, siostra Piotra G. znamienitego pałkera, odbija piłkę swoimi wydepilowanymi nogami. Widzę jak do dobitki sposobi się już Leszek, który przyjmuje piłkę na klatkę (schodową) i prostym podbiciem doprowadza do stanu 2:0 dla nas. „BRUNO WĄTPLIWY BOYS” czyli NAJLEPSI Z NAJLEPSZYCH. Mistrzowie Liceum Proporcą go, a Victoria Jest Nasza, a potem już spokojnie przemykając się między wąskimi uliczkami na piwo do pobliskiego....

 

....zaraz, przecież my nigdy nie graliśmy z dziewczynami na W-Fie. Musiało mi się to chyba przyśnić. Dobranoc. Idę spać dalej....

 

 


oceń
6
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

ODSZEDŁ LESZEK SCHMIDT - MÓJ PRZYJACIEL

piątek, 19 listopada 2010 16:12

Zmarł w środę 17.11.2010

 

Dopadł go nowotwór.

 

Mój przyjaciel

 

serceLeszek Schmidtserce

 

odszedł dość

 

niespodziewanie.

 

Niespodziewanie dla mnie...

 

Dostałem od niego w tym roku dwie płyty, w których grał na gitarze solowej i będzie to dla mnie pamiątka po niezwykłym człowieku, który do końca swojego życia pozostał młody duchem. Mimo, że miał przecież sześćdziesiąt jeden lat, każdy kto go miał zaszczyt poznać, wiedział, że jego postawa i siły witalne mogły być wzorem dla niejednego z nas. Każdy z nas myślał zapewne, że Leszek będzie z nami jeszcze bardzo długo, ale Bóg zdecydował inaczej. Dowiedziałem się o jego odejściu przed chwilą. Na gorąco więc parę słów o Leszku. Dzisiaj odbył się także pogrzeb, ale nie było mi dane w nim uczestniczyć i bardzo jest mi z tego powodu przykro. Bardzo chciałem tam być. Leszek zmarł w środę, a najdziwniejsze jest to, że jechałem samochodem wtedy w środę wieczorem (w dzień jego śmierci) i pomyślałem nagle intensywnie o nim. Choć rozmawiałem z nim niedawno i informował mnie wtedy, że miał operację i że zaczyna chemioterapię, coś mnie zaniepokoiło. Leszek nie mówił mi niczego negatywnego o swoim stanie zdrowia, tzn. że nowotwór jest już tak zaawansowany. Raczej przedstawiał sytuację w pozytywnym świetle. Dzwoniłem do niego z związku z koncertem Joe Bonamassy, którego Leszek uwielbiał i bardzo się ucieszył wiadomością, którą go uraczyłem. Stwierdził, że jest z nim na tyle w porządku, że „choćby miał na czworaka tam iść, to musi tam być”. Zadzwoniłem do niego na drugi dzień po koncercie i powiedział, że jednak nie poszedł, ponieważ jeszcze był zbyt słaby. Jestem skończonym kretynem, że uwierzyłem mojemu przyjacielowi, że jest tak o.k., a on bardzo chciał w to wierzyć i walczył do końca, był dobrej myśli, że będzie dobrze, a nie domyśliłem się, że widocznie coś było nie tak, skoro nie mógł pójść na Bonamassę. Jestem totalnym idiotą, że zamiast dzwonić do niego codziennie (a tak by było gdybym tylko wiedział, że jest tak źle), ja postanowiłem, że będę kontaktował się z nim co 2-3 tygodnie (wcześniej rzadziej się widywaliśmy, kontaktowaliśmy). I akurat w tym czasie, czyli dwa dni po jego śmierci postanowiłem zadzwonić. Ale było już za późno. Gdybym wiedział odwiedziłbym go w szpitalu. Bardzo chciałbym mieć możliwość ostatni raz z nim porozmawiać. Podziękować mu za to jakim dobrym i niezwykłym był człowiekiem. Za to, jak wielkim dla mnie zaszczytem było to, że mogłem go poznać podczas życia na tej ziemi. Umawialiśmy się w czerwcu tego roku, że pogramy bluesa na dwie gitary u Leszka w domu i sam mu to zaproponowałem, a on z radością się zgodził. Wtedy także wysłałem mu maila, bo trochę niepokoiłem się o jego zdrowie. Napisałem w nim, choć było mi trochę niezręcznie, bo raczej spodziewałem się, że mnie nie posłucha, że martwię się o niego, bo według mnie za dużo pali, a przecież miał już wcześniej problemy zdrowotne, o których nie będę się publicznie wypowiadał. Musiałem mu powiedzieć, że chciałbym, aby żył jak najdłużej i że naprawdę zależy mi na jego długim żywocie. Minęło pół roku, a Leszka Bóg przeniósł do siebie. Tak, to ogromnie egoistyczne, że płaczemy po ludziach, a oni już są w pięknym świecie i patrzą na nas z góry i mówią: „Po co się tak spinasz, człowieku.”.

Nie brałem więc pod uwagę, że dwa tygodnie po naszej rozmowie w związku z koncertem Joe Bonamassy jego już na tym świecie nie będzie. A jednak teraz sobie przypominam, że jadąc w środę tym samochodem przez głowę przeszła mi myśl, że Leszek zmarł. Ale po chwili szybko wyrzuciłem ją ze swojej świadomości, ponieważ stwierdziłem, że mimo choroby, to Leszek na pewno pożyje jeszcze długo i nie chciałem brać pod uwagę innego rozwiązania. W tamtym momencie Leszek przypuszczalnie już nie żył, a może właśnie umierał? Nie mówcie mi, że nic nie ma po tamtej stronie i że wszystko zależy od nas ludzi, i że nad wszystkim mamy kontrolę i nad wszystkim panujemy. Tak nie jest, nie było i nigdy nie będzie i takie sytuacje utwierdzają mnie w przekonaniu, ze racjonalizm w życiu może i pomaga, bo wydaje się nam, że jesteśmy panami tego świata, a tak naprawdę nie jesteśmy nawet mikro-bakterią w bezmiarze istnienia. Tylko ślepy osioł nie zauważyłby magii tamtej chwili, a ja takim idiotą na szczęście nie jestem.

 

Leszek był wielkim, ale to wielkim fanem muzyki. Zarówno potrafił świetnie grać, oraz także zaliczał wszelkie możliwe imprezy rockowe. Chadzał na koncerty wszelkiej maści i naprawdę w ciągu roku bywał na kilkunastu imprezach tego typu nie tylko w stolicy, ale również i na terenie naszego kraju. Kochał muzykę rockową, ale był niezwykle, jak na swój wiek, wszechstronny pod tym względem. Lubił wszystko: od Led Zeppelin, Deep Purple, Carlosa Santany, Eagles, Rolling Stones przez bluesa, po choćby Hetmana, Night Ridera (chodzi na wszystkie koncerty) oraz Metallikę (był m. in. 2 razy w Chorzowie) i autentycznie się tym wszystkim pasjonował. Był też utalentowany muzycznie. Grał niezwykle dobrze na gitarze elektrycznej i świetnie śpiewał. Uważam, że był po części zmarnowanym talentem, co kiedyś mu powiedziałem, ale oczywiście jak to Leszek skromnie zaprzeczył i powiedział, że wcale nie jest taki zdolny, ale według mnie bardzo się mylił. Tak, Leszek był bardzo, ale to bardzo skromny i naprawdę dzisiaj widzę to bardzo wyraźnie. Przy tym wszystkim miał niesamowite zdolności do robienia forsy (wtedy kiedy mu się chciało oczywiście)  i myślę, że zawsze był obrotnym facetem, który miał jak to się mówi „głowę do interesów”. To było widoczne i to bardzo.

 

Leszek, kurcze, szkoda, że zobaczymy się dopiero za kilkadziesiąt lat, czyli wtedy gdy ja wybiorę się na drugą stronę, bo miałbym Ci na teraz jeszcze parę słów do powiedzenia. Na razie mówię więc, że takiego człowieka jak Ty nigdy nie spotkałem, i mam nadzieję, że będziesz dobrze zawsze o mnie myślał, gdziekolwiek jesteś. Ania, gdy powiedziałem jej o Twojej śmierci, pobeczała się jak małe dziecko, momentalnie tak jak ja uświadomiła sobie, że byłeś kimś wyjątkowym dla nas obojga i odchorowuje dzisiaj Twoje odejście. Ja płaczę jeszcze teraz gdy piszę te słowa i mimo, że wiem, że śmierć to nie koniec życia, to jednak będzie mi Ciebie brakowało na tym świecie, w którym odcisnąłeś swój ślad w moim sercu już na zawsze.

 

Nie mam zdjęcia, żeby tutaj zamieścić, ale może załatwię, to jeszcze uzupełnię. A może jeszcze coś dopiszę? Na razie tak na kolanie skleciłem powyższe słowa.

 DZISIAJ JEST KONCERT NIGHT RIDERA I NA NIM JEDEN Z UTWORÓW ZOSTANIE ZADETYKOWANY LESZKOWI.

LESZEK, LET’S FUCKIN’ ROCKIN (IN HEAVEN)!!!

 

Ten utwór Leszek uwielbiał. Jeśli go znaliście – posłuchajcie i pomyślcie o nim, proszę. On na pewno posłucha...

 

http://www.youtube.com/watch?v=jMXXnLSRdBE

 

Jeszcze więc uzupełniam kilkoma zdaniami (dopisuję kilka słów - wtorek 23.11.2010):

 

Leszek chodził co tydzień do Irish Pubu na Miodową (zawsze jak pytał mnie „Idziesz ze mną w niedzielę do IRYSA? – bardzo mnie tym rozbawiał) na koncerty znanej w Warszawie, kultowej grupy 36.6 BAND. Tak się złożyło, że będąc w liceum także miałem okres, że przez kilka miesięcy nie opuszczałem ich koncertów – byli niesamowici i w tamtych czasach grali niezwykle profesjonalnie Beatlesów, Stonesów i wiele innych popularnych utworów-coverów dobrze znanych kapel z lat 60-tych i 70-tych. Kiedyś zgadaliśmy się z Leszkiem i okazało się, że Leszek właśnie jest także ich fanem i aktualnie zalicza każdy występ. Byliśmy wstępnie umówieni, że któregoś razu wybierzemy się tam razem na piwko i ja przypomnę sobie przy tej okazji jak grają panowie z Armenii, którzy tworzą trzon zespołu. No ale jakoś ciągle coś mi wypadało, albo zapominałem o niedzielnym koncercie i w rezultacie nie poszedłem z Leszkiem do IRYSA. Cóż, żałuję, że nie zdążyliśmy się wspólnie tam wybrać, ale obiecałem sobie, że przejdę się tam sam i wypiję jego zdrowie w którąś tegoroczną niedzielę. To będzie wypad na jego cześć i będę wyobrażał sobie, że on tam jest ze mną. A przecież tak właśnie będzie, wiem to na pewno. 

 

Leszek był człowiekiem niezwykłym pod następującym względem. Nie zważał na wiek człowieka z którym obcował, czyli nie ważne było dla niego czy rozmawia z dwudziestolatkiem czy też z siedemdziesięcioletnim człowiekiem – wszystkich traktował tak samo, czyli z perspektywy siebie samego, czyli kogoś, kto czuje się sam jakby był nastoletnim młokosem i to było niesamowite. Miał siwe włosy i czasami ludzie byli zszokowani, że pomimo swego wieku, gdy obcował z młodymi ludźmi, był tak niezwykle ciepły, prostolinijny, bardzo szczery i prawdziwy do bólu. Wyglądało jakby wewnętrznie zupełnie, ale to zupełnie się nie zestarzał i stąd pewnie także moja z nim więź, z której tak bardzo jestem dumny. I jeszcze coś, co stanowi o jego wielkości, a mianowicie miał ogromny dystans do samego siebie. Potrafił się z siebie śmiać i wszelkie swoje przywary traktował z przymrużeniem oka, na wesoło i z wielkim, ale to wielkim dystansem.  Czasem jak ktoś z naszej drużyny SARMACI WOLA - (graliśmy w rozgrywkach 6-stek piłkarskich), w której Leszek kiedyś też należał, choć może nie zawsze grał w meczach, to zawsze był gdzieś w pobliżu i kibicował - pozwolił sobie na jakiś żart skierowany w jego kierunku, nie pamiętam, aby kiedykolwiek się na kogoś obraził, a wręcz przeciwnie. Różnica wieku jaka dzieliła nas trzydziestolatków, a jego faceta prawie dwa razy starszego, nie powodowała, że czuł się jakoś specjalne tym wywyższony i traktował wszystkich zawsze jak kolegów, patrząc na nas ze swojego poziomu jak na równolatków. Powiem szczerze, że nie znałem nikogo takiego jak Leszek i uwierzcie, że był naprawdę człowiekiem pod tym względem wyjątkowym. Wady swoje miał, ale każdy z nas je ma i nikt nie jest doskonały – proste stwierdzenie przy tej okazji. Gdyby ich nie miał, toby dopiero było dziwne. Browarek i fajki – ale któż z nas nie lubi przypiwkować, choć akurat palić osobiście nie koniecznie.

 

Generalnie naprawdę go lubiłem, i naprawdę żałuję, że nie ma go wśród nas. I tak naprawdę zrozumiałem to po dopiero jego śmierci – głupie prawda?

 

 

 TYLE WIĘC, A CZY JESZCZE BĘDZIE CIĄG DALSZY TO CZAS POKAŻE...

 

 


oceń
10
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

A TERAZ COŚ SPECJALNEGO...

poniedziałek, 20 października 2008 12:23


Witam, szukając dobrego architekta, zupełnie przypadkowo natrafiłem w internecie na niesamowitą stronę. Niedługo budujemy dom w Górnie, stąd moje poszukiwania w tymże kierunku. Będziemy potrzebowali kogoś z wyobraźnią i polotem spleśniałej sałatki jarzynowej, dlatego obejrzeliśmy w sieci rybackiej jakieś 124 stron firm i pracowni architektonicznych z całej Polski. I słuchajcie, patrzcie, podziwiajcie, oglądajcie projekty zrealizowane i zachwycajcie się zapleczem intelektualnym i warsztatem merytorycznym tychże dwóch młodocianych podlotków z miasta nad Wisłą na literę W. Ale tak na serio, bo żarty żartami, ale wypas jest naprawdę i mnie osobiście bardzo spodobała się kuchnia, zrealizowana w apartamencie we Francji. Taką sobie zrobimy w naszym domu. A co tam. Panowie są atrakcyjni cenowo, bo ile by nie krzyknęli za projekt, jest to na 1000% warte wydanych pieniędzy.  Jest to najlepsza autorska pracownia architektoniczna w Polsce, w Europie, na Świecie i w Kosmosie. Zamówienia spływają wiec także z innych planet. Ostatnio pewna rodzina z Saturna zamówiła projekt stacji kosmicznej w kolorze ecry w stylu późne rokokoko. Samotna czarna wdowa (murzynka) ze Słońca zleciła z kolei pracowni PIK projekt i realizację domku jednorodzinnego w kształcie wielkanocnej pisanki. Niedawno sam Ojciec Dyrektor korzystał z usług tychże Panów  i zamówił plan wystroju celi więziennej na Rakowieckiej, w której planuje się w krótce znaleźć, na trochę dłużej niż 3 miesiace. Poniżej lista osób, które skorzystały już z usług tejże firmy i są z niej bardzo, ale to bardzo zadowolone:

1. SIEROTKA MARYSIA
2. LUDWIK "THE OUTLAW TORN" DORN
3. JAN MONCZKA
4. LEONID BREŻNIEW
5. JACEK "SZCZĘKA" GMOCH
6. SMOK ZYGMUNTA
7. ZDZISŁAW PIEREGORULKA
8. ANDRZEJ BALSAM
9. KORFANTY BAMBARYŁA-SPOCONY
10. WOLFRAM WUTTKE
11. FRANK NEUBARTH
12. FILIP SONDIJ
13. ANDRZEJ LA PERR
14. GENOWEFA DIESEL
15. SYLVIA RAMOTOVSKY Z KURYŁKÓW
16. FRED STANDART
17. EUGENIUSZ COLA-TOR
18. MISIEK KOTERSKI
19. KSIĄŻE WILLIAM KOX
20. MARYLKA ZE ZŁOTOPOLSKICH
21. MIKOŁAJ WOJCIECH JAKUB KRAWCZYK

www.pik-studio.pl

POLECAMY!!!
                                      

_________________________

                     


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PIOTREK ŻUKOWSKI - UZUPEŁNIENIE DO WPISU Z DN.29.03.2008

piątek, 07 marca 2008 13:00

Tuż pogrzebie Piotrka Żukowskiego, czyli w czerwcu 1995 roku, napisałem pierwszy w moim życiu wiersz, jedyny jak dotąd w języku angielskim. Kolejny, już po polsku, powstanie dopiero we wrześniu 2004. Ten mój pierwszy, dziewiczy, przedstawić teraz Wam pragnę: 

                                                                                                                                                                  

 

IN MEMORY OF MY FRIEND PIOTREK

                                                                                                                                                        

  

Motherfucking diseases

And fate

Or maybe God let you down

Underground

On the cementary

You are lying

I am dying

Of sadness

And fear

You loved her…

She loves you

See you soon

Somewhere…

Someday…

Maybe tomorrow?

                                                                                                                                           

  


oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

PIOTREK ŻUKOWSKI - 13 LAT Z ANIOŁKAMI

piątek, 29 lutego 2008 23:32

                                                                                                                                                                        

Żuku”, czyli Piotrek Żukowski to mój kumpel z dzieciństwa. 13 lat temu odszedł z tego   świata. Miał 21 lat. Chciałbym pokrótce przypomnieć jego sylwetkę.

                                                                                                                                                                           

Wracając do domu po otrzymaniu przepustki z wojska, w niewyjaśnionych chyba do dzisiaj okolicznościach, zginął tragicznie pod kołami pociągu. Jestem u niego na grobie przynajmniej raz w roku i spoglądając na jego portret znajdujący się na płycie nagrobkowej, widzę tego uśmiechniętego chłopaka, którego z jakiś powodów nie ma już dzisiaj z nami i zastanawiam się zawsze, jakie zadanie Bóg wyznaczył Piotrkowi po tej drugiej stronie, że zabrał go do siebie tak wcześnie.

                                                                                                                                                                 

Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w jednym z  piętnastopiętrowych bloków w Warszawie. Znaliśmy się mniej więcej od 1988 roku, kiedy to Piotrek sprowadził się tutaj i zostaliśmy sąsiadami. Był ode mnie o 2 lata starszy i zanim się zapoznaliśmy minął jakiś czas. Potem w grupie przyjaciół, kumpli, szwendaliśmy się wielokrotnie po dzielnicy szukając wrażeń. Były imprezy, szczególnie właśnie u Piotrka, bo on miał bardzo fajną i wyluzowaną mamę i nie było problemu, abyśmy posiedzieli od czasu do czasu u niego, albo delikatnie zaimprezowali podczas weekendu. Wtedy pani Ela, czyli jego mama, „ulatniała” się i odpalaliśmy jakąś konkretną muzę na dobrym sprzęcie, który on zawsze miał na stanie. Osobiście miałem trochę problemów z zostawaniem na noc na początku, bo byłem od reszty towarzystwa te 2 lata młodszy i rodzice jeszcze na straży mojej moralności stać się starali, ale od czasu do czasu, wraz z wiekiem, dołączałem coraz to częściej do starszych kumpli. Pierwsze piwo, pierwsze prawdziwe imprezy, pierwsze dziewczyny. Malinowy to był czas. No jeszcze jakby nie trzeba było chodzić do szkoły hehe… Bywało, że biegaliśmy na  koncerty odbywające się sporadycznie w pobliskim liceum, albo w klubie Fugazi, który był na przełomie lat 80tych i 90tych niewątpliwie na topie. Muzyka w ogóle była wtedy bardzo ważnym elementem naszego życia… Słuchało się ulubionych kapel i marzyło o założeniu własnej…  Żuku, Tuti, Gonzo, Jędras, Grochu, Szuler, Kwasek, Fanek to pokrótce tamten nasz skład, nasza banda obiboków.

                                                                                                                                                                       

Zorganizowaliśmy u Piotrka, na przełomie tych 7-8 lat od kiedy sprowadził się w nasze rejony, dwa „Bale Sylwestrowe”. Pierwszy odbył z nocy 31 grudnia na 1 stycznia 1989/90. Pamiętam go dobrze, bo pierwszy raz piłem wtedy wódkę... Taka młodzież udana, uczeń 7 klasa szkoły podstawowej i ten balsam leczniczy Made In Polmos. Walnąłem sobie pół szklaneczki od herbaty jednym haustem i…smakowało mi niesamowicie, aż sam się dziwię, że aż tak mi podeszła ta gorzałka. Hmm, wręcz delektowałem się wtedy jej smakiem. Teraz bym już tak nie mógł chyba... A drugi balecik imieninowy Sylwestra Stallone u Żuka na kwadracie, to przełom lat 1993/94 i wesoła jazda w składzie mieszanym. Pamiętam, że jak dogorywaliśmy rano i po raz… 128 leciało zaprogramowane wcześniej The Unforgiven, którego nikt nie był w stanie wyłączyć. Tak żeśmy się załatwili.

                                                                                                                                                           

Piotrek słuchał różnych odmian muzyki. Preferował rock i heavy metal. Lubił takie bandy jak Metallica, Def Leppard, Megadeth, Bon Jovi, Preety Boy Floyd czy Alice Cooper. Jeśli chodzi o Metallikę to kochał Black Album i te lżejsze klimaty w wykonaniu Czterech Jeźdźców. Był na koncercie w Chorzowie 13 sierpnia 1991 roku, na który ja nie mogłem pojechać. Tam też grało jak wiadomo AC PIORUN DC, którego Żuku też lubił sobie od czasu do czasu posłuchać. Nawet z wyjazdu do Danii w 1990 roku (byłem tam na turnieju soccera)  przywiozłem mu CD tej kapeli. To był album jeszcze z pierwszym wokalistą i była to sama płytka bez okładki i pudełka. Z resztą w tamtym czasie był jedynym człowiekiem z naszej paczki, który posiadał odtwarzacz CD. To był ewenement na skalę dzielnicową. Z resztą również posiadał magnetowid, co także było dość rzadkim przypadkiem. Chodziliśmy więc do niego oglądać Freddiego Kruggera albo teledyski nagrywane z MTV. To był piękny czas. Niepowtarzalny stan błogiego dorastania, które w przypadku Piotrka przerwała śmierć.

                                                                                                                                                                

Do wojska poszedł w 1994 roku, do którego sam się zgłosił. Postanowił spełnić ten przyjemny niewątpliwie obowiązek obywatelski, z którego prawie każdy w tym kraju chce się wyłgać. A on z własnej woli się zdecydował. Chciał mieć po prostu sprawę za sobą. Pragnął pokonać tą barierę i rozpocząc dalsze życie, bez zastanawiania się kiedy dostanie "bilet" i bez uciekania przed wojskiem, jak to robi większość z nas. Hmm, myślę sobie teraz, że widocznie tak miało to wyglądać, jeśli ktoś wierzy w przeznaczenie. Zaraz potem odbyła się jego przysięga, na którą niestety nie mogłem pojechać. Miałem jakiś mecz wtedy, czy coś takiego, już dokładnie nie pamiętam. Postanowiłem więc przekazać mu przez Tutiego pamiątkę ode mnie. Kupiłem książkę, która wydawała się być ciekawą pozycją traktującą tak na marginesie o tematyce wojskowej. Nakręcono nawet film na jej motywach w Stanach kiedyś. Wpisałem dedykację na pierwszej stronie” Piotrkowi, na pamiątkę przysięgi wojskowej. Mikołaj.”

                                                                                                                                                           

Tytuł tej książki to… „STĄD DO WIECZNOŚCI”.

                                                                                                                                                                  

Odszedł od nas 4 czerwca 1995 roku.

                                                                                                                                                      

Kiedyś byłem na grobie u Żuka. Choć to takie proste, mam zawsze, ale to zawsze problem z odnalezieniem miejsca pochówku Piotrka. Przyniosłem mały sprzęt grający i posłuchaliśmy sobie właśnie… The Unforgiven oraz Nothing Else Matters, które bardzo lubił. Miałem potrzebę pobycia z nim właśnie w taki sposób, jak to było kiedyś, jak jeszcze tutaj był. Jestem pewien, że mnie słyszał i był tam wtedy ze mną. Wspomnienie o nim, choć nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, jest zawsze dla mnie miłym przywołaniem w pamięci jego osoby, która spędziła na tej ziemi 21 lat. Można powiedzieć, że Żuku trafił „Oczko”, czyli okazał się zwycięzcą w tej grze. W grze między życiem, a śmiercią, którą spotkał w tamten piątkowy poranek, a która przerodziła się przecież w nowe życie. Tyle, że w innym miejscu, w innym czasie, w innym wymiarze.

                                                                                                                                                   

Trzymaj się tam na górze!!!! Do zobaczenia.

                                                                                                             

 

PIOTR ŻUKOWSKI

1974-1995

                                                                                                                                                               

 


oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  679 309  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

KONTAKT: velkrav@gmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 679309
Wpisy
  • liczba: 238
  • komentarze: 17068
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 3943 dni

Więcej w serwisach WP

Komediowo.pl

Pytamy.pl