Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 029 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

AKTUALNOŚCI KULTURALNE

piątek, 08 lutego 2013 10:14

  

Chciałbym ogłosić, że po pierwsze, wydawnictwo Pisze Się Padło Na Twarz więc MIRABELLA nie będzie na razie dostępna w sprzedaży. Końcówka nakładu jest jeszcze teraz wyprzedawana w Internecie na niektórych księgarniach internetowych, więc jeżeli ktoś chce się zaopatrzyć to proszę bardzo.

 

Chciałbym oznajmić, że po drugie, mój blog ma awarię KOMENTARZY i wszystkie komentarze są widoczne tylko przeze mnie jak zaloguję się do „wnętrza bloga” natomiast nie wyświetlają się pod wpisem (również te stare). Także nie dziwcie się Państwo Szanowni Moi Kochani, że gdy wpiszecie komentarz on się potem nie pojawi pod wpisem przeze mnie dokonanym. Mam nadzieję, że Wirtualna Polska usunie wkrótce ten defekt i wszystko wróci do normy. Na pewno przeczytam wszystkie Wasze komenty, a w sprawach pilnych, bądź w przypadku chęci kontaktu ze mną w jakiejkolwiek kwestii proszę śmiało pisać na adres vel.krawczyk@wp.pl

 

 

statystyki stan na 8.02.2013

 

Odwiedziny: 112802

Wpisy
 
liczba: 208
  • komentarze: 647:-D
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Księga gości: 55
Bloog istnieje od: 2257 dni

 

 

Mam nadzieję, że obejrzeliście film o Mistrzostwach Świata w Patagonii 1942. To pozycja obowiązkowa.

 

Julian, mój syn, skończył 1 lutego 6 lat. Super z niego gość. Nic się nie zmieniło w tej kwestii. Kocham Tego Mojego Chłopaka!

 

W kwestii tworzenia kolejnej powieści wszystko idzie zgodnie z planem. Pomału, mozolnie, dokładnie i twórczo. Choć ostatnimi czasy przewagę nad tworzeniem piórem zdobyło nieco tworzenie na instrumentach strunowych dlatego jestem w tej chwili rozdwojony i działam na dwa pokrewne, artystyczne fronty. Muzycznie oczywiście to pierwsze kroki, dopiero uczę się umiarkowanego profesjonalizmu, ale wkrótce spróbuję pokazać moją twórczość kompozytorską przy udziale moich kochanych przyjaciół z dawnych lat. Jeżeli chodzi o kreatywność zwykle tworzenie samo mi przychodziło, przylatywało do głowy, co starałem i staram się nadal realizować. Pomysłów mi nigdy nie brakowało, czy to na powieść, czy to na kompozycje muzyczne, więc postaram się stworzyć coś zespołowego na jako takim poziomie i pokazać to światu. Zespół powstał i przygotowuje autorski materiał. Za czas jakiś zaprezentuję skład wraz z pierwszym nagraniem demo. Kapela rockowa składa się z trzech osobników i ma już nawet swoją nazwę. Szczegóły wkrótce!!!

 

Julian to chłopak jest bombowy, odlotowy, najlepszy w świecie, jeździec bez głowy!

 

Nasze Plemię Pozdrawia!

 

Newsy gorące z przedostatniej chwili:

 

 

Grupa HEMP GRU zawiesza działalność studyjną i możliwe, że także koncertową! Trwa właśnie ich ostatnia (prawdopodobnie) trasa. Wpadajcie na koncerty, kto zainteresowany. Warszawa Klub Stodoła 19 kwietnia.

www.hempgru.pl

 

ALCOHOLLICA - COVERBAND: koncert w Warszawie 23 lutego Klub Herezja.

www.alcoholica.pl

 

 

ACID DRINKERS koncert Warszawa 8 marca Dzień Kobiet. Panowie na pewno przebiorą się za kobiety i przyjmą goździki oraz róże wiatrów od swoich wieloletnich fanów.

 

www.acid-drinkers.com

 

Take care yourselves!!!

 


oceń
15
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

MISTRZOSTWA ŚWIATA W PIŁCE NOŻNEJ W 1942 ROKU - FILM

piątek, 11 stycznia 2013 13:46

  

Napiszę o filmie dokumentalnym, który ostatnio przypadkowo mi się trafił. To niezwykła historia NIEOFICJALNYCH MISTRZOSTW ŚWIATA W PIŁCE NOŻNEJ, które odbyły się podczas trwania II WOJNY ŚWIATOWEJ W 1942 ROKU. Niezwykłość tego filmu polega na tym, że nie mówi tylko o futbolu, ale przedstawia również całą otoczkę, dokumenty, zdjęcia, wypowiedzi, jak doszło do zorganizowania turnieju w Ameryce Południowej przy akceptacji FIFA, kto go osobiście zorganizował i w jakim kraju, dzięki komu zachowały się filmy z tamtych spotkań, kto brał udział, kto zwyciężył i jak to wszystko wyglądało. Powiem tak. Brało w nim udział 12 krajów, w tym...Polska. Nie domyślicie się nigdy w życiu, kto wygrał ten turniej! Powiem Wam jeszcze tylko tyle, że picture jest naprawdę niesamowity. Opowiada historię osób z różnych zakątków świata, niektórzy żyją do dzisiaj i mogli się wypowiedzieć. Cała historia kończy się równie niesamowicie jak się zaczyna, dlatego każdy z Was musi to zobaczyć. Bez względu na to czy interesujecie się piłką nożną czy też nie. A już historia w jaki sposób odnalezione zostały materiały dowodowe na to, że taki turniej w ogóle się odbył skłaniają mnie to stwierdzenia po raz kolejny: ŻYCIE JEST PIĘKNE! FAJNIE TUTAJ BYĆ! Cała historia nasycona jest nie tylko sportową rywalizacją plus trudną sytuacją polityczną, ale i pasją, miłością i wszystkim czego mogłem się spodziewać od profesjonalnego filmu dokumentalnego o tych niezwykłych mistrzostwach, których fakt odbycia się dopiero niedawno został niezbicie udowodniony. Znaleziono faceta pod ziemią po 60 latach, a właściwie same po nim kości i... no właśnie. ZAPRASZAM NA PROJEKCJĘ!!!

 

Oto link:

http://www.youtube.com/watch?v=g0yb4EuPN0A

 

 

 

 

 


oceń
22
5

komentarze (22) | dodaj komentarz

12.12.12. czyli Pszczólka Maja

piątek, 07 grudnia 2012 11:38

 

Ostatnio pisałem same kolosalne głupoty na tej stronie i w związku z tym, żeby nieco zrównoważyć klimat w dniu dzisiejszym napiszę śmiertelnie na poważnie. Grudzień 2012 to czas oczekiwania na koniec świata. Od lat wiadomo, że ten moment musi wreszcie nadejść, ale dlaczego 21 grudnia, w piątek, na początek weekendu taki afront? To przecież jest przegięcie pały całkiem dużego kalibru. Prośba o przesuniecie końca świata na poniedziałek.

 

Człowiek przeżywa czasami niezawinioną niemoc twórczą tudzież zastój pisarski. Jeżeli ta niemoc nie powoduje aktywacji w innej sferze sztuki to jest niedobrze, a wręcz nie jest dobrze. Moja niemoc twórcza spowodowana jest między innymi tym, że moja szanowna prawa ręka nie ma czasu hehe, aby przeglądnąć i czai się mocno do działania. Nie mogę jej namówić na analizę stronic. Jestem cierpliwy, a poza tym na fali kryzysu nie ma sensu wydawać książki. Wydawnictwa, however, to szczwani kombinatorzy, ale to historia na inną opowieść. Jednakże, liczę na to, że w końcu temat ruszy i to z kopyta jeżeli nie przed końcem świata, to chociaż po nim, czyli już w zaświatach. Natomiast nie martwię się tym zupełnie, ponieważ uaktywniłem swoje poprzednie zainteresowania i tworzę chwilowo w innej gałęzi sztuki. Jest to bardzo przyjemne pobrać do ręki „to coś” i wydobyć z tego kilka „czegoś tam”. Nazwa projektu to TRIBE. Szczegóły after the end of the world. Jeżeli oczywiście koniec świata okaże się wiarygodny w co szczerze mówiąc mocno wątpię. Majowie dużo jarali mocnego stuffu to mogli się pomylić na przykład o 3187 lat... Mogli? Jasne, że na sto procent się pieprznęli w tym nostradamusowaniu za 5 groszy. I love Pszczółka Maja.

 

Wczoraj miałem imieniny i napływały życzenia zewsząd, a nawet z zagranicy oraz z wyższych i niższych sfer niebieskich. Wszystkim, tym którzy pamiętali oraz także tym którzy zapomnieli, serdecznie dziękuję za pamięć i niepamięć. Niepamięć częstokroć bywa tak samo szczera i potrafi sprawić, że czuje się wiele ciepłych słów, które pozostają jednakże niewypowiedziane. Milczenie w tym wypadku staje się złotem. Wrzeszczenie wydaje się być złotym zębem and so on.

 

Chcę jeszcze napisać, że nasz syn Julian ma się świetnie i 1 lutego skończy 6 lat. Ten czas niesamowicie szybko zleciał powiem szczerze, że ten mój słodziak jest już strasznie wielki. Kocham go bardzo i staram się bardzo być dla niego najlepszym tatą jakim tylko być potrafię. Ogromną pracę w jego rozwój, wychowanie i terapię wkłada Julka Mama - Ania, która wykonuje niesamowitą, niezwykłą i ponadludzką robotę będąc cały czas z Julkiem i dając mu wszystko co ma najcenniejszego, a przede wszystkim swoją miłość, cierpliwość i niesamowite wsparcie każdego dnia. Oboje staramy się bardzo dawać mu miłość i zaplecze psychiczne, które w przyszłości musi zaowocować, nie ma innej opcji. Kocham Cię, Juliś, My Beloved Boy!!!!

 

Właśnie, a propos kolosalnych głupot, uwielbiam je wymyślać i tworzenie ich jest prawdziwą przyjemnością od dnia w którym się narodziłem. Zauważyłem, że mój syn jest jeszcze bardziej „wykręcony” i widzę dla niego świetlaną przyszłość w związku z powyższym. Tak, niedaleko pada jabłko od szarlotki. W przyszłości chłopak mój pokaże się z jak najlepszej strony jeszcze nie raz. Kochany, cudowny i strasznie śmieszny gość z tego mojego Julka, mówię Wam: ISTNY VARIATUS POSPOLITUS!!!! Bywa wkurzający hehe sometimes wiadomo, jak każdy młodzieniec w jego wieku, a już jeżeli ma przyjaciela Zdzicha Aspergera to już tym bardziej. Cóż, wkurzający to bywam i ja sam i to nawet dość często. W ogóle to life is beautiful as always!!!

 

Z po(d)ważaniem (mojej opinii)

Docent Mazz


oceń
12
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

MIĘSO Z KROPKĄ

poniedziałek, 20 sierpnia 2012 14:01

 

Tak się zastanawiam i wygląda na to, że na moim blogu jest zbyt mało bluzg z kropką.

 

W takim razie czas to zmienić.

 

Na początek może zacytuję Mędrca:

 

„PIER.OLĘ  każdego polityka w tym kraju, który oszukuje, kradnie, mataczy, bierze łapówki, załatwia, kombinuje, nadużywa władzy, podpisuje przestępcze umowy, udaje, że ma pojęcie o tym co robi, choć tak naprawdę niczego sobą nie reprezentuje. Polityk to największa zgnilizna tego świata. (...). cytat: Eustachy Z. De GUSTA

 

To tytułem wstępu, a na polityków jestem „cięty” od kiedy nauczyłem się myśleć.

 

Bluzg można użyć w wielorakich okolicznościach, ale przydają się w sytuacjach skrajnych, gdy potrzebujemy podkreślić znacznie naszych słów.

 

Oto przykład:

 

Pod sklepem z piwem zaczepia nas nabzdryngolony w cztery dupy ochlej. Chce pieniędzy na wino marki wino Bordeaux Chautex Bą. Mówimy mu tak:

 

„Ty w zad je.any pajacu. .pierdalaj na drzewo w trąbkę golony złamasie z moczem wielbłądzim zamiast mózgu, który ci wypalił spirytus sanktus de la patataj”

 

Podczas przechadzki w parku napotykamy nieokrzesanego wyrostka, który wyzywa nas od najgorszych. Odpowiadamy:

 

„Jak ci przypier.olę w ryło Ty w czapkę dmuchany poje.ańcu to znajdziesz się na śmietniku historii pośród ziemniaczych obierek i starych serów z pleśnią z powybijanymi zębami i z powyłamywanymi nogami od stołu do krojenia kiełbasy suszonej! ” uff!

 

Bywają również zdarzenia nieprzewidziane jak przykład autentyczne historia z parku z placem zabaw dla dzieci. Pytasz dziecko bawiące się w piaskownicy czy to jego foremki, a ono odpowiada:

 

„Obszczypiczu osz ty niewydymańcu odpierdol się od mojej jebanej foremki” (tutaj akurat była wersja „bezkropkowa” – dzieciak był wyjątkowo milusiński, pochodził z rodziny patologicznej).

 

Takich przypadków jest bowiem coraz więcej...

 

„Czy należy swawolnie przeklinać?” – zapytał Mędrzec.

 

„Na bambus!” – odpowiedział dzielnicowy podchorąży w stanie spoczynku Janusz Konopka-Ojczenasz.

 

W zeszłym wcieleniu był recydywistą, sadystą i nie przeklinał. Nauczyli go koledzy w szkole oficerskiej, choć pierwsze „a idź w ch.j” poznał już w podstawówce na zajęciach Wiedzy O Społeczeństwie, w skrócie W.O.S.

 

„A gówno W.O.S. to obchodzi, łotdefak!!!” – nawiązał docent Radomir Gumiś.

 

No i powiedzcie mi, któż w tym kraju nie wali mięchem prosto w oczy przy każdej okazji się nadarzającej??? Są tacy, znam paru, ale to margines.

 

Nawet budowlańcy-murarze zaczęli ostatnio kląć jak szewcy, a szewcy jak krawcy, krawcy jak dygnitarze, dygnitarze jak niemowy, a niemowy jak sowy.

 

Pozwólmy sobie na odrobinę luksusu i klnijmy ile wlezie.

 

Zacznijcie od dzisiaj. A jak Wam się któregoś dnia znudzi to wróćcie do języka owszem aksamitnego jak pupcia niemowlaka.

 

The End

Wasz Mazz dla przyjaciół Jerzy Kwas, dla nieprzyjaciół Hans Słodowy. Bless, Bitch!

  


oceń
12
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

NIE WIEM CO NAPISAĆ...

poniedziałek, 25 czerwca 2012 14:20

Gdybym wiedział, co mam napisać dawno bym to uczynił. Nie będę tworzył na siłę. Jak się pojawi pomysł to wyrzeźbię kilkaset liter i dokonam kolejnego wpisu. Najbardziej brakuje Koko Euro Spoko krążek leci hen (ang. Kura) wysoko. Jakoś przeżyję. Dam radę otworzę szufladę. Wiem, że słoneczny dzień nadejdzie i zakryje chmury jarzębinowe. Kiedy 28 lat temu skakałem na wf-ie przez kozła, a potem od razu przez konia, nie przypuszczałem, że tak się to wszystko rozegra. Cały ten czas spędziłem jak nietoperz wisząc do góry nogami. Krew spłynęła i wypłynęła na szerokie wody. Wszyscy krewni oddali co należne i udali się na zasłużoną emeryturę do sąsiedniej wioski. Żyrafy wyszły z szafy, pawiany ze ściany, pająki opuściły swoje domki oraz pajęczyny i inne www. Któregoś dnia budzę się rano, patrzę i nie wierzę własnym oczom. Pożyczyłem więc oczy, żeby nie musieć wierzyć własnym, od koleżanki w szortach, miała na imię Genonyfar Deyna i zawczasu także nie zawierzyłem w to co zobaczyłem. Byłem człekiem małej wiary w to, że wszystko się może zdarzyć i każdy może się zważyć. Wystarczy taka wódka, piwo, wino, dr. Joint, wino marki wino, wódka marki wódka, piwo marki wino i piwo Marky Mark, jeśli wiesz o czym ja mówię. Nie będę pisał skoro nie mam pomysłu i nie wiem co mam napisać, więc nic nie napiszę, aby nie siać fermentu i zamętu. Każden który dotknął konia przez kozła może stać się kozłem i koniem ofiarnym. Wszyscy którzy byli i widzieli co zrobił ten zawodnik i trener, będą wiedzieli o co chodzi i (Maciej) Biega. Pozdrawia z Tłokowisk Docent Krzysztof Lebiega. Specjalne podziękowania dla Polskiego Związku Piłki Możnej za to, że wypłacą należne premie, a sukcesu jak nie było tak i nie ma. Byłem rano w kawiarni i zamówiłem sobie przepyszną Cafe Latte ala Gregory Latto. Ten to ma kurwa tupecik. Niech go chuj strzeli.

 


oceń
9
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

REFLEKSJE OGÓLNO-WIELORAKIE W TEMACIE BYNAJMNIEJ OKREŚLONYM

czwartek, 26 kwietnia 2012 15:29

  

Myślę, że lubię życie. Jakie by ono sporadycznie nieprzyjemne nie było, nadal je lubię i cenię jego dary. Piękny poranek. Wstaję i patrzę na rozłożyste, pięćdziesięcioletnie drzewo wyrastające pod moim balkonem i myślę, że kolejny dzień będzie naprawdę wartościowy i niepowtarzalny. Niezwykły, wyjątkowy – jeżeli tylko sam tego będę bardzo pragnął. Kładę się spać i przed zaśnięciem wyobrażam sobie najpiękniejsze miejsca i ludzi jakich znam. Zapominam o sytuacjach, miejscach i ludziach, którzy nie są czymś lub kimś o czym chcę myśleć, ponieważ nie sprawia mi to przyjemności. Nie myślę o niczym co mogłoby sprawić, że czuję się niespokojny. Przywołuję w pamięci tylko to co jest ciepłe, wesołe, kojące, uspokajające i wszystko co tworzy w mojej głowie obraz tego świata pozytywny. Nie słucham polityków w żenujących programach publicystycznych. Przełączam wtedy na jakikolwiek kanał o pozytywnej tematyce. Nie konsumuję kolejnych tragedii wpijających się w moją podświadomość wieści o kolejnym seryjnym zabójcy albo wojnie na Bliskim Wschodzie. Wyłączam odbiornik telewizyjny i wychodzę na spacer skonfrontować samego siebie z własnymi myślami. Z myśli moich powstają pomysły na kolejne powieści.  W powieściach moich krzewię pozytywny przekaz. Staram się bardzo, aby każdy kto skonsumuje którąkolwiek z moich powieści dojdzie do wniosku, że życie jest jeszcze bardziej pozytywne i wartościowe, niż było dotychczas. Chcę nieść moim przekazem nadzieję i wiarę w to, że po pierwsze wszystko jest możliwe jeżeli czegoś bardzo chcemy. Po drugie, że tak naprawdę nic nie kończy się wraz ze śmiercią, a ona jest dopiero początkiem wszystkiego, co najpiękniejsze. Na facebooku powstał profil Mikołaj Wojciech Maziarz – pisarz. Opisane w nim zostało w jaki sposób narodziłem się jako pisarz. Narodziny w bólach, ale jestem najszczęśliwszym człowiekiem. To dopiero pierwszy krok. Jest pięknie, prześlicznie i magicznie. Rozwój idzie we właściwym kierunku. Jestem dumny z tego, że jestem tym kim jestem. Z tego, że mam tak szlachetne i wielkie dziedzictwo. Kilka lat temu zostałem zaproszony na obchody rocznicy powstania SGGW. Występowałem jako wnuk jednego z głównych protoplastów rozwoju uczelni w latach 70-tych, twórcy Polskiej Szkoły Andragogiki Rolniczej Czesława Maziarza. To było miłe, gdy wyczytywano przybyłych gości, a mnie wyczytano wraz z wnukiem Władysława Grabskiego –  dwukrotnego premiera II RP, jako dwóch znamienitych osobników, działaczy i naukowców, którzy przyczynili się do rozwoju uczelni w różnych okresach XX wieku. Na profesora się nie nadaję, na premiera tym bardziej nie, ale na pisarza jak najbardziej i z tego jestem dumny. Tego mi nikt nie zabierze. Mój dziadek planował pisanie powieści na emeryturze, ale nie zdążył swego marzenia zrealizować, ponieważ przeszedł niespodziewanie na drugą stronę. Kultywuję te niezrealizowane tradycje mego dziadka, którego pamiętam dość dobrze pomimo, że w dniu jego śmierci miałem zaledwie 10 lat i 5 miesięcy. Często o nim myślę i czuję jego obecność. Ciężko to wytłumaczyć, ale pozytywny przekaz mojego literackiego powołania okraszony obecnością mojego Grandfathera from Górno Town i moją specyfiką osobową daje zaczyn na powstanie w przyszłości niezwykłych pozycji książkowych, których mam zamiar zostać autorem.

 

A Górno zobaczę bardzo niedługo...

 

Pomimo dni, o których wolę nie pamiętać zawsze przychodzą okresy, w których zakochuję się w życiu na nowo. Życie naprawdę może być i jest jedyne i niepowtarzalne. Młodzi ludzie powinni korzystać z życia, realizować marzenia, poświęcać się pasjom, robić wszystko, aby skorzystać z życia maksymalnie oraz aby podtrzymywać w sobie na co dzień dobry nastrój, spokój wewnętrzny, poczucie, że życie jest piękne i że każdego dnia można wiele dokonać. Młodzi ludzie nie powinni mówić, że nie ma perspektyw, bo one zawsze są tylko trzeba wierzyć w siebie i w to, że to wszystko ma sens i że życie jest niezwykłe zawsze i wszędzie. Każda porażka jest początkiem. Coś się kończy i coś się zaczyna. Tak patrz na świat, Młody Człowieku!

 

Czy ja powiedziałem „Młody człowieku”?

 

Zupełnie jakbym sam już... był dziadkiem hehe

Póki co wszystko przede mną.

Kocham Cię, Juliś, mały mój smoku diplodoku.

 

Julian to oczywiście mój najukochańszy syn, który jest najwspanialszym facetem na świecie.

 

 

To oczywiście ten Pan!!! W lekko krzywym zwierciadle!!!Take care yourselves!!!

 

 

 


oceń
13
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

W ZESZŁYM WCIELENIU

czwartek, 23 lutego 2012 12:22

 

W zeszłym wcieleniu byłem wcielone ciele. Tak sobie wymyśliłem, że to możliwy scenariusz. Ciele pokorne czy niepokorne – oto jest pytanie...I jeżeli nawet coś ssie, to przecież dwie matki, choć może chodzić tutaj o kasetę-matkę lub opcjonalnie o firmę-matkę. Słyszałem stwierdzenie, że dziecko przecież musi mieć ojca. Owszem, ojca mieć powinno, ale w sytuacji kiedy ojciec i matka nie stosują się do podstawowych zasad BHP i podczas zbliżenia z planetą Arous nie używają ubiorów ochronnych, to powiadam co wtedy? Co wtedy?

 

Ach, gdyby odpowiedź na to pytanie była oczywista, nie siedzielibyśmy dziś przed ekranem monitora naszego telewizora i nie zastanawialibyśmy się nad powszechnie głoszoną tezą, że „pokorne ciele dwie matki ssie, a bywa że i do ojca się przyssie i wszystko z niego wyssie”. Każdą tezę można obalić pod warunkiem, że antyteza nie zostanie najsamprzód obalona przez inny autorytet w dziedzinie tegoż ssania-wyssania. Ssanie narodziło się w 84 wieku przed naszą erą i zostało zapoczątkowane przez pierwszych jaskiniowców pospolitych, kiedy to powstał pierwszy model pojazdu typu „sanie” używanego do transportu płozowego w okresie zimowym, gdzie po raz pierwszy zastosowano tak zwane „ssanie”. Chodziło o to, że jak było zimno i pojazd nie chciał odpalić, to uruchamiano „ssanie” (nowoczesna automobile mają już bezpośredni wtrysk paliwa) i maszyna ruszała z piskiem płozy. Gablota „jak ta lala” na zimne, mroźne poranki i wieczory, kiedy niejeden z nas jest chory, bo dzień wcześniej „dał w rurę” (wydechową).

 

Czy więc możemy tutaj mówić o prowokacji?

 

O tym w następnym odcinku...ach, chociaż może, hmm...

 

Z wyrazami szacunku

Kłaniam się w pas!

Prof. Wacław Hieronim Mazz

 


oceń
10
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

15.09.2011

czwartek, 15 września 2011 16:21

 

POZYTYWNE MYŚLENIE

 

Ewidentnie pozytywne myślenie daje efekt powodzenia. To sprawdzone w każdym przypadku i szerokości geograficzno-historycznej. Szeroko zakreślony rycerskim łukiem plan na kolejne X dni określa, że jeżeli będziemy bardzo pewni i zdeterminowani oraz bardzo uwierzymy, to stanie się faktem wszystko, co w naszej wyobraźni zostanie stworzone i podtrzymane przez kolejne couple of days. Opracowania psychologów i otwartych na taką hipotezę naukowców mówiące o niespotykanych możliwościach ludzkiej podświadomości to nic innego, jak opisanie takich procesów, które mogą doprowadzić do uzyskania stanu spokoju wewnętrznego, poczucia wdzięczności i szczęścia, a to już jest pozycja wyjściowa do osiągnięcia najwyższych celów. Wizualizacja w tym stanie przeprowadzana regularnie spowoduje piorunujący efekt. Generalnie wizualizacja to wpływanie na własną podświadomość, a ona jest odbiciem wszystkiego tego, co za chwilę, bądź za czas jakiś zdarzy lub pojawi się w naszym życiu. Wielokrotnie sprawdziłem i to działa zawsze, kiedy tylko uzyskamy odpowiedni stan umysłu, zbudujemy w sobie wiarę, ale przede wszystkim uwierzymy, że to coś już należy do nas albo że dana sytuacja jest już teraźniejszością. Udało mi się wielokrotnie taki stan uzyskać. To piękne odkrycie. Naprawdę to niesamowite odkrycie. Brawo, Jasiu!!! Ale także czasami tego stanu osiągnąć nie mogę, bo akurat mam gorszy okres (choć nie jestem kobietą) i wtedy muszę używać Always Look On The Bright Side of Life.

 

W przypadku bohatera niedrukowanej powieści Mikołaja Maziarza pt. Dziennik Desperata sprawa wygląda właśnie zgoła inaczej. Widocznie nie stosował wizualizacji pozytywnej, ani podpasek i nie znał też Anny Patrycy. Spróbujcie się wciągnąć (po linie) (lin-taka ryba), a możliwe, że kiedyś powstanie taka właśnie sobie książka wysokich lotów. Piszę na wysokim poziomie, a nawet jeżeli ktoś myśli inaczej, jest w mylnym błędzie. To wszystko zaś gwoli przypomnienia, że od niedawna jestem pisarzem i w związku z tym prezentuję szacowny fragment, który jest niezwykle ambitny. Od zawsze, w pewnym sensie, jestem także rebeliantem. Właśnie sobie to niedawno uświadomiłem. Rebeliantem obyczajów i zachowań, które nie przystoją. Ale łamać stereotypy to naprawdę wspaniała rola, którą zawsze będę odgrywał ku uciesze własnego „ja” oraz tych, którzy mnie dobrze rozumieją, a często wystarczy jedno spojrzenie. Oto fragment powieści pt. „Dziennik Desperata”.

 

Czyta: Zygmunt Wallenxdorphenstern 

 

„DZIENNIK DESPERATA”

 

„Poniedziałek 12.09.2011-09-12 godzina 9.17

 

Nie ma niczego pozytywnego w zdruzgotanym zwierciadle jego duszy. Gdyby tylko chciał, ale nie chce i nikt nie zmusi jego. Ustawicznie upierał się przy pełnym duszy zanurzeniu i dopiął swojego poddańczego celu. Został w świecie podwodnego odmętu niezrozumienia własnego wnętrza. Do końca wierzył, że tylko pełne odejście jest w stanie dać mu spełnienie. Do kresu dnia, aż po wierzchołek nocy i tak stawał się z dnia nadzień czymś czego tak naprawdę od dnia urodzenia nie pojmował. Labirynt koślawych myśli skierowany autodestrukcyjnie na samego siebie odbierał mu ostatnie promienie słońca, które zatarte śladem czasu znikały jeden po drugim.

 

Systematyczne dążenie. Ktoś dochodzi tam, gdzie znaleźć chce się z własnej, często nieświadomej woli. Ci, którzy świadomie wybrali zakończenie, będą wiedzieli więcej znacznie wcześniej. Czy ktoś zna zakończenie?

 

Zaiste...

 

Wtorek 13.09.2011 godzina 17.09

 

Wysuszywszy sweter przy pomocy suszarki z przegryzionym przez psa kablem zasilającym przywołał plik myśli z tajemniczą zawartością. Kartoteka jego mózgu ułożyła dane. Równiusieńko plik za plikiem. W przypadku wirusa, który może nawiedzić w każdej chwili, zakończenie okaże się druzgocącą klęską. Skończy jak zabity przez samego siebie człekokształtny były mąż i ojciec, którego dzisiaj nic już nie uratuje. Ale czy na pewno jest bez szans? Czy na dwieście osiemdziesiąt procent nie ma dla niego ratunku?

 

Otworzył butelkę i nalał sobie kilka procent w znienawidzoną szklankę, której nie mył od czterech miesięcy. Mech zarastał wszędzie, a glony i chwasty pokryły jego podświadomość. Zatracił wszelkie instynkty. Dlaczego wszyscy się na niego uwzięli?

 

Trzasnęło na klatce. On tego nie usłyszał. Był jak dziecko we mgle...

 

Środa 14.09.1410

 

Wreszcie przełom w wiadomej sprawie. Niewiarygodne jak trudno żyć i jednocześnie nie skłaniać się ku odejściu, pomimo stanu zabicia jego wnętrza i okalającego jego ciało wiatru. Pijane strachy na wróble zaczynały słaniać się na nogach, a przelatujące bociany czarne przemalowywały się na białe, aby uniknąć nazwania ich parszywymi murzyńskimi czarnuchami. Apartheid w środowisku zwierząt wycisnął ogromne piętno na poszczególne gatunkach i dopiero Nelson Bocian z Johannesburga odważył się przeciwstawić i wyklekotać głośno swoje zdanie 14 września 1410. To już dzisiaj. Transmisja bezpośrednia w systemie pay-per-view na platformie MAZZ TV. Koszt transmisji 23 kopiejki.

 

Mamy rok 1410. A mówią, że...no właśnie.”

 

TO BYŁ PIERWSZY I OSTATNI ODCINEK NIEDRUKOWANEJ POWIEŚCI.

 

 

PIENIĄDZE i radość z ich posiadania, a poczucie szczęścia

 

W kwestii zadowolenia i pieniędzy, które powinniśmy zarabiać, aby czuć się bezpiecznie mam pewne przemyślenia, którymi się teraz z Wami podzielę.

 

Wydaje mi się, że coś takiego jak permanentne zadowolenie z pewnego poziomu stopy życiowej to iluzja. Każdy powinien korzystać z życia na poziomie takim na jaki go w danym momencie stać i nie powinien martwić się tym, że nie ma pieniędzy, aby sobie kupić PRZEDMIOT A, na którego to stać jego sąsiada albo przyjaciela. Problem człowieka polega na tym, że on ciągle chce więcej i nie potrafi ten biedny człEK docenić tego co ma, a niejednokrotnie ma bardzo wiele. Przykładam godnym do naśladowania jest przysłowiowy (I lov this word) bezdomny, który uważa się za szczęśliwego człowieka, ponieważ wewnętrznie jest naprawdę szczęśliwy i nie potrzeba mu niczego więcej ponad podstawowe wyżywienie i bezpieczny nocleg. Mając problem z tym, że wiecznie nie starcza do „pierwszego” to wniosek jest taki, że człowiek powinien żyć na poziomie takim, aby do „pierwszego” mu zawsze spokojnie wystarczało. Może przecież sprzedać samochód – od razu dajmy na to 10.000 do kieszeni plus każdego miesiąca na paliwie 400 plus uniknięcie opłat eksploatacyjnych, ubezpieczenia – w ciągu roku to dodatkowo minimum 1000. Razem w ciągu roku na tym wszystkim zysk to ok. 5000-6000. To już nie mało – są 2 tygodnie na Krecie (taki preparat do przepychania wanny) na ZWEI personen non grata. Oprócz tego przecież, aby uniknąć życia na krawędzi własnych możliwość (zauważcie, że większość osób tak czyni i bez względu na to czy ich miesięczny dochód na rodzinę to 5000 czy też 10.000) zawsze twierdzą, że nie mają pieniędzy i że brakuje im do pierwszego dnia miesiąca. Ale widać jak na spoconej dłoni, że człowiek naprawdę jest głupi jak but z prawej nogi, ponieważ sam tworzy sobie problemy i pakuje się w stan zawodu i zniechęcania tym, że nie może czegoś mieć. Oczywiście w kapitalizmie oprzeć jest się znacznie trudniej niż np. w latach 80-tych i to stanowi wielki problem dla ludzi, których podświadomość jest nieustannie manipulowana. Tak to prawda, że dookoła każdy ma coraz więcej zabawek, coraz więcej ludzi jeździ coraz nowszymi modelami samochodów i coraz więcej ludzi wakacje spędza na Majorce, Karaibach, a nie na Mazurach pod namiotem. To niszczy nasze poczucie spokoju – zaburza stan zadowolenia z tego, co mamy. Teraz kwestia czy się temu poddamy, czy jak Ci nieliczni, będziemy twardo stąpali po ziemi i nie damy się pogrążyć.

 

A czego człowiek nie musi koniecznie mieć? Nie musi na przykład koniecznie mieć Internetu (w pracy wystarczy, można nie mieć w ogóle – to naprawdę nie jest tragedia), kablówki (da się przeżyć bez 188 programów) oraz komórki (nie jest prawdą, że bez niej nie można się obejść). To miesięcznie około 200-300 zł. Takich przykładów można mnożyć, a podsumowując jestem pewien, że szczęście jest tak naprawdę kwestią świadomości i wyboru, a także pokory, docenienia tego, że jest się zdrowym, ma się głowię pod dachem, spokój i bezpieczeństwo. Dlaczego na brak pieniędzy narzekają często Ci bardzo bogaci? Mózg. Mentalnie posiadają braki i zawsze będzie mało, aby poczuć się dobrze z samym sobą. Ale na szczęście są też jednostki, które potrafią docenić i nie popadają w psychozę, którą inni sami sobie wywołują. U mnie to tak na przemian. Też widocznie jestem głupi w pewnych momentach, ale mam tego potem świadomość i dążę do ulepszenia istotnych sfer mojego życia. Staram się w każdym razie i to bardzo very mać.

 

A wracając do telefonu komórkowego. Załamujące jest, że próby udowodnienia mi, że najważniejsze w moim życiu jest posiadanie komórki z 20.000 minutami dziennie do wszystkich sieci rybackich oraz że usługi bankowe, które opanowały to miasto są mi potrzebne do szczęścia (a tak naprawdę są tylko po to, aby mnie kontrolować) – jest koszmarnym wpływaniem na świadomość mas, które są już tak ogłupione, że brną w to całe gówno coraz głębiej bez świadomości czynienia sobie samemu wielkiej szkody. A potem właśnie jest problem, że znowu brakuje kasy, choć czy zarabiałeś 1500 czy 9000 sytuacja w zasadzie pod tym względem się nie zmieniła.

 

A jakby tak uruchomić pozytywne myślenie?

 

Tak, z tym, że w niektórych przypadkach o pozytywne nastawienie rzeczywiście ciężko, szczególnie, że Ci, o których za chwilę napiszę. mają bezpośredni, bardzo destrukcyjny, negatywny wpływ na moje życie. Oto oni. Take this out!

 

KIM JEST POLITYK?

 

Polityk to największe ścierwo. Są przypadki większego lub mniejszego skurwienia, ale według badań Komisji ds. Skurwienia Politycznego wskaźnik ześwinienia SP/WZ w przypadku 68% posłów i senatorów oscyluje między 14, a 17 punktem w dwudziestostopniowej skali Waldemara P. Acana.  30% to poziom 18-20 points, natomiast 1,5% polityków mieści się w tej skali między 4 a 13 points, natomiast 0,5% może pochwalić się wynikiem poniżej 3 pkt. SP/WZ. Takich szukać ze świecą przysłowiową w stogu siana. Niestety prawie wszyscy mają w swojej głowie siano końskie. Kochani Polscy Politycy! Otóż dla mnie jesteście mniej niż bezwzględne „0”. W związku z nadchodzącymi wyborami życzę Wam Szanowni Okradacze Naszych Kieszeni wszystkiego najgorszego, co może Was spotkać (urwana spłuczka, złamany nos, wyrwana dupa, skręcone płuco etc.) po tym, jak na kolejne 4 lata znajdziecie się na bezpiecznym fotelu posła RP, który na posiedzenia parlamentu stawia się sporadycznie, a pieniądze za nieobecność chętnie pobierze. Mam politykę w poważaniu wysoce głębokim. Chodzi o przysłowiową (uwielbiam wyraz) dupę. Dupa to część ciała, która odpowiada za głęboki poważanie. Myślę, że jeśli ktoś wreszcie podłoży ładunek na Wiejską nie będzie to zupełnie irracjonalne. W razie dywersji służę granatem, a nawet głęboką czernią. Czarno widzę generalnie sytuację, w której powinienem spełnić obywatelski obowiązek i koniecznie iść na wybory. Motywuję się tym od wielu lat i głosuję jako mieszkaniec miasta stołecznego Warszawy na tak zwane subiektywnie mniejsze zło. To mniejsze zło ciągnie się za mną od wielu lat. Powstaje pytanie: Kiedy będę miał możliwość zagłosować na WIĘKSZE DOBRO? Pytam: kiedy przyjdzie dzień, w którym pojawi się w Polsce polityk, partia, która nie będzie kłamać podczas kampanii wyborczej? Nierealne? Owszem - utopia. To co wygłaszają liderzy partii oraz ich prawe ręce, nogi oraz penisy i kompatybilne z nimi pochwy - to zakrawa na kabaret. To jest tak skrajnie śmieszne, że można się zaiste porzygać. Nie wierzę w ani jedno słowo, które płynie z ust polskiego polityka. Szkoda mi ludzi, którzy emocjonują się doczesną kampanią. Naprawdę nie ma się czym podniecać, bo i tak jesteśmy potrzebni tylko po to, aby oddać głos na podstawie śmiesznych do granic możliwości pustych obietnic, a potem każdy polityk, K-A-Ż-D-Y, ma nas w opisywanej powyżej tylnej części swojego wiejskiego ciała. Tak, wydaje mi się, że z czasem nowo upieczony poseł przechodzi koszmarną wiochą i staje się świnią, która za wszelką cenę trzyma się swojego koryta. A ten, który siedzi tam od 10 lat bądź i są przypadki, że niektórzy siedzą po 15-20, to skrajny przypadek wykorzystania Państwa dla własnych celów, finansowych oraz informacyjnych, co piętnuję stanowczo, ale nie będę nazwisk wymieniał, bo sami możecie sobie ustalić. Wystarczy prześledzić listy wyborcze z ostatnich 20 lat. Widać z nich jednoznacznie jacy ludzie siedzą tam najdłużej i jak zmieniały się strony na które przechodzili. Ugrupowań wszelkich nie szanuję w mniejszym lub większym stopniu. Mocno boli mnie to, że znowu będę musiał głosować na mniejsze zło. Osobnym tematem jest aktualna opozycja, ale na szczęście na ten temat to już naprawdę nie chce mi się pisać. Kumulacji takich ufoludków w jednej partii dawno w Polsce nie było, a może nawet to pierwszy taki przypadek. W sobotę złożę wieniec pod biurem poselskim. Będzie to bukiet z załączonym doń darmowym zaproszeniem na leczenie psychiatryczne w szpitalu na Saskiej Kempie. Beato z Albatrosa, Tyś Jedyna! Jedyne czego żałuję to to, że zaproponowana mnie przez REJTAN współpraca w kwestii promocji mojej książki jednak nie doszła do skutku. Nie przeszedłem weryfikacji poglądów!!! Otóż, aby promowało Cię wydawnictwo Rejtan, które wydaje Gazetę Polską, musisz mieć poglądy „skrajnie prawicowe”. A już myślałem, że jednak mnie będą promować heheheheh. O mały włos nie stałoby się coś naprawdę przezabawnego, ale może i dobrze, bo jak znalazłbym się na stronie owej księgarni internetowej obok skrajnie szacownych prawicowców (nazwisk przez grzeczność nie wymienię), musiałbym zmienić nazwisko, miejsce zamieszkania oraz wstydziłbym się wyjść na ulicę. Nie mówiąc od tym, że musiałbym usunąć z domu wszystkie lustra, aby nie musieć rano patrzeć sobie samemu prosto w oczy. A tak to jedno lustro jeszcze stoi... w sumie nie wiadomo po co.

 

A kto czytał „Mirabellę” ten wie, jakie zdanie napisane jest w toalecie pewnej restauracji i kogo może dotyczyć.

 

Dlatego mogli promować moją książkę, bo wtedy paradoksalnie mielibyśmy „his own goal”.

 

A Tadeusz Rejtan ma swoją ulicę na Mokotowie. Tadeusz Rejtan from EMOKAH GATES.

 

PODSUMOWANIE:

 

1. Szkoda czasu, zdrowia, pięknego dnia na polityków. BEZ WZGLĘDU NA SZYLD I KOLOR FLAGI.

 

2. Partie różnią się tylko wskaźnikiem SP/WZ oraz kumulacją ufoludków na metr kwadratowy. Poza tym to jeden burdel. Wniosek był to może nie nazbyt oryginalny, ale przed 9 października moim obowiązkiem obywatelskim, takim samym jak moje uczestnictwo w wyborach, jest przypomnieć o tym i napiętnować. Nazwisk nie wymienię.

 

3. Moja powieść pt. DZIENNIK DESPERATA w księgarniach w 2078 roku.

 

NA KONIEC: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN KOCHANA OKTAWIO FROM THE U.K.!!!! ZDROWIA I SPEŁNIENIA MARZEŃ W ZOSTANIU ARTYSTKĄ SCEN ŚWIATOWYCH. WIESZ, ŻE WIERZĘ W CIEBIE I ZAWSZE POWTARZAM: SPEŁNIAJ SWOJE MARZENIA KAŻDEGO DNIA!!! HAPPPY BIRTHDAY FROM MIKUŚ AND THE REST OF THE FAMILY. TAKE CARE!!!serce

 

 

 


oceń
6
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

WYGIBAS 2011

środa, 10 sierpnia 2011 13:45

 

Minęło całkiem mnogo czasu od kiedy napisałem z sensem na tym blogu choć dziesięć zdań i podzieliłem się tym z Wami, moimi Czytelnikami. Teraz acces do niej ma już większe grono moich przyszłych czytelników, ponieważ od pewnego czasu moja strona stała się jednakowoż dostępna dla szerszego gremium internautów poprzez umieszczenie tak zwanego link’a do niej na stronie mojego wydawcy oraz na okładce mojej książki, której tytuł wszyscy znacie, bo tak Was wszystkich bardzo zachęcam i namawiam do jej przeczytania. Debiutant ze mnie oto taki, że zupełnie nie przejmuję się i wierzę w pozytywny ciąg dalszy w kwestii takiej co też dalej zdarzy się z „Mirabellą”, ponieważ to co robię jest tak stuprocentowo spójne z moim wnętrzem, i tak to wszystko mi wychodzi naturalnie, spontanicznie i szczerze do bólu, że aż wydawca napisał o mnie, że podczas redakcji tekstu byłem odporny na sugestie redaktora prowadzącego, wierząc bezgranicznie w to co mam do przekazania oraz w mój własny, niepowtarzalny styl, którego za nic w świecie zmienić bym nie pozwolił. I naprawdę mogę nie być pewny stu innych spraw w moim życiu, ale akurat pisanie historii prozą to czynność, która wychodzi mi niemal automatycznie, a pisząc książkę pierwszą, potem drugą, za chwilę kolejne dwie, albo trzy, nie myślę w trakcie, co dalej się wydarzy. Bawię się rozwojem akcji i poniekąd czuję się sam tak, jakbym ową książkę „pisząc czytał” delektując się rozwojem zdarzeń i nie znając praktycznie do samego końca co się wydarzy w kolejnym rozdziale. To po prostu samo się dzieje i to jest najwspanialsza rzecz jaka w życiu mnie spotkała w kwestii możliwość robienia tego, co sprawia mi największą radość i jest paradoksalnie dla mnie najprostszą dziedziną jaką mógłbym się zajmować. Chciał nie chciał zostałem z zawodu pisarzem powieści o wielorakiej tematyce, a to sprawia, że życie naprawdę staje się jeszcze piękniejsze. Cudowniejsze nawet jest to bytowanie niżli jestestwo podczas mojego ostatniego pobytu w sklepie spożywczym Biedronka. Biedronka Siedmiokropka – tak fachowo nazywa się ten owad. W czasach kiedy byłem małą dziewczynką mówiono mi, iż ma ona tyle lat, ile czarnych kropek na pomarańczowym, bądź czerwonym grzbiecie. Okazało się po 30 latach, że ona zawsze ma ich siedem, tak jak siedem życzeń, które spełniał Kot Rademenes w filmie Siedem Życzeń z udziałem Wandy Kwietniewskiej na przysłowiowym wokalu. Zastanawiam się dlaczego właściwie tak bardzo lubię słowo „przysłowiowy” i dochodzę do wniosku, że uwielbiam korzystać z powyższego wyrazu w sytuacjach pozornie nieadekwatnych, aczkolwiek mnie śmieszących z przyczyn niewyjaśnionych. Kot, Pani Wanda oraz Biedronka Siedmiokropka to niezwykle interesujące postaci, które napotkałem na swojej drodze podczas moich dotychczasowych przygód na tej naszej glebie żyznej. Kot symbolizuje, że lubię sporadycznie dostać kota – interpretacja należy do czytelnika. Pani Wanda od kiedy pamiętam była utalentowana wokalnie i wraz z jej Bandą Na Instrumentach szarpano-uderzanych dostarczała radości mnie samemu, ale także społeczeństwu naszego kraju, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia (ale to dostojnie brzmi) wypełniało swe szare dni muzyką płynącą w eter z radioodbiornika Unitra. Pani Wanda symbolizuje sytuację, że pewna dawna znajoma mojej babci Helenki, która to moja ukochana grandma znajduje się w Niebie, czyli sympatyczna Pani Wanda z Naszej Spółdzielni Mieszkaniowej, wraz z zarządem tejże spółdzielni z Prezesem na czele (sorry, Prezesie, że nie zaszczyciłem swoją osobą komisji sprawującej nadzór nad przebiegiem obrad, ale kompletnie mi to nie leżało)  z wielką radością zapatrują się na wywieszenie plakatu reklamującego moją powieść w gablocie ogłoszeniowej. Pani Wanda (tylko teraz która?) symbolizuje więc gablotę. Nie jestem freak’iem motoryzacyjnym, w poważaniu najgłębszym mam zasadniczo ile „kucy” ma dany pojazd, albo z czego zbudowany jest silnik, ale taką niezłą gablotą typu Czarna Wołga to bym sobie kiedyś pojeździł, nie ukrywam. Choćby i nawet we śnie, ale zawsze to będzie truskawkowe przeżycie. Malinowe to wyświechtane słowo. Może być ewentualnie kolosalnych rozmiarów Mini Cooper, choć to w rzeczy gruncie wykluczenie. Czerwona kartka i wylatujesz z boiska. W życiu to trzeba uważać na niezawinione faule, bo taką czerwoną kartkę każdy z nas może przecież niespodziewanie otrzymać. Interpretacja znów należy do czytelnika. Acha i jeszcze zostaje nam Biedronka Siedmiokropka. Czy pisarzowi wypada robić zakupy w Biedronce? Wydaje mi się, że jest to o tyle niewykonalne ponieważ pisarz jest 34.445.033 razy większy od Biedronki Siedmiokropki i na sto siedemdziesiąt sześć procent się w niej nie zmieści, nie mówiąc o robieniu tam zakupów na niedzielny obiad. Biedronka symbolizuje oczywiście wykluczenie, ponieważ pewien mąż stanu wykluczył onegdaj w ten sposób lepiej uposażoną część społeczeństwa i uznał, że nie powinni w niej kupować. Ale niestety nie pomyślał, że w niej i tak nie zmieści się nikt poza naszym własnym wyobrażeniem o nas samych i wszelkich ograniczeniach, jakie należy przełamywać na każdym kroku. Weźmy taki przykład. Mikołaj Maziarz, który jak dotąd miał taki podświadomy plan na życie zrealizował go dopiero w roku 2011, ponieważ wcześniej nie potrafił uwierzyć, że wszystko jest możliwe i że wszystko zależy od niego samego. Przełamał ograniczenie i siedzi sobie oto za stołem i podpisuje swoją ukochaną powieść. Kocham „Mirabellę”. Kocham każde słowo w niej zawarte. Każdą historię opowiedzianą. Każdy czytelnik, który podczas jej lektury będzie się dobrze bawił jest dla mnie tak bardzo ważny, że trudno mi to opisać słowami. Choć wszystko zaczyna się od tego, że mnie samemu przede wszystkim musi się podobać książka, a dopiero w dalszym etapie interesuje mnie gust czytelnika, który staje się dla mnie wtenczas tak istotny. Nie chciałbym podobać się wszystkim. Wolę mieć oddanych wielbicieli (albo choćby jednego) oraz wiedzieć o istnieniu tych, którzy mnie nie cierpią. Lubię być widoczny, wyrazisty i pokazujący siebie samego pełnego skrajności. Tak samo jest w moim codziennym życiu. Mam naprawdę masę znajomych, kilku prawdziwych przyjaciół, z czego czuję, że większość z nich mnie jednak kocha (z wzajemnością), ale niektórzy nie mogą mnie znieść. I to jest bardzo twórcze i konstruktywne. Wszystko dlatego, że nie udaję kogoś kim nie jestem. Zawsze robię wszystko naturalnie, spontanicznie, nie patrzę na konwenanse, próbuję przełamywać stereotypy tworząc przy tym otoczkę absurdu, której niektórzy mają prawo nie rozumieć, ale na to wpływu niestety nie mam i w sumie nie chcę mieć. „kto zostanie ze mną jutro dopiero zobaczę” (cytat z klasyka). Czynię wiele, wiele dobra, ale popełniam także kolosalne błędy, z których jednak szybko się otrząsam i idę dalej ze świadomością specyfiki człowieczeństwa. Daję sobie prawo do bycia dobrym, ale też i złym, nie silę się na idealizm. Zresztą u człowieka coś takiego nie istnieje, więc tym bardziej wiem, że można zwyciężyć swoje życie tylko będąc stuprocentowo w zgodzie z własnym wnętrzem – bez względu na to jakie ono barwy w danym czasie przybiera. Ale w tym wszystkim najważniejsza jest pokora. O tym staram się pamiętać każdego dnia. Oczywiście chodzi tutaj o Wojciecha Pokorę, który to Pan zawsze pokornie sprawował ciekawe role telewizyjne i teatralne, z której najbardziej znaną i charakterystyczną jest słynna Marysia Za Dużo Cukru W Cukrze, która przebierała się za kobietę, a przecież miała inną płeć, i odgrywała rolę wszystkim znaną i lubianą. Też uwielbiam się przebierać i robić z siebie kompletnego pajaca i to już nie jest film fabularny niestety. To część mojego życia, od samych początków stąpania po ziemi, do dzisiaj, aż po jesień życia, czy emeryturę, którą pewien zakład z całą pewnością do tego czasu zdąży zdefraudować. Taka oto miła przepowiednia.

A wracając do siedzenia za stołem operacyjnym. Operacja „Pan Pisarz stawia krzyżyki”. Jedno ze spotkań w jakich przyjdzie mi wziąć udział będzie autorski mityng z czytelnikami w Teatrze Miejskim im. W. Gombrowicza w Gdyni. Ale czy ktokolwiek tam przyjdzie czy sam będę siedział i popijał herbatkę bez prądu? A co jeżeli na sali pojawi się tylko duch Gombrowicza? Cóż, chętnie pokonwersuję i zapytam: „Panie Witku, to Pan czytał Mirabellę?”. A szacowny literat ze stoickim spokojem odpowie: „Mikusiu, spokojnie, wszystko przyjdzie już wkrótce. Patrz i podziwiaj, a za chwilę zobaczysz, że będą działy się rzeczy, o których filozofom-amatorom się nie śniło. Pamiętaj, że wiara i pewność tego co się robi to klucz do zwycięstwa. Tego się trzymaj i... dawaj, no mi tutaj zaraz autograf, no Mazik, kurcze pióro.”

 

A ja wezmę do ręki pióro, kurcze, wietrzne i namaluję wygibas, a następnie pójdziemy z Witkiem na wódkę do pobliskiej knajpy. Oj będzie się działo, oj będzie. Full stop.

 

 

 


oceń
7
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

"MIRABELLA" PREMIERA 8.08.2011

środa, 27 lipca 2011 14:14

 

 

Z prawdziwą przyjemnością zapraszam do księgarń w całym kraju na mój długo wyczekiwany debiut literacki.

8 sierpnia 2011 pojawi się w sprzedaży powieść pod tytułem

 

„MIRABELLA” autor: MIKOŁAJ MAZIARZ

 

i stanie się, mam nadzieję, najlepiej sprzedającą się powieścią beletrystyczną, czyli best selerem (takie warzywo).

 

Według umowy, którą podpisałem z wydawnictwem znajdzie się ona w dystrybucji w takich księgarniach jak EMPIK (premiera 9.08.2011) czy merlin.pl (premiera 8.08.) oraz w wielu innych. Sprzedaż bezpośrednia w wielu renomowanych punktach sprzedaży, ale także sprzedaż w 54 księgarniach internetowych.

 

Ciekawostką jest, że informację o możliwości dystrybucji mają wszystkie księgarnie w Polsce, ale i nie tylko, bo także... Biedronka i Poczta Polska hehe, natomiast kto faktycznie będzie dysponował moją „nibypowieścią” i kto będzie ją dystrybuował już od 8 sierpnia 2011, to wyjaśni się z czasem i dzisiaj sam tego jeszcze nie wiem.

 

Wszelkie informacje na temat promocji oraz wszelkie inne szczegółowe info na tematy związane z moją książką znają na stronie www.piszesie.pl

 

 

Zapraszam już teraz na moje pierwsze spotkanie autorskie, które odbędzie się w Warszawie w połowie września – szczegóły na stronie www.

 

Zapraszam serdecznie i pozdrawiam!!!

AKTUALNA ZAPOWIEDŹ WYDAWNICZA TUTAJ:

 

http://www.piszesie.pl/mirabella

 

 

Mikołaj

 

 


oceń
7
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

FILM "MAZZ PRODUCTION PART ŁAN"

poniedziałek, 11 lipca 2011 14:21

 

W oczekiwaniu na nadciągającą jak tornado „Mirabellę”:-D chciałbym napisać w końcu kilka słów po dłuższej przerwie spowodowanej czymś tam istotnym, albo może nawet nie koniecznie. Ostatnio się niemiłosiernie opierdalałem – tak to trochę wyraz z kategorii delikatnych bluzg, ale bez przesady, nie ma co się oburzać – i wrzucałem przez ostatnie dwa miesiące same wierszokletyczne twory mojego autorstwa. Straszne badziewie. Sam nie trawiłem wierszy w liceum, a teraz zmuszam Was do tychże czytania. Chamstwo bezwzględnie bezczelne i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jako, że jestem człowiekiem o wielu twarzach – taką opinię słyszałem o sobie wielokrotnie – zmieniam się jak kameleon pod budką z piwem to zaprezentuję Wam krótki film z moim udziałem, który z moim wizerunkiem ułożonego i bujającego w chmurach Poety ze wsi Warszawa niewiele ma wspólnego. To znaczy jest to pseudo film i bynajmniej sztuka niskich lotów, ale zawiera pewne istotne dla wielu z Was oraz mnie samego motto, które objawi się Wam na samym jego końcu. Filmik trwa zaledwie 6 minut z małym bonusem, także proponuję sobie teraz oglądnąć, a potem stwierdzić, że jednak są na świecie ludzie, którzy mają coś nie tak z mózgiem, choć na pozór wydaje się, ze wszystko jest pełna gitara. Jednakże ten pozorny dusfunkt w obecnych realiach bywa leczniczo pomocny w zrozumieniu tego, co dzieje się wokół. Można by rzec, iż aby nie zwariować, dobrze już wcześniej być zwariowanym i wtedy życie staje się rzecz jasna idyllą. Przynajmniej na moment. Na chwilę. W życiu piękne są tylko chwile śpiewał znany nam wszystkim Rysiek zmarły przedwcześnie z powodu choroby narkotykowej. Ostatnio akurat powtarzali film biograficzny i bardzo się wzruszyłem. Pięknie opowiedziana historia i naprawdę zakochałem się w tym filmie. A również wielokrotnie mówiono mi, że podobno jestem podobny do Ryśka, cóż, nie wiem, ale to zapewne miłe porównanie bez względu na prawdziwość tej opinii o mojej wątpliwej urodzie. Wczoraj spotkałem mojego starego kumpla, gdyż udałem się do Metal Church trochę się pomodlić (czasami mi się zdarza) i podziękować za dobrze rozdane karty. Nie widzieliśmy się bardzo długo. Naprawdę było to miłe zdarzenie, a przy okazji załapałem się na chrzciny potomka -  Szanowna Kolegi Małżonka porodziła szczęśliwie 1,2 roku temu - i spotkanie uważam za niewątpliwie udane. Kolega ten nauczył mnie na przykład słuchania Metalliki lat temu 20, a także Sacred Reich, Megadeth, Testamentu, Anthraxu i w ogóle całej tej ciężkiej muzy, która towarzyszy mi od 1990 roku i to nieustannie. Pamiętam jak chłopaki pojechali na koncert do Chorzowa na Metallikę i AC/DC 13 sierpnia 1991 roku. Nie mogłem tam być i jak mi potem opowiadał o koncercie to się popłakałem ze wzruszenia autentycznie. Takie wspomnienia kruca pompka.]:->

 

W podsumowaniu – na dzień 11 lipca 2011: wszystko tutaj jest piękne, really. A już najbardziej serceJulek Maziówkaserce, który ma 4,5 roku i jest niesamowitym chłopakiem. To facet, który nieustająco mnie zadziwia i tak już będzie do chyba zawsze. A tak ku pokrzepieniu dla oglądaczy mojego filmu powiem, iż w przygotowaniu jest drugi odcinek, który pojawi się w sieci rybackiej w tym roku.

 

Oto link do pierwszej części. To w oczekiwaniu na mój debiut literacki:

 

http://www.youtube.com/watch?v=HM3Q9jKNQpU

 

Pozdrawiam!!!

Mazik

 

   

 

 

 


oceń
6
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

FRED ALEX MAZZ, CZYLI SŁÓW KILKA NA TEMAT PEWNEGO MAŁŻEŃSTWA

poniedziałek, 20 grudnia 2010 10:41

Sztuka Aleksandra Fredry zatytułowana “Mąż i żona” ukazuje przerysowane spojrzenie na stosunki damsko-męskie w otoczeniu pewnej szczęśliwej na pokaz pary małżonków. Wacław i Elwira, bo tak zowią się tytułowi bohaterowie satyry, choć w dzisiejszych czasach powiedzielibyśmy raczej pastiszu, prowadzą życie powierzchownie udane i zwyczajne. Okazuje się jednak, że Elwira jest w swoim małżeństwie nieszczęśliwa. Piękny, bogaty, przystojny mężczyzna przed ślubem wiele obiecywał, lecz po zawarciu związku bywał gościem w ich wspólnym domu. Zaniedbywana, sfrustrowana, pozbawiona troski i ciepłych uczuć ze strony współmałżonka znalazła pocieszenie w ramionach Alfreda, przyjaciela domu, który okazał się namiętnym kochankiem, deklarował miłość do deski grobowej. Ona prawdziwie zakochana, gotowa do wszelakich poświęceń w imię szczerego uczucia i niesiona pędem emocji ich potajemnego związku, otrzymuje w prezencie od losu choć chwilę prawdziwego szczęścia. Tak przynajmniej jej się wydaje, w to szczerze wierzy. Bywają momenty, że targają nią sprzeczne emocje, sumienie poddaje pod wątpliwość jej postępowanie, które choć spowodowane przecież obojętnością, oschłością Wacława, jest ni mniej nie więcej tylko, zdradą małżeńską. Alfred zaś przed Elwirą jawi się jako ten, który świadomy niegodziwości „przyprawiania rogów” swojemu przyjacielowi Wacławowi, ma również chwile zwątpienia, w których to chwilach złorzeczy sam na siebie i powątpiewa w sens romansu tych dwojga bohaterów. Tak naprawdę jednak od tego momentu zaczyna się w sztuce prawdziwa szarada romansowo-uczuciowa, która paradoksalnie w tymże domu od dawna się odbywa. Każdy z bohaterów w niej uczestniczy, ale nikt z partycypujących w niej osób nie jest świadomy udziału w niej osób trzecich.

Na początek na jaw wychodzą powiązania miłosne Alfreda z opiekująca się domem, młodziutką Justyną, którą Elwira traktuje jak przyjaciółkę i której ufa bezgranicznie. Alfred prowadzi więc grę na dwa fonty i zarówno wobec jednej jak i wobec drugiej niewiasty świadczy słowem o swym honorze, prawości, miłości i oddaniu. Do oceny czytelnika pozostaje rozsądzenie czy tenże kochaś-podrywacz jest cynicznym draniem, czy może pełnym ludzkich słabości adoratorem, który nie potrafi oprzeć się wdziękom obu pań i obie szczerze miłuje. Zaskoczeniem dla czytelnika okazuje także się to, iż Wacław, który w oczach Elwiry to oziębły i nieczuły, daleki od ideału gbur, również bardzo cierpi w swoim związku i narzeka na marazm i niezrozumienie. Zadurza się w Justynie, która odwzajemnia to uczucie, a w tym samym czasie flirtuje z Albertem, nęcąc obu dżentelmenów swoim wdziękiem i pięknem słowiańskiej urody.

Tytułowi mąż i żona, choć oboje w swym związku nie są szczęśliwi, nie potrafią o tym szczerze porozmawiać, określić swoich potrzeb i pragnień, a tym samym rozwiązać problemów nawarstwiających się od dawna w ich relacjach małżeńskich. Książka-sztuka Aleksandra Fredry okazuje się zupełnie zaskakującą, ciekawą satyrą na szeroko pojęte zagadnienie romansu, flirtu oraz potrzeb i pragnień każdego człowieka ukierunkowanych na płeć przeciwną. Mało prawdopodobne, aby w realnym świecie, w obrębie czworga bliskich osób zachodziły aż takie „przekładańce”, jednakże autor zwraca uwagę, że analogiczne sytuacje zdarzyć mogą się każdemu z nas. Człowiek ma prawo pobłądzić, nie zachować w czas wystarczającej dojrzałości i czujności, aby podjąć w porę skuteczną próbę ratowania swego związku, małżeństwa, narzeczeństwa, czy przyjaźni. W tym stanie zakochania, swoistego sercowego zagubienia, zdolny jest do irracjonalnych czynów, do których w normalnym stanie ducha by się zapewne nie dopuścił. W każdej chwili może okazać się bowiem, że człowiek ten znajduje się na drodze, która wywołana porywem serca, okazuje się zaskakująca nie tylko dla współmałżonka, przyjaciela, ale przede wszystkim dla niego samego i częstokroć nie potrafi z tej drogi w odpowiednim czasie odstąpić.

Paradoksalnie Justyna i Albert są tutaj osobami o najbardziej nadszarpniętej nici moralności. Justyna oszukuje bowiem przyjaciółkę, zwodząc jednocześnie Wacława i Alberta. Albert zaś nie zachowuje należytego taktu i stroni od uczciwej postawy wobec Justyny, Elwiry oraz Wacława. Potrójne krętactwo wychodzi jednak na jaw i za sprawą wielu zbiegów okoliczności wszyscy o wszystkich się dowiadują. To na swój sposób rozwiązuje problemy małżeńskie Elwiry i Wacława, którzy po burzach i przejściach wybaczają sobie i zaczynają nowe, wspólne życie.

Czytelnik bawi się wyśmienicie podczas lektury fredrowskiego dzieła rymowanego. Komedia jest ciekawie obmyślana i wciąga podczas słownej projekcji. Styl pisania i forma zachęcają do sięgnięcia po inne utwory Aleksandra Fredry. Fajny gość z tego Ola, choć czy tak był tytułowany przez przyjaciół, tego już się nie dowiemy. Mnie osobiście nurtuje jednak coś zupełnie innego, a mianowicie pierwowzorem której z opisywanych w sztuce postaci mógł być autor? Albertem czy może Wacławem? Tego także dowiedzieć się nam nie będzie dane. A czy gdyby sztuka pisana była w obecnych czasach wolności seksualnej prawdopodobnie doszedłby jeszcze jeden wątek romansowy w obrębie tej samej płci. To by dopiero było zaskakujące i dodające pikanterii. Ale i tak, bez względu na sytuację polityczną, naprawdę warto zapoznać się z książką „Mąż i żona” autorstwa genialnego twórcy Aleksandra Fredry, bo to kawałek świetnego pisarstwa. Tym czasem. Do siego roku. That’s all folks!

 


oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

PO PROSTU KOLEJNY ZWYCZAJNY WPIS

środa, 15 września 2010 15:17

 

Kilka spraw się zebrało. Zapraszam.

 

Po pierwsze secundo, ostatnimi czasy odbył się coroczny zlot zawodników warszawskiego Sarmaty, a konkretnie drużyny, której losy opisane są na tym wytworze internetowym, zwanym bloogiem. Odbywa się on zawsze w pierwszy weekend września. Oldboye spotykają się i nie grają w piłkę. Zabrakło kilku, aczkolwiek Ci, którzy przybyli zostają niniejszym uhonorowani przez Radę Drużyny w składzie Ronnie Rogerio de Zenek oraz Mike McMazz de la Juliusz - Orderem Odrodzenia  Dolnego Przywidza i Krzyżem Kawalerskim (Ci, co są nieżonaci) Orderu Odzyskania Przez Polskę Węgierskiej Górki Z Rąk Węgierskich Brathanków. Wczoraj zastanawiał się mój syn nad wyższością musztardy węgierskiej nad angielską i jak dotąd nie dobiegł do żadnych wniosków. Spotkanie tradycyjne wypadło naprawdę tradycyjnie wspaniale i wszyscy, którzy przydreptali i nie dali przysłowiowej dupy, zasługują na nasz dozgonny szacunek i miłość. Pozostali niestety w niektórych przypadkach zachowali się delikatnie rzecz ujmując nieodpowiednio i oblali nas przysłowiowym ciepłym mlekiem prosto od krowy dojnej. W związku z tym Panowie Oficerowie otrzymujecie żółte kartki na mięso od Rady Drużyny, a pozostali, którzy byli wiedzą, co takiego stracili. Tak, poszli my w wyśmienitym składzie się trochę zabawić i trafiliśmy na mistrzowską imprezę w jednym z warszawskich klubów pod postacią Walczaka. Maharadża Kawuru może coś na ten temat powiedzieć, ale nie powie, gdyż po latach przeistoczył się w Maliniaka i tak mu zostało do dzisiaj. Metal Up Your As!

 

Druga kwestia, której nie mogę nie zasygnalizować publicznie, to powrót na forum ogólne, po dwudziestu latach przerwy, genialnego, kultowego, według mnie najlepszego w historii Polski programu satyrycznego, czyli ZA CHWILĘ DALSZY CIĄG PROGRAMU z udziałem WOJCIECHA MANNA, KRZYSZTOFA MATERNY, GRZEGORZA WASOWSKIEGO I SŁAWOMIRA SZCZEŚNIAKA. Na kanale Comedy Central od ostatniego weekendu prezentowane są owe programy w odcinkach - sobota 20.30 i niedziela 20.30. Szczególnie zachęcam do oglądania osoby młodsze, które nie miały okazji zapoznać się z tamtym wybitnym tworem kabaretowym i nawet trochę się obawiam, że niektóre parodie, skecze, czy też inteligentne analogie do pewnych sytuacji mogą być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak mimo wszystko polecam gorąco wszystko, co w fabryce tej zostało wyprodukowane, co powinno być lekturą obowiązkową dla każdego Polaka, tak samo jak serial Stanisława Barei ALTERNATYWY 4. „Kuchnia pełna niespodzianek" - choćby dla tej jednej pozycji warto się zapoznać z programem. Żeby przybliżyć Wam rodzaj humoru, który tam znajdziecie, prezentuję poniższy skecz i zapraszam na sobotę godzina 20.30. Tego, że tak powiem, nie wolno przegapić. Don't you dare, lover:

 

http://www.youtube.com/watch?v=t0dAUd5Kw4Y&feature=related




Jestem pod miażdżącym wrażeniem Czesława Mozila. Ktoś, kto robi takie rzeczy jak ten chłopak, zasługuje na powiedzenie, że jest to postać w swej skromności genialna, niezwykle szczera w swoim przekazie i jak dla mnie co najmniej wybitna. Nie należy do zwykłych artystów. Powiem więcej, tacy ludzie jak on mogą nazywać się prawdziwymi, szczerymi twórcami, którzy jak łatwo zauważyć podczas swoich prezentacji scenicznych scalają się z siłą nie z tego świata. Niewielu jest muzyków, którzy sięgają niedostępnych na tej ziemi wibracji, którzy są zesłani na ten świat, aby oddać jemu coś naprawdę niezwykłego, niesamowitego, nieosiągalnego w normalnych warunkach. Moje oczy to widzą, a czy Wy też to widzicie?

 

Oto Czesław, który dotyka Nieba

http://www.youtube.com/watch?v=xYDQ7tdpYDI&feature=related

 

 

Niedawno miałem przyjemność uścisnąć mu dłoń, a właściwie „przybić piątkę", gdy spotkałem go na koncercie Acid Drinkers. Nie bardzo miałem chęć przeszkadzać Czesiowi w rozmowie, ponieważ siedział przy stoliku z Anią Brachaczek (oboje zaśpiewali gościnnie na ostatniej płycie A.D.) i szykowali się do występu na scenie, ale wystarczyło spojrzeć chłopakowi w oczy i można było dostrzec w nim ten niesamowity błysk pasji i wielkie ciepło od niego bijące. Następnym razem pogadamy. What promised will be done.

 

Nie wiem skąd to się bierze, ale mam szczęście do spotykania Tytusa, czyli Tomasza Pukackiego w różnych sytuacjach i miejscach na przestrzeni ostatnich osiemnastu lat, od kiedy chadzam na ich koncerty. Ostatnio także myślałem o tym i zastanawiałem się czy i tym razem stanie się coś takiego, że go spotkam. Nie znamy się osobiście, ale miło jest zamienić kilka zdań z frontmanem ulubionego zespołu, przywitać się, chwilę pogadać z poznaniakiem. Niesamowite było to, że stanąłem w jakimś przypadkowym miejscu w klubie i po pięciu minutach widzę, że prosto na mnie idzie Tytus. Niezwykle się ucieszyłem, nie musiałem nic mówić, po prostu spojrzałem na niego i przybiliśmy „pięć". Także na koncercie wyłapałem dwie „piątki" ważnych dla mnie ludzi z czego jestem bardzo zadowolony, ba, bardzo szczęśliwy. Patrzcie jak to niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Chciałbym kiedyś współpracować z Czesławem i Tytusem przy jakimś moim projekcie literackim. Nie wiem jeszcze co to by mogło być, ale wierzę, że kiedyś to nastąpi. Mogłaby to być ekranizacja mojej powieści, w której obaj zagraliby główne role, no i jeszcze oczywiście Marek Bukowski do kompletu. Może napiszę scenariusz? A może jakiś recital moich wierszy, które mogliby wykonać wspólnie. No w każdym razie coś jest na rzeczy w mojej głowie i wiem, że to się kiedyś stanie. No other way.

 

Szczerze mówiąc, powiem Wam coś, co jest dość osobiste, ale chcę być szczery w tym co robię. Zdarza mi się płakać po napisaniu wiersza, wtedy kiedy czuję, że to zrodziło się ponad mną, jakby ktoś mówił mi co pisać, tak jakby ktoś dawał mi niezwykłą moc, którą tylko wystarczy wykorzystać i to wszystko, co mogę zrobić. Zawsze uświadamiam sobie to na sam koniec, gdy widzę i czytam, to co powstało. Nigdy podczas. Jak piszę pochłania mnie proces tworzenia i zapominam o wszystkim dookoła. Tak i na koniec przychodzi to niezwykłe uczucie, które jest niepowtarzalne i niesamowite. Hmm, cóż, to się tak właśnie odbywa. Ciekawe czy to jest odczuwalne przez innych, tak jak odczuwam ja, gdy słucham choćby Czesława, a to imię akurat bardzo lubię, bo mój bohater, dziadek z Górna, także miał tak właśnie na drugie imię, które obrał sobie je sam jako pierwsze. No to teraz Czesław w czymś wyjątkowym, co wszyscy znacie, ale temu oprzeć się nie sposób. Check it out:

 

http://www.youtube.com/watch?v=Is_hiXpAIPo

 

 

Właśnie - GÓRNO - moje miejsce. Tam czuje się jak u siebie i to jest bardzo interesujące dla mnie doświadczenie. Dochodzę do wniosku, że mogę je nazwać moją drugą ojczyzną, bo już zawsze będę migrował pomiędzy tamtą niesamowitą mieściną, a stolicą, w której się urodziłem i w której od zawsze mieszkam. Czuję, że muszę i chcę bywać tam znacznie częściej niż raz do roku, co napawa mnie wielką radością i optymizmem. Świadomość, że odnalazłem to miejsce w sobie, w moim sercu, choć to nie miejsce jedyne, jest dla mnie ważne i znaczące oraz utwierdza mnie w przekonaniu, że idę w tej materii właściwą drogą. Coraz to więcej takich jedynych i odpowiednich dla mnie ścieżek odkrywam i będzie ich coraz więcej, tak czuję. Kiedy zamieszkam w Górnie na stałe? Na to pytanie w tej chwili nie znam odpowiedzi, ale wiem, że taki dzień nadejdzie i nie martwi mnie czy będzie to za pięć czy dwadzieścia lat. Mam pewność, choć nie wiem skąd ona się bierze, że taki dzień kiedyś nastąpi.

 

Miałem ochotę wybrać się tam na weekend 29-31 października, ale uświadomiłem sobie, że przecież wypada akurat wtedy Święto Zmarłych i może być problem z organizacją logistyczną podczas objazdu grobowego. 29go miałem zaliczyć koncert pewnej grupy rockowej, posiedzieć ze dwa dni i powrócić, aczkolwiek teraz mam dylemat i nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji.

 

Wybieram się natomiast, chyba już na jakiś trzydziesty koncert w moim życiu kapeli - tutaj uwaga niespodzianka - ... Acid Drinkers... dnia 23 października do oddalonego od Warszawy z dwadzieścia kilometrów Mińska Maz. No zobaczymy jak to wyjdzie i jak logistycznie zorganizujemy ten wypad z Lukasem, oraz mam nadzieję, że jeszcze ktoś się z nami wybierze, bo pomysł wyszedł właśnie od Luke'a, aby zaliczyć wspólny koncert poza Warszawą i ja go poparłem obiema rencamy i nogamy oraz kończyną środkową. W ogóle jak będę uprawiał wolny zawód chcę zaliczyć całą trasę Acidów. Z tym znacznie łatwiej i taniej, niż w przypadku Metalliki, choć do tej ostatniej także się przymierzam w dłuższej perspektywie. Nie wiem czy już o tym pisałem, ale... kocham mojego synka, który fantastycznie zadebiutował w roli przedszkolaka. Jest w grupie Żabek i ma znaczek Samochód-Żółwik. Taki znaczek hiphopowo-automobilny.

 

Julek niedługo skończy 3 lata i 8 miesięcy, a już z początkiem przyszłego roku będziemy obchodzili jego czwarte urodziny. Zdjęcie z ostatnich wakacji, czyli rodzinka moja nad morzem wypoczywajetsa i w pełnym relaksie delektuje się zapachem domku letniskowego. Kolega Juliański jak zwykle daje się we znaki i rozśmiesza nas do łez. A łzy radości są pozytywne w każdym przypadku eskalacji poczucia humoru naszego syna i śmiejemy się wspólnie we trójkę z każdej kolejnej scenki rodzajowej z kategorii „w oparach absurdu" and many many more situejszyns. Uwielbiam przytulać mojego Julka i dawać mu poczucie bezpieczeństwa. Jest takim wielkim naszym wspaniałym skarbem, bez którego życie nasze było by poważnie nudne i bezpłciowe. A tak to daje MAŁY MAZIK z siebie wszystko i nie pozwala zapomnieć o swoim istnieniu ani na chwilę. Cały czas uczę się cierpliwości i wyrozumiałości dla Julka specyficznego, acz niezwykłego stanu umysłu, i choć czasami sobie jeszcze nie radzę, przynajmniej nie tak jakbym chciał, staram się być jak najlepszej myśli, co do jego przyszłości i tego, że ma dużą szansę być naprawdę w pełni samodzielnym i niezależnym facetem. Tak właśnie będzie. Tak będzie na milion procent. Kocham Cię, Juleńku Stachu Mazzboy'u.

 

A oto nasza duma:

 

  

 

I NA KONIEC „ZA CHWILĘ DALSZY CIĄG PROGRAMU" I DOKTÓR WERNER. Wypas, DEARS!

 

http://www.youtube.com/watch?v=1pDjbKryXdY

 


oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

WSZYSCY INNI I INNI

czwartek, 19 sierpnia 2010 11:02
 

WSZYSCY INNI - film produkcji niemieckiej, choć jak na niego szedłem byłem pewny, że to francuska robota. Nie za bardzo lubię ten dialekt, kojarzy mi się z filmem Pancerni Czterej i Sobaka, czyli Szarik i tam słyszało się „schnella, schnella" stosunkowo często z ust aktorów, którzy grali niemieckich żołnierzy. Jednak nie o język przecież tutaj chodzi, a o przekaz jaki niesie ze sobą kilka tysięcy, albo milionów, klatek na taśmie filmowej cyfrowej w powyższej propozycji erefenowskiego reżyserki.

 

Para młodych ludzi, w wieku na podbite oko, moim i mojej żonki, pokazuje nietypowy, niecodzienny styl bycia, zarówno w kontakcie między sobą, jak i w symbiozie z otoczeniem, czyli ludźmi mniej lub bardziej przypadkowo napotkanymi. Cóż tyle. Byłem na pokazie popremierowym na 21.15 i pod koniec wyświetlania filmu, a seans trwał dwie ubite godziny, lekko przysypiałem. Film był jak dla mnie na tak późną porę trochę za mało „akcyjny", choć w ogólnej ocenie jednak atrakcyjny. Czytając zapowiedzi, że pozycja pokazuje inność pewnej pary, która poprzez swoje ekstremalne zachowania napędza swój związek, robi wszystko, aby uchronić go od marazmu codzienności, na który cierpi większość par w tym kraju, oczekiwałem (nie wiedzieć czemu) jakiś skoków na bungee albo spadochronie i tym podobnych szaleństw. Moje nastawienie mnie trochę zgubiło w całości odbioru i sam sobie jestem winny, bo film był jednak warty zobaczenia, nietypowy, interesujący. Jedyne co ekstremalne to wyskok głównej bohaterki przez okno, ale czy to przeżyła to już musicie sami się przekonać udając się na film „Wszyscy inni" produkcji germańskopodobnej. A w kwestii podobieństw do mnie i do mojej łajf, to zauważyłem tego mnóstwo. Okazało się, że nasz związek nie jest taki wcale pospolity, a wręcz przeciwnie, bywa zupełnie zaskakujący. Podobnych zachowań jest stosunkowo sporo, choć nie powiem które z filmu akurat odpowiadają naszej własnej odmienności. I na koniec jeszcze pewną sprawę muszę opisać. Nie jest to film o idealnej parze, ale o ludziach bardzo nieidealnych, którzy naprawdę się kochają, ale nie znaczy to wcale, że nie wyrażają uczuć wprost, zarówno pozytywnych i negatywnych, i którzy są niedoskonali i jeszcze tego nie próbują ukrywać. Siłą ich związku jest, po pierwsze, bezkompromisowość, po drugie, niezależność i margines prywatności każdego z partnerów, po trzecie nikt nie udaje, że jest kimś innym i dlatego mają cały czas paliwo, aby ciągnąć na swój specyficzny sposób ten prosty układ kobieta-mężczyzna. Wiele możecie dobrego dla własnych związków zapożyczyć, choć oczywiście wyłuskać tylko najwartościowsze rzeczy myślę powinniście. Tych mniej fajnych nie adoptujcie na własny grunt. Dlaczego? A to nie wiem. Tym też zakończę i pozdrowię najcieplej, najserdeczniej, jak tylko potrafię, czyli staropolskim: Gódbaj Blu Skaj, Dear Schnappi. Mik - Wasz Niedorzecznik Prasowo-Kulturalny. 5th Klepka Missing.

 

NO PHOTO

 

DZIENNIK 1954 - to nie film, a książka napisana w specyficznych okolicznościach stalinowskich lat pięćdziesiątych. Autor, którego bardzo cenię za styl i siłę przekazu, opisał trzy miesiące swojej wegetacji w Polsce Ludowej zarządzanej przez stalinowski walec. W tym czasie żył sobie fantastyczny Kot Leopold i marnotrawił swój talent na nie robieniu niczego. To znaczy pisał, ale władza blokowała jego teksty, książki i wszystko, co tylko tworzył. Jako, między innymi, propagatora zgniło-kapitalistycznego jazzu na gruncie peerelowskim, na kanwie bloku wschodniego, oraz jako głosiciela odważnych i niepochlebnych ówczesnemu systemowi myśli przewodnich oraz rzeczywistych osądów na temat sytuacji, a może raczej wegetacji ludności naszego kraju. Sfrustrowany, żyjący w umiarkowanej, ale w jednak biedzie, zauważający absurdy i zakłamanie środowisk literackich powiązanych z władzami komunistycznymi opisał dziewięćdziesiąt dni, które są niezwykłą lekturą. Leopold Tyrmand to wspaniały człowiek, świetne pióro, które bardzo mi się podoba. Jest to książka nad którą trzeba się maksymalnie skoncentrować, aby wyłapać wszystkie niezbędne szczegóły, informacje, powiązania, opisy mnóstwa osób, o których śmiało Tyrmand się wypowiada. Przykład. Proszę bardzo: Jego przyjacielem był Stefan Kisielewski i z nim toczył dyskusje na różnorakie tematy - obaj świetnie się rozumieli i wiedzieli co jest w państwie grane, co w czerwonej trawie piszczy. Natomiast Obywatel Zygmunt Kałużyński był z tego drugiego obozu i przedstawiony przez autora jako oportunista, korzystał z przywilejów dostępnych dla tych ludzi, którzy wspierali władzę najwyższą i nieomylną. Wystarczy przytoczyć przykład: Kałużyński jako wspaniały krytyk literacki bardzo negatywnie ocenił książkę Hemingwaya For Whom The Bell Tolls, tylko dlatego, że pochodziła ze zgniłego zachodu. A wiadomo, że wszystko, co niesocjalistyczne, było godne najwyższego potępienia. Kazali mu to napisał. Zdarza się w najlepszej rodzinie. Jednakże pomimo zdania jakie miał Tyrmand o Paniu Zygmuncie (jak go Raczek nazywał pieszczotliwie, ciekawe czy uprawiali seks) zawsze jak się spotykali, a zdarzało się do dość często, chętnie dyskutowali i jednak jakimś tam szacunkiem Tyrmand Kałużę darzył niewątpliwie. Starał się zrozumieć jego wybór, motywy postępowania. Sam jednak był konserwatywny i nie złamał się nigdy pod naciskiem władzy. Potem wyemigrował do Francji i U.S.A., gdzie zmarł w 1986 na atak serca przebywając na wakacjach na Florydzie. Tyrmand ma ładną córkę, która przypuszczalnie go nie pamięta. Podobna do ojca, natomiast Father Leo nosił fajne jak na tamte czasy okulary, które dopiero teraz, po 60 latach, okazują się być w Polsce powszechnie popularne. Też sobie takie sprawiłem. Takie jakie teraz przywdziewają wszyscy, których znam i w niektórych przypadkach lubię- czarne ramki prostokątne. Reasumując - pozycja obowiązkowa - a Tyrmand skończył pisać Dziennik 1954 w momencie, gdy po latach negacji jego twórczości władze w końcu zgodziły się niespodziewanie wydać Złego, jego pierwszą powieść, którą mam zamiar niedługo i w końcu przeczytać. Zbieram się do tego szmatt czassu albo jeszcze dłużej. Ale fakt jest taki, że niełatwo księgę powyższą kupić czy zlokalizować w mojej bibliotece publicznej. Za słabo szukam? Can be... Jedno jest pewne. Nie ma lepszego od Darka Dziekanowskiego. Ciao!

 

 

 Rebbeca Tyrmand

 

 

NAD RZEKĄ, KTÓREJ NIE MA - jeden z moich najukochańszych filmów polskich. Dla mnie pozycja niewątpliwie kultowa. Takich filmów mało powstało w naszym kraju. Po raz pierwszy miałem przyjemność obejrzeć go w roku 1992-93 jakoś. Od tamtej chwili wszedł do kanonu obrazów, które nigdy mi się nie nudzą, i które mogę oglądać non stop. Marek Bukowski, Joanna Trzepiecińska, Mirosław Baka, Andrzej Mastalerz, Adrianna Biedrzyńska. Genialna jest ostatnia scena, która wyzwala we mnie poczucie, że tutaj wszystko jest możliwe, ale każdy z nas wykorzystuje jakieś dziesięć procent swojego potencjału umysłowego. Tak, można by powiedzieć po angielsku: Nothig is Beyond You. W ogóle klimat miejsca, klimat postaci występujących w filmie jest niesamowity, wzbudza poczucie nieokreślonej tęsknoty za tym, co zostało za nami, czego nam brakuje. Tęsknoty za niewinnością, beztroskimi chwilami naszej młodości, uganianiem się za pięknymi dziewczynami, piciem taniego wina i marzeniami. A marzenia są najważniejsze. Miłość jest najważniejsza. Tak, te dwie rzeczy powodują, że jesteśmy ponad tym, co przeciętne i pospolite. Od tamtego czasu bardzo lubię Marka Bukowskiego, który jest jednym z moich ulubionych aktorów. Chciałbym się z nim kiedyś wybrać na zimne piwo. Kto wie, może coś takiego nastąpi soon?

 

Pięknie i pozytywnie przedstawiona jest w tym filmie wszechobecna nuda małomiasteczkowa, specyfika miast jemu podobnych. Choćby to, że w jego głównym punkcie znajduje się bar, w którym wszyscy się spotykają i znajdują tam ukojenie. Tym ukojeniem jest wino, tudzież kufel piwa z wkładką, które są najwspanialszą rozrywką. Nuda, bezrobocie, powszechny, subiektywnie umiarkowany alkoholizm, który staje się codziennością, to atrybuty szczęścia i zwyczajności kolejnego dnia. Ale niesamowite jest to, że kiedy oglądam powyższy film po raz kolejny i kolejny, tę moją kochaną produkcję w wyśmienitej obsadzie, za każdym razem i ciągle chciałbym do tego filmu autentycznie wejść. Tak jak bohaterowie Ucieczki z Kina Wolność, innego filmu polskiej produkcji, ale o nim innym razem i nie na pewno. Znalezienie się wewnątrz tej historii jest jednym z moich największych marzeń. Nothing is Beyond You. Skoro tak, to w to wchodzę. Wy, marzyciele, którzy wierzycie, że wszystko jest tutaj możliwe, również śmiało wskakujcie do filmu na prosty ryj. Cóż, folks. Do zobaczenia. Nad rzeką, której nie ma. Mazz loves ya!!!

  

Marek Bukowski i Joannna T. / bOOK SOLO but older


oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

KULTURA KATA-STROFALNA

piątek, 16 kwietnia 2010 14:00
 

Welcome To Tijuana. Film dokumentalny, który widziałem kilka, albo naście, dni temu. Dyskusyjny Klub Filmowy w pewnym kinie stołecznym wyświetlał pozycję pod tymże tytułem, który od razu nasunął mi pewne skojarzenie. Skojarzenie jednoznaczne. Otóż mój ukochany muzyk, jeden z bardziej podziwianych to Manu Chao, i Manu być autorem pieśni której słowa refrenu powtarzają się mniej więcej tak: „Welcome to Tijuana, Tequila, Sex and Marihuana.". W mieście tym panuje generalnie ogromna bieda i bezprawie, a ten jego negatywny charakter determinuje dodatkowo wyniszczająca rola innych aspektów patologicznych. Od narkotyków, prostytucję, gangi, skorumpowaną władzę i policję, po wszystkie inne, mniej lub bardziej dla człowieka destrukcyjne. Można powiedzieć, że zagadnienie tychże bolesnych spraw ma bezpośredni związek z uchodźcami, którzy próbują przedostać się przez granicę meksykańsko-amerykańską, aby swoje życie ze skrajnej biedy i skrajnego ubóstwa zamienić w możliwość realizacji amerykańskiego snu, lepszego życia i godnego prosperity. W obrębie miasta, które styka się z amerykańskim San Diego, koczują przez dwanaście miesięcy w roku miliony szukających szczęścia imigrantów z większości krajów ameryki południowej oraz z samego Meksyku. Próbują zajmować się nimi organizacje pomocy humanitarnej, ale skala problemu jest zbyt rozległa, dlatego pomagają tylko części potrzebujących. Koczują w gettach przygranicznych, w rozpadających się kartonowych domkach, złożonych prowizorycznie przez nich samych. Bez wody i zasilania elektrycznego, a więc bez światła, w nocnych ciemnościach, albo w świetle płomienia świec, co kończy się zapewne częstym zaprószeniem ognia (to taki mój prywatny wniosek). Rocznie granicę próbuje przekroczyć około miliona imigrantów, z czego udaje się to mniej więcej czterdziestu procentom. Reszta jest tropiona i wyłapywana podczas prób przedostania się i wysyłana z powrotem do krainy rozpaczy i beznadziei. Część jest natomiast zabijana przez straż graniczną (choć fakt, że nie jest to nagminne i nie zdarza się często - często pojęcie względne fakt), albo sama ginie przy próbie sforsowania granicy nie bezpośrednio w Tijuanie. Tam właśnie granica jest najlepiej uszczelniona. W dalej położonym obszarze pustynnym jest już znaczenie mniej służb przygranicznych, ale pojawiają się inne niebezpieczeństwa. Pustynia potrafi łatwo pozbawić życia poprzez swą specyfikę zabójczo upalnych dni, zimnych nocy, czy ukąszeń i ataków różnej maści żyjących tam kreatur. To nie było powiedziane wprost, ale tego się domyślam, bo mam przy sobie, w sobie tak zwany m.ó.z.g. i raz na jakiś czas sobie z niego skorzystam, a co tam. W filmie wypowiadają się osobnicy, którzy koczują przy wielkim kanale, w którym nie ma wody, a który jest takim smutnym miejscem, za którym zaraz to znajduje się wielkie ogrodzenie oddzielające dla nich parszywą Tijuane bez perspektyw, od wypełnionego drapaczami chmur i bogatego amerykańskiego miasta San Diego. To tak jakby mocniejszą i wyższą siatką ogrodzeniową oddzielić getto z utracjuszami, bezdomnymi i najbiedniejszymi od najbogatszej dzielnicy po której ulicach jeżdżą Caddillaki i Jaguary i widać bogactwo istnienia, podczas gdy tam w enklawie beznadziei nie ma szans na nic, to chyba jedna z najgorszych rzeczy jaką można zrobić człowiekowi. Pozostaje próba ucieczki, która może nawet grozić śmiercią. Ryzyko podejmuje prawie każdy, kto się tam znajdzie. Woli zaryzykować życie i zdrowie, aby tylko nie zostać w tragicznym świecie.

 

Ciekawe jest, że władze amerykańskie potrzebują mięsa armatniego jako taniej siły roboczej, która pracuje tam nielegalnie jeśli nie za symboliczną opłatą, to za znacznie zaniżone uposażenie. Więc z jednej strony pilnują granicy, zwiększają ciągle partole wojskowe i straży granicznej, inwestują w nowe technologie wykrywania, radary, sonary, helikoptery, specjalne reflektory itp., ale przy tym wszystkim następuje paradoks, bo ci sami amerykanie raz na jakiś czas wpuszczają do swojego kraju pasującą im akurat ilość gastarbeiterów południowo i środkowo amerykańskich. Część, a czasami większość pracowników urzędów, a nawet Białego Domu jest w ten sposób zatrudnianych, co mnie zresztą konkretnie zdziwiło.  

 

Przed prelekcją filmu wstęp wygłosił, mówiąc bardzo szybko i nie zawsze zrozumiale, pewien wyedukowany i sympatyczny mężczyzna. Na koniec zaś powiedział jeszcze kilka słów uzupełnienia, np. że jeśli chodzi o dysproporcje zarobkową w Meksyku wynosi ona 25:1 czyli przykładowo są ludzie którzy zarabiają oficjalnie $1000 i są tacy którzy zarabiają $25.000 miesięcznie. Na drugim miejscu w tej niechlubnej klasyfikacji jest USA, a na trzecim Polska, co zdziwiło mnie jeszcze bardziej. I dowiedziałem się, że Tijuana jest obecnie trzecim co do ilości mieszkańców miastem Meksyku. A że miasto Meksyk, czyli jego stolica, jest na pierwszym miejscu, to już wiedziałem, a co tam. Ze dwadzieścia milionów - połowa ludności Polski. Niestety nikt nie zadawał pytań, więc w Dyskusyjnym Klubie Filmowym zabrakło dyskusji. Spotkanie zakończyło się niespodziewanie. Następnym razem zadam jakieś pytanie żeby nie było.

 

Grób Hłaskovera. Niedawno wybrałem się w pewne zimne, sobotnie popołudnie na grób Hłaski Marka. Napis na płycie nagrobnej, który zastałem był coś niecoś taki: Gdy Marek umarł, wszyscy byli odwróceni" , albo „Marek umarł, a wszyscy byli odwróceni". Udało mi się już nieco skonsumować literacko mojego ukochanego twórcę, człowieka, który umarł w wieku, który ja osiągnę już wkrótce. Baza Sokołowska i niektóre opowiadania. Cmentarze i Pierwszy krok w chmurach. Palcie ryż każdego dnia. Piękni dwudziestoletni. Opowiadania tak sobie mi się podobają. Stylem hłaskowerowskie i czyta się dobrze, natomiast generalnie wolę czytać dłuższe, bardziej rozbudowane, extended historyje nie tylko Hłaski, ale w ogóle. Zofia Trzcińska pseudo Komedowa uważała do samego końca swojego życia, że Hłasko zabił się i z premedytacją łyknął prochy zapijając je czystą ojczystą na ziemi niemieckiej. Wykończyła go śmierć przyjaciela, a właściwie to jej okoliczności, w których miał swój przykry udział jeden z największych pisarzy dwudziestego wieku według mnie. Winił siebie. Uważał, że zabił Krzysztofa Komedę, choć przecież był to nieszczęśliwy wypadek. 35 lat. Komeda 38. Uraz głowy i potem już coraz bliżej bramy raju. Zeszli z tego świata w odstępie 52 dni. Krzysiek 23 kwietnia. Marek 14 czerwca. Ciekawe jak im się wiedzie po drugiej stronie...Jazzu nie słucham, ale uwielbiam tajemnicze osobowości, które poprzez swój geniusz na ziemi, a następnie przedwczesną śmierć stały się legendami i wiecznie żywymi ikonami popkultury dwudziestego wieku.

 

Wracając do tematu przewodniego, Wszyscy Byli Odwróceni to coś, czego jak dotąd nie przeczytałem. Mam zamiar to zrobić wkrótce i przekonać się, co oznaczają słowa z płyty nagrobnej Marka Hłaski. Domyślam się, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, a który opisywał choćby w Pięknych Dwudziestoletnich, wszystko było tak poprzewracane, chaotyczne i beznadziejne, że tak właśnie widział Marek Hłasko wszystkich dookoła i cały świat epoki komunizmu.

 

W tym samym grobie na cmentarzu powązkowskim pochowana jest także jego matka, która miała przecież ogromny wpływ na jego życie i z która był chcąc nie chcąc bardzo mocno związany. Z którą się często nie zgadzał i która ganiła go choćby za opisywanie w książkach zbyt intymnych zdarzeń z ich życia. Kobieta odeszła osiemnaście lat po śmierci syna. A dzisiaj na ich wspólnej mogile dwie wysuszone wiązanki oraz jakiś wypalony znicz, który przyniósł pewnie jeden z fanatyków talentu Hłaskovera.

 

Porozmawiałem sobie chwilę z wielkim literatem. Miałem doń jedną ważną dla mnie sprawę. Właściwie prośbę. Ale to tak między nami było. Nie chciałbym zdradzać szczegółów dysputy. Tajemnica rozmów cmentarnych to święta rzecz. Uuuuu!!!! 

 

Spotkanie z miną grobową, czyli antykwariat mieszczący się nieopodal mego domu, mieszkania mieszkalnego prowadzi odczyty, wykłady, pokazy slajdów. Pokazała mi owo miejsce pewna koleżanka, z którą ostatni raz widziałem się osiem lat temu, w roku 2002. Spotkanie nasze po latach wielu zbiegło się z odbywającą się w tym samym czasie prelekcją profesora Uniwersytetu Warszawskiego Pana Andrzeja Niwińskiego na temat sarkofagów egipskich. Sam profesor prowadzi w Egipcie wykopaliska od lat wielu i raz na jakiś czas dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem z postronnymi osobami. Dziewczyna owa tajemnicza, koleżanka moja, to bardzo sympatyczna kobieta, którą poznałem właśnie osiem lat temu w okolicznościach dość specyficznych, że można by o tym napisać książkę. W dwóch słowach opisać się tego nie zdoła, więc kto wie, może kiedyś coś o tym więcej wystukam i zgarnę parę podrzędnych nagród literackich publikując w serii Harlequina. Sentencje prywatne pozostaną nieodtajnione, natomiast samo spotkanie prelekcyjne, wykład połączony z pokazem slajdów okazał się bardzo interesujący. Dowiedziałem się na przykład w jaki sposób odróżnić sarkofagi, w których pochowane były kobiety od sarkofagów, w których wnętrzu chowali się egipscy panowie. Tematyka omawiana dotyczyła X i XI wieku przed narodzinami Chrystusa, czyli 1000-1100 years B.C. Kobiety: włosy namalowane w postaci jakby sznureczków, takiego falującego makaronu opadającego na ramiona; ręce rozłożone i dłonie otwarte; widoczne piersi, choć tylko fragmentarycznie, a u mężczyzn odwrotnie, czyli piersi niewidoczne z wiadomych względów, ręce skrzyżowane i zaciśnięte w pięść, włosy w inny sposób wyeksponowane, czyli przeważnie proste, ściśnięte w jedną masę. Z czasem sarkofagi, w których umieszczano ciała zmarłych przeobrażały się stopniowo w sarkofagi-mumie, czyli były bardziej opływowe w swej formie. Sarkofagi „klassik" były drewnianymi konstrukcjami, ale wyraźnie widoczne były ramiona, ręce, nogi, głowa oddzielona od całości. Natomiast sarkofagi-mumie swym kształtem przypominały właśnie typowe mumie, czyli pomimo, że była to także drewniana robota, sprawiała wrażenie owiniętej w płótno osoby. Nawet faktura płótna była namalowana farbą. Cóż kulturalny jestem strasznie ostatnio. Stąd takie niespodziewane wydarzenia kulturalne w moim lajfie.

 

 

Teraz zbliża się kolejne. Już w najbliższy wtorek wyprawa do stolicy Litwy. Zwiedzanie Ostrej Bramy oraz Cmentarza na Rossie, gdzie pochowany jest między innymi Joachim Lelewel oraz matka, brat i siostra marszałka Piłsudskiego, a także jego serce, bo ciało jak wiadomo znajduje się na Wawelu. Wawel generalnie w obliczu ostatnich wydarzeń na ziemi i w powietrzu stał się znów tematem numer jeden, od czasu śmierci Smoka Wawelskiego w ... no właśnie, w którym roku tego nie wie nikt. Mnie osobiście ani nie przeszkadza, ani też nie sprawia różnicy czy prezydent wraz z małżonką spoczną na Wawelu czy też na łące pod Górą Kalwarią. Szacunek zmarłym się należy tak czy inaczej, to co za różnica, gdzie położą swoje ciała. Generalnie w kwestii wypadku samolotu pod Smoleńskiem zalecam wszystkim wstrzemięźliwość zarówno w dalszym szykanowaniu osoby zmarłego prezydenta (to do samego siebie apel także) jak i w nadmiernym jego gloryfikowaniu (to apel do moherów). Zachować trzeźwy umysł w tej sytuacji to podstawa. Przyznam, że w sobotę byłem skłonny myśleć o prezydencie tylko i wyłącznie nad wyraz pozytywnie, wręcz pomnikowo-idylistycznie, ale tak to samo się robi jak ktoś odchodzi, gdy spotyka go nagła śmierć i to w wyjątkowych okolicznościach katyńskiej klątwy. Jednakże to trochę nie tak powinno wyglądać. Po tym jak emocje opadną należy rozważyć to sprawiedliwie. Patrzę ze swojego punktu widzenia, bo kiedy moja skromna osoba kiedyś umrze, to proszę pamiętajcie mnie takiego jakim byłem naprawdę, pełnego zalet, ale nie wolnego od mniej lub bardziej ukrytych wad i grzechów codziennych. O to proszę Was wszystkich, choć planuję pociągnąć jeszcze jakieś 79 lat, więc jeszcze daję Wam trochę czasu na wystawienie opinii podsumowującej. W kwestii Pana Prezydenta: szkoda faceta, bardzo szkoda, i choć nie należałem do jego zwolenników, bo z pierwszej ręki mam o nim kilka informacji: choćby czego dokonywał będąc prezydentem Warszawy, to jednak szczerze płakałem przez dwa dni przed telewizorem, bo naprawdę jest to przykre zakończenie kadencji i jako człowieka jest mi go bardzo, ale to bardzo szkoda. Odpowiedział już przed Najwyższym i tak jak powiedział niedawno pewien elektryk-noblista,  ja też mu wybaczam i sam proszę o przebaczenie, jeśli w mich myślach niewysokiego brata bliźniaka od skradzionego księżyca skrzywdziłem. Pani Kaczyńskiej oraz wszystkich pozostałych polityków też mi szkoda, a szczególnie ich rodzin, żon, dzieciaków, które osierocili. Zwykłych ludzi, którzy tam zginęli także żal żegnać tak niespodziewanie i w taki tragiczny sposób. Jednak każdy wie, że polityka to bagno i każdy kto w nie raz wdepnie, zostaje do końca upaprany. Tego nie zmieni niczyja śmierć, ani nawet śmierć kilkunastu posłów i senatorów, prezydenta, a nawet samego Ojca Rydzyka. Właśnie, dlaczego nie było go na pokładzie? Ojcze Dyrektorze, może to dobrze, żeś w odpowiednim momencie nazwał ś.p. Panią Marię czarownicą i tym sposobem nie znalazłeś się w samolocie. Farciarz kurde mol. Więc proszę nie gloryfikujmy ludzi tylko dlatego, że nie żyją. Bądźmy subiektywnie sprawiedliwi - to także apel do siebie samego wystosowuję i takim staram się być z całych sił, i promise. Choć ludzi takich jak Hłasko, Komeda czy innych twórców różnorakich trochę łatwiej gloryfikować jeśli już. W przypadku artystów to jakoś łatwiej przychodzi. Polityk to jednak zawsze źle się kojarzy.

 

A w Wilnie 20 kwietnia o godzinie 21.30 wystąpi mój ulubiony zespół muzyczny. 

 

Jadę tam z przyjacielem, którego kocham. Inicjały P.K.K.Z.D.K.

 

Panie Kochany, szykuj wałówkę i pakuj flaszkę do chlebaka. Tylko pamiętaj, że nie ma kibla, więc siusiamy-lejemy-oddajemy do kieszeni sąsiada, gdy zapadnie w sen autobusowy.

 

TYLE Z WYDARZEŃ KULTURALNYCH. Jutro uroczystości pogrzebowe. Cóż, wszyscy umarli z samolotu TU-154 są już w kraju Chrystusa i jego Ojca, więc możemy im tylko pozazdrościć i cierpliwie i z pokorą czekać na bilet, który prędzej czy później dostanie każdy z nas. Życie jest piękne, a po śmierci się przecież nie kończy. Także spokojnie, bez paniki, żyjmy spokojnie z dnia na dzień i pamiętajmy, że śmierć może przyjść w każdym momencie. Love, sisters!


oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

MÓJ KINOL

piątek, 02 kwietnia 2010 10:57
 

Nad jeziorem Tahoe - film meksykański, który rozpoczął się sceną, której nie widzieliśmy. Weszliśmy do kina, gdy główny bohater stał już na wyludnionym poboczu, a jego pojazd wykazywał symptomy zderzenia. Nie było to spotkanie z drugim użytkownikiem drogi, ale walnięcie na pustej drodze w rów na poboczu, tudzież w jakąś barierkę, większa o mniejszość. Film dość zaskakująco o niczym. Chłopak snuł się przed półtorej godziny projekcji po wyludnionym miasteczku i szukał części do swojego samochodu, która została uszkodzona po wypadku. Spotykał dziwnych ludzi. Starca z psem, dziewczynę (piękną, młodą meksykankę) w sklepie motoryzacyjnym, a także chłopaka, który załatwiał mu części przez cały film i który był zagorzałym fanem Bruca Lee. Specyfiką filmu były ujęcia bardzo nietypowe. Przykład: przez trzy minuty nieruchoma kamera filmuje jak starzec i pies jedzą płatki na mleku i temu przygląda się nasz bohater. Albo bohater idzie ulicą i filmuje go stojąca w miejscu kamera. Przechodzi przed obiektywem, ale ujęcie się nie kończy i przez następne kilkanaście sekund na ekranie jest ten sam obraz jakiegoś domu, czy łąki, który w zasadzie niczego nie wnosi. Ale czy tak jest rzeczywiście? Czy ten film aby jest o niczym? Nie wydaje mi się, ale każdy powinien sam go obejrzeć i wystawić opinię przed samym sobą.

Porażający moje zmysły estetyczne był obraz miasteczka. Brudno i okropnie „syfnie" i na pewno nie chciałbym tam pojechać, bo to jakieś totalne zadupie w kraju Azteków. Zapewne reżyser umyślnie przedstawił zdarzenia w takim właśnie miejscu, aby połączyć marazm duchowy, wewnętrzny bohaterów z marazmem otoczenia, co stanowi jakby całość obrazu. W tle tego „niczego" rozgrywa się wewnętrzna walka, a może raczej próba akceptacji szarego świata, a przy okazji zmaganie się z bólem naszego bohatera po stracie bliskiej osoby. Na zewnątrz niby to obojętność, ale w środku prawdziwe uczucia. To wszystko składa się na moje najpierw mieszane, ale potem pozytywne odczucie po wyjściu z kina. Na początku nie wiedziałem za bardzo o czym właściwie ten film jest, ale teraz już chyba wiem. Przynajmniej tak mi się wydaje.

 

Rusałka - produkcja rosyjska. Film o marzeniach i ich realizacji. Bardzo pozytywna to produkcja, którą ogląda się lekko i przyjemnie. Przekazem twórcy jest wiara w to, że marzenia można realizować, ale trzeba o nich pamiętać na co dzień, o nich myśleć i prędzej czy później one do nas przyjdą. Nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że siedzimy w ciemnej dupie i jesteśmy skazani na niebyt wewnętrzny i na wegetację. Zakończenie filmu dość zaskakujące i trochę burzące jakby całość szczęśliwego początku i oczekiwanego takiegoż samego zakończenia. Ale odpowiedź na pytanie czy takie akurat zakończenie jest negatywne, czy też wręcz przeciwnie, reżyser pozostawia odbiorcy. Według mnie pozytyw, ale i w tym przypadku każdy musi we własnej głowie sobie to przemyśleć. Plus w filmie, a konkretnie w postaci głównej zdeterminowanej, wesołej bohaterki, to elementy nadprzyrodzone, które osobiście uważam za całkiem zwyczajne. Dlatego film choć nie wybitny, to śmiało można się przy nim zrelaksować i uznać chęć przesłania za wartościowe dla każdego człowieka. Bo realizacja marzeń to przecież esencja życia, a bez niej prędzej czy później usychamy, więdniemy i przedwcześnie wewnętrznie umieramy.

 

Wszystko, co kocham - tematyka stanu wojennego, komuna, walka, bunt młodzieży poprzez muzyczne wywnętrzenia w kapeli punkowej. Chyra w roli ojca głównego bohatera, który to Chyra Andrew jest wojskowym, ale nie przesiąkł ideologią na tyle, aby zapomnieć o uczuciach i człowieczeństwie. Katarzyna Herman w innej roli, ale wygląda bosko ta pani, która wcześniej jakoś mnie nie zachwycała swoją urodą. Tymczasem ucharakteryzowana odpowiednio działa na moje zmysły oraz przypuszczam każdego męskiego uczestnika projekcji filmowej, jak i na main chcaracter filmu, który przekonuje się w końcu o jej umiejętnościach technicznych. Ten ostatni przeżywa rozterki uczuciowe z rówieśniczką z tej samej szkoły. Przeplecione są one śpiewaniem w kapeli oraz trudnymi decyzjami wszystkich bohaterów z obu stron barykady. Dziewczyna, aktorka, która mu partneruje wychowała się w życiu prywatnym na Spice Girls (czytałem z nią wywiad niedawno), co mnie rozbawiło i rozwaliło zarazem, bo to niezbyt ambitna twórczość dla tępych małolatek, no ale podobno o gustach się nie dyskutuje. Ale przecież sam słuchałem Modern Talking i Bad Boys Blue więc zamknij Mazik paszczę, bo ci nie zaklaszczę. A film kończy się genialną sceną. Ale nie zdradzę. Idźcie precz do kina

 

Bękarty wojny - Quentin jest wspaniały... I tym razem nakręcił porządne kino w swoim stylu. Brygada żydów, którzy ścigają esesmanów i ich skalpują. Przeniesienie scenariusza z dzikiego zachodu na pole walki drugiej wojny światowej. Żydzi to ciemiężeni Indianie, a blade twarze to hitlerowcy. Taka oto analogia. Pomysł mógł się zrodzić tylko w mózgu Tarantuli, i za to zawsze go podziwiam. Za szaleństwo wrodzone, wielce pozytywnie naturalne wariactwo. Skalp swastyki na czole Niemiaszka to dość drastyczna scena, a zarazem wybitnie komiczna. Genialna rola niemieckiego aktora, który pojawia się w pierwszej scenie filmu i już do końca nam towarzyszy. No i Brad Pitt jako dowódca grupy żydowskich egzekutorów także majstersztyk. Produkcja nawiązuje od czasu do czasu do znanych choćby z Pulp Fiction schematów, które zostały skopiowane i to jest jeden minus całej zabawy, subiektywnej mej oceny. Dygresja będzie na koniec taka, że Grindhouse, którą reżyserował Quention T. bardzo pozytywnie lat temu kilka oceniłem i nadal uważam za świetny film. Natomiast część druga w reżyserii Roberta Rodrigueza jest nie do strawienia, a miałem ostatnio nieprzyjemność załapać się na dwadzieścia jego minut, bo puszczali w telewizorze. Masakra, obcinanie jaj, horrorowe klimaty, których nie lubię. Beznadzieja. Musiałem przełączyć na Warszawski Ośrodek Telewizyjny. Wrrrr

 

Wino Truskawkowe - film rodzimej produkcji na motywach powieści Andrzeja Stasiuka. W koprodukcji ze Słowakami. W rolach głównych aktor z tegoż państwa urody Marka Perepeczki z lat młodzieńczych oraz przepiękna dziewczyna również z południa, która jest ozdobą, perełką filmu. Marian Dziędziel, który ostatnio gra we wszystkich filmach polskich i tym razem w formie, choć już ten Pan trochę mi się zaczyna przejadać i jest nazbyt według mnie eksploatowany. Tutaj gra kogoś, kto umarł a następnie w roli ducha powraca do rodzimej wioski, by uporządkować swoje sprawy, oraz z tęsknoty za zapachem i wszystkim co zostało na ziemi i czego mu po śmierci brakuje. Maciej Stuhr też tutaj się zaangażował, ale mnie nie powalił, choć jego postać to wiecznie nawalony traktorzysta, który prowadzi życie pijącego i jeżdżącego, a przede wszystkim śpiącego prostego chłopaka ze wsi. Motywem przewodnim jest miłość słowackiej pary, którą utrudniają rozmaite okoliczności. Na koniec zbrodnia i kara i choć pozornie nieszczęśliwe zakończenie, to z elementami nadziei na przyszłość i poczucia rozwikłania pewnych spraw, które na początku owiane są tajemnicą. Wiele górskich krajobrazów, czuje się zapach górskiego potoku i namiętności, która zduszona jest przez niemoc serc i uczuć jednej ze stron. Film niezły, może trochę rozlazły na początku, ale pełen ciepłego humoru i na koniec satysfakcja, że się poszło do kina. Po projekcji zachciało mi się sięgnąć po autora książki, na podstawie której napisano scenariusz. Ten klimat leciutko pozaziemski jest mi niewątpliwie bliski. A wino truskawkowe, które pije cała wieś, skojarzyło mi się trochę z mamrotem z pewnego serialu o braciach bliźniakach więc mało oryginalne, ale nie wiem jeszcze czy ten motyw przyszedł z powieści Stasiuka, czy został dodany przez scenarzystę. Muszę to zweryfikować poprzez lekturę w przyszłości najbliższej. Klamra.

 

Beats of freedom - ujęcia młodych gniewnych z Jarocina są rewelacyjne. Akta, teczki założone na poczet śledzenia subkultur to śmieszne niezwykle, a zarazem tragiczne i żenujące. Tamten ustrój i to pod dyktando breżniewopodobnych skurw.synów to naprawdę była wielka beznadzieja i życie bez perspektyw. W oczach myślącej, inteligenckiej młodzieży ten stan rzeczy nie jawił przed sobą możliwości wyzwolenia, a jednak pomimo tego zachowywali twarz i na swój sposób przeciwstawiali się reżimowi Jaruzelskiego i jego mocodawców ze wschodu. Miałem o tyle szczęście w nieszczęściu, że w latach osiemdziesiątych robiłem podstawówkę i nie myślałem o tym, co się dzieje dookoła, a w prawdziwe przemyślenia wszedłem wtedy, gdy już komuna upadła. Swoją drogą autentyczność przekazu twórców z tamtego okresu to było coś wyjątkowo wartościowego, zrodzonego na podwalinach bólu i rebelii wobec stanu dezaktywacji poczucia wolności, bez której nie można być szczerym wobec samego siebie i przy okazji żyć w zgodzie z patologiczną władzą. Jedno drugie wyklucza, a wybór należy do człowieka. Według tego, co w tym dokumencie zostało przedstawione cała grupa wykonawców była zrzeszona w nieformalny front przeciwko systemowi i nie było nikogo, autentycznie nikogo, kto by z tej drogi zawrócił. Każdy z wielkich tekściarzy, zespołów z tamtego czasu w sposób mniej lub bardziej subtelny wyrażał się niepochlebnie o zniewolonej Polsce, która podobno była wolnosłowna, liberalna i jeszcze w stanie zapewnić obywatelowi wszystko, co mu do szczęścia potrzebne. Taką propagandę wstrzykiwano gwałtem w i tak już obolałą dupę obywatelom naszego kraju w latach powojennych do końca lat siedemdziesiątych, po których zaczęło się wszystko zmieniać. I wkład niektórych zespołów muzycznych był nieoceniony. A najlepsze jest to, że po projekcji zapragnąłem zapoznać się z twórczością zespołów, które kiedyś dla mnie nie istniały (przykład: Brygada Kryzys). Oznacza to, że autor biografii o Acid Drinkers, a tegoż filmu reżyser pan Leszek Gnoiński w jakimś stopniu swój cel osiągnął, czyli zbliżył przynajmniej jedną osobę do tamtej rzeczywistości i jeszcze nią autentycznie zainteresował. Najciekawszą opowieścią z całego filmu była dla mnie akcja polityczna Skiby i realizacja jego pomysłu pomarańczowej rewolucji zaadoptowanej na pezetpeerowski grunt. Za ten pomysł naprawdę wielki szacunek dla tego Pana i szczerze powiem, że nie znałem tej historii z biografii performera Krzysztofa z Dużym Cycem. Druga kwestia, która mnie wielce zaskoczyła to informacja, że Dziwny Jest Ten Świat Niemena był pierwszym polskim protest songiem. Może jestem tępy, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ten utwór akurat w jakikolwiek sposób nawiązuje do tematu i że ma tak oczywisty związek z polskim reżimem totalitarnym. Nie wiedziałem, że Pan Czesław się także buntował, choć jak sobie przypomnieć jego stroje to autentycznie wszystko staje się nagle jasne. I tak, rzeczywiście, teraz to do mnie dotarło i jestem w stanie zgodzić się z tezą twórcy filmu Beats of Freedom. Pozycja obowiązkowa dla każdego urodzonego po roku 1980.  

 

Rewers - zasłużone nagrody zebrał ten film na festiwalach. Naprawdę niezwykła opowieść. Nie podobały mi się tylko przeplatanki z czasami nowożytnymi dwudziestego pierwszego wieku, które pokazane były w kolorze, w kontraście z stalinowskimi latami pięćdziesiątymi przedstawionymi jako film czarno-biały. Rozumiem dlaczego tak zrobiono, bo wszystko wyjaśnia się pod koniec filmu, ale uważam, że można było sobie odpuścić w ogóle przebłyski z przyszłości. Zdecydowanie tak uważam. Jednakże ukazane losy rodziny, trzech kobiet i ich brata w zawiłych meandrach czasów zniewolenia przez radziecki reżim kraju naszego. Mój dziadek miał koszmarne przejścia w tamtym okresie i dlatego ten temat jest mi niezwykle bliski. Kiedyś napiszę o moim dziadku, ale tymczasem chcę zwrócić uwagę na fenomenalną grę wszystkich, dosłownie wszystkich aktorów w docenionym przez krytyków filmie Rewers. Scenariusz rewelacyjny i nic nie napiszę, aby nie zdradzić, ale zaświadczam, że to warte zobaczenia dzieło reżysera, a także scenarzysty. Nie pamiętam teraz czy obie funkcje spełnił ten sam człowiek, ale moja uwaga ogólna, szerokokątny wniosek jest taki, że zdecydowanie i nagminnie niedoceniani są osobnicy-scenarzyści, kosztem umożliwiania przez rozmaite jury i opinię publiczną spijania całej pianki przez fenomenalnych poniekąd reżyserów, którzy przy całym dla nich szacunku, opierają się przecież na pomyśle innych równie wybitnych pomysłodawców scenariuszy, a sami konstruują, wybierają scenerię, mówią jak zagrać i dają sznyt całości, ale zwykle nie wymyślają dialogów i konstrukcji historii. A bez tego nie ma niczego. Nie ma filmu bez pomysłu nań. Z tego miejsca więc protestuję i domagam się w równym stopniu doceniania i nagradzania scenarzystów, a nie stawiania ich na trzecim planie podczas wręczania rozmaitych nagród na całym globie i poza nim. Takie właśnie przemyślenia mi się ostatnio nasunęły. A Rewers - film świetny, naprawdę warty zobaczenia. Ta gra aktorów, poezja... No i ten scenariusz...

 

Tyle z wydarzeń kulturalnych so far.

 

ŚWIĄT BARDZO ZDROWYCH BEZ ZATRUĆ POKARMOWYCH.

 

Love, mazz family

 


oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MAZIK BLOG - 3 LATA W SIECI

wtorek, 10 listopada 2009 14:20
 

Hi Guys! W grudniu 2009 miną 3 lata od kiedy rozpocząłem pisanie tej oto strony www.mazik.bloog.pl , zwanej potocznie blogiem, co z resztą w jej nazwie zawarte zostało. Taka właśnie witryna zakorzeniona na stałe w świecie iluzji wirtualnej umożliwia  osobnikowi o imieniu Mike Mc Mazz, czyli kochającemu pisanie, uwewnętrznienie się od czasu do czasu i podzielenie się spostrzeżeniami z całym światem. Jakich by psów (burków i reksiów oraz krasul i mruczków mpo) nie wieszać na negatywnych stronach internetu i szkodliwości obecnych czasów na zdrowie psychiczne człowieka, jest niewątpliwym i niezaprzeczalnym faktem to, iż gdybym odkrył w sobie to zamiłowanie w latach 70tych, nie miałbym możliwości internetowego tworzenia. I to nie dlatego, że u mnie na klatce nie ma skrzynki danego dostawcy usług, albo mi wyłączyli, bo nie płaciłem rachunków, ale dlatego, że kiedyś Dzieci Drogie, świat nie dość, że nie znał internetu, to przede wszystkim nie miał pojęcia, co to jest komputer. Banalne stwierdzenie, wiem. To wiadomość ważna jednak dla człeków małoletnich urodzonych po 1990 roku, czyli po Mistrzostwach Świata we Włochach Pod Samochodem Warszawą, które to były najgorszymi i najnudniejszymi mistrzostwami w historii. Wtedy świat był znacznie spokojniejszy, nie było destrukcji umysłowej spowodowanej pościgiem informacyjnym i było naprawdę pięknie i spokojnie. A wniosek na teraz jest następujący:

 

Era komputera jest nie dla mnie.

 

Urodziłem się w czasie nieodpowiednim dla mnie samego, choć...właśnie...z drugiej strony, może gdyby nie ten blog, to bym nie dowiedział się o sobie wielu istotnych rzeczy, może nawet tych najważniejszych, które pozwoliły mi odnaleźć to, co w życiu wielce importantne. Więc, o.k. niech już ten speedujący rozwój ludzkości trwa, trudno się mówi, trzeba się będzie przystosować do technicznych rozwiązań, które mnie osobiście nie są do niczego potrzebne. Wręcz mnie przytłaczają momentami i wtedy jak patrzę na to całe gówno, mam ochotę zaszyć się w lesie sosnowym tudzież liściastym i tam tworzyć. W ciszy, spokoju, w skupieniu i samoświadomości, o tym, co jest tak naprawdę dla mnie ważne. Bez hałasu informacyjnego i otaczającego mnie ogólnego syfu i smrodu spalin.

                       

Ponad 1000 dni strony mojej blogerskiej było dla mnie bardzo miłym czasem, gdyż uświadomiło mi po raz kolejny, że pisanie to moje całe życie i wszystko, co mam najlepszego do przekazania światu, odbywa się i już będzie odbywać zawsze, poprzez słowo pisane. Chyba założę fabrykę pisanek i zostanę milionerem.

 

Pisałem o sprawach ważnych, takich jak wiara czy wartości ponadczasowe, pisałem również absurdalne teksty, które mam w głowie od zawsze i które same przychodzą. Wiersze, które tutaj się pojawiły to kolejny temat, który jest we mnie i którym dzielę się z Wami, mając nadzieję, że niektóre z nich zmuszą Was do myślenia i skłonią do zastanowienia nad pewnymi sprawami, opcjonalnie spowodują, że poczujecie się lepiej, gdy spotkacie w nich cząstkę siebie samych. Zastanawiam się czasami, bo przy nich nie ma prawie w ogóle komentarzy, czy one są takie beznadziejne, że nikt z Was przez 3 lata (prawie) nic nie napisał o tych moich poemsach czy też aż tak Wam się podobają, że nabraliście przysłowiowej wody brzozowej w usta i nie jesteście w stanie nic skrobnąć. Informacja zwrotna jest mile widziana, jeśli łaska oczywiście. Z drugiej strony wierzę w siebie i czuję, że to, co piszę jest najprawdziwszą rzeczą i jest tak szczere i prawdziwe, że czytając wypociny Mazziego, czujecie to instynktownie. Zresztą jestem zdania, że każdy, jeśli robi, to co kocha i jest szczery wobec samego siebie, wie dokładnie i potrafi ocenić wartość swojej pracy czy też twórczości. I do tego namawiam każdego z Was. Polegajcie w 95 procentach na własnej opinii i osądzie, a daleko zajdziecie. Nie dajcie się zbyć, albo zdeptać przez nikogo, bo ludzie bywają niekompetentni, a często prymitywni i głupi, co może każdego zniechęcić do robienia tego, co kocha. Pieniądze i układy rządzą tym światem i często one wygrywają, a my o tym nie wiemy i oceniamy siebie negatywnie. Bądźcie ponad to. Opinia drugiej osoby jest sprawą trzeciorzędną. Wierzcie w to, co robicie. Nigdy się nie poddawajcie i walczcie do samego końca o swoje. To najważniejsze w życiu. 

 

W sprawach wiary, które odgrywają w moim życiu rolę pierwszorzędną, pokazałem na tym blogu ślad istnienia Boga i jest on tak wyraźny, że tylko ślepiec tego nie dostrzeże. Jeśli jesteś takim właśnie ślepcem, Drogi Czytelniku i jeszcze niestety nie przejrzałeś na oczy, zrób to szybko i przyjmij do wiadomości, że to co teraz widzisz, to ułamek tego, co ma miejsce tutaj na ziemi. Bóg istnieje i to, co dzieje się w świecie niewidzialnym jest światem kolosalnie rozległym w stosunku tego, co w tej chwili obserwujesz. Zapamiętaj sobie te słowa, jeśli jeszcze nie doszedłeś do najważniejszych wniosków i przypomnij je sobie w momencie przejścia na drugą stronę. Ja już to wiem, więc mogę podzielić się doświadczeniem. Choć nie muszę. Lubię jednak ukazywać innym ludziom rzeczy ważne. I do nich niewątpliwie należy Bóg. Jednakże nie musicie wcale chodzić do kościoła. Wystarczy być dobrym człowiekiem, aby zdać test naszego życia. Tyle wywodu teologicznego.

 

 

Na moim blogu przedstawiłem Wam kawałek historii mojej „kariery piłkarskiej" w rozgrywkach juniorskich. Możliwe, że kiedyś napiszę ciąg dalszy i poznacie kolejne losy drużyny SARMATA WARSZAWA 1976. Jedno jest pewne. Zawsze chciałem i marzyłem, od kiedy skończyłem 6-7 lat, aby zostać piłkarzem. I zostałem nim. Przez 6 lat trenowałem w jednej z najlepszych drużyn piłkarskich w swoim roczniku w okręgu warszawskim. Toczyliśmy boje z Żewłakowami, młodymi Terleckimi, Janasami, Strejlałami i wieloma innymi znakomitymi zawodnikami i niejednokrotnie nasze gwiazdy sarmackie przeganiały późniejszych internacjonałów, co było dla nas wielką satysfakcją. Na turniejach międzynarodowych zdobywaliśmy pierwsze miejsca, a jeśli nam się to nie udawało, walczyliśmy jak lwy z drużynami z Boliwii, Włoch, Szwecji, Francji, USA, Norwegii czy Dani, będąc ambasadorami polskiego sportu za granicą na przełomie lat 80tych i 90tych. Przepaść w wyszkoleniu, bazie treningowej i finansowej, niwelowaliśmy nieprzeciętnymi umiejętnościami i wolą zwycięstwa. Pamiętam taki mecz podczas naszego pierwszego turnieju w Danii w 1990 roku, w którym po wyjściu z grupy w 1/16 finału spotkaliśmy się ze szkółka Interu Mediolan, która obrała nazwę SOCCER BOYS. Jak zobaczyliśmy z kim mamy za chwilę zagrać, nogi się pod nami ugięły. Ujrzeliśmy oto przed sobą 20 chłopa na rozgrzewce, którzy byli od nas 2 razy więksi i sam fakt, że mieli na sobie stroje Interu, powodował lekki przestrach. Wiadomo jakie zaplecze mają wielkie, światowe kluby. Wiedzieliśmy już, że nie jest to drużyna przypadkowych chłopaków z Woli i Jelonek, którzy po prostu zebrali się, by sobie trochę potrenować, ale to dokładnie wyselekcjonowana młodzież, prawdopodobnie tych 20 zawodników wybrano z jakiś 200 i teraz my mieliśmy stawić im czoła. Oni nas zapewne też nie docenili i o tym dowiedzieliśmy się po meczu. Tak, to był wielki mecz, który przegraliśmy 1:2. Bramkę dla naszej drużyny zdobył Daniel Bieliński, który był o trzy głowy niższy od przeciwnika. Italianie musieli się naprawdę sporo nabiegać, aby nas pokonać, a po meczu byli w takim szoku, że podchodzili do nas i chylili czoła wobec naszej drużyny i naszych najlepszych zawodników. Zagrałem w całym spotkaniu na pozycji pierwszego stopera (środkowy obrońca) i w ten deszczowy dzień pokazaliśmy charakter i niesamowite umiejętności. Zawodnik, którego kryłem był łudząco podobny do Gianluki Viallego, słynnego niegdyś piłkarza włoskiego, i do dzisiaj się zastanawiam czy to był jego syn.     

Na moim bloczku jest też ślad mojego kolejnego zamiłowania, którym zająłem się po zakończeniu kariery młodego piłkarza, a mianowicie grania gitarowego. Niestety Bóg nie dał mi słuchu muzycznego (albo może nie wyszkoliłem go sobie w odpowiednim momencie), więc chociaż zawsze kochałem grać na gitarze, to nie miałem szansy dojść nawet na namiastkę poziomu średniego w tej dziedzinie. Śpiewać nie umiem, ale nie przeszkadzało to mi się trochę powygłupiać i wraz z moimi kumplami z THE PIERDZIELS założyć kapelę, która w swym zamyśle od początku miała być żartem muzycznym. Miała pokazać, że grać i śpiewać może każdy i nie należy przejmować się opiniami innych. Jeśli tylko sprawia nam coś przyjemność, róbmy to bez względu na wszystko i wszystkich. Oczywiście, jeżeli nie ranimy tym uczuć innych. Kariera The Pierdziels mogła jedynie ranić uszy poszczególnych osób, ale mam nadzieję, że od początku było widać, że to są totalne jaja i że każdy z nas nie potrafi śpiewać, a grać tylko amatorsko. Cały aspekt skupiał się nie tyle na muzyce i kompozycjach własnych, a także własnych coverach, co szczególnie na przedstawieniu tego w oparach absurdu, poprzez nasze stroje, zachowanie na teledyskach oraz przede wszystkim komentarze do teledysków, których autorem jest BassTEK, mój ziom.  Bastekk i Kuba to tacy dwaj goście, z którymi jak się spotykałem zawsze na imprezach, powstawało z tego tytułu pełno absurdalnych zdarzeń, mniej bądź bardziej hardcorowych, i w twórczości naszej wypasionej kapeli, też to można było myślę zauważyć. Chwilowo kapela nasza ma zastój. Możliwe, że kiedyś powrócimy. I to k...a w wielkim stylu. Zaczynajcie już składać fundusze na zatyczki do uszu.

 

Jestem w związku z tym, pośród rozległych tematów na www.mazik.bloog.pl poruszanych, propagatorem muzyki i tego, co mi się podoba. Wiecie na pewno, że METALLIKA na pierwszym miejscu, na drugim MANU CHAO, a także LIQUID SANITY. Pisałem o koncertach NIGHT RIDER, a ostatnio płycie HEMP GRU. Jednakże lubię jeszcze kilka innych grup i twórców, do których zalicza się na przykład kapela SACRED REICH. Do albumu wszechczasów należy ich album THE AMERICAN WAY i jeśli nie znacie tego bandu, zachęcam do zapoznania się bliżej z tym albumem. Lubię THE ROLLLING STONES i choć udało mi się jak do tej pory poznać dobrze jakieś 8-9 z ich albumów, to do końca życia planuję zgłębić wszystkie. Uwielbiam WHAM i GEORGE MICHAELA i jest to mój ulubiony wokalista i był nim od zawsze. Cóż jest wiele innych zespołów o których możliwe, że kiedyś jeszcze napiszę.

 

Moja rodzina. Tak ten temat zostawiłem na koniec, gdyż jest on dla mnie zdecydowanie najważniejszy. Mam to szczęście, że cała nasza trójka w umiarkowanym zdrowiu, dzięki Ci Panie za to, podąża przez życie i cieszy się nim. Julek i Ania to moi najlepsi przyjaciele i jestem szczęśliwy, że są ze mną tutaj i że mam zaszczyt przez życie iść wespół z nimi. Nie mamy specjalnie dużo pieniędzy, ale mamy pięknego syna, który jest utalentowany w wielu dziedzinach. Jest zdrowy i to dla nas rodziców największa radość. Mamy także siebie, a to droższe od pieniędzy i cieszymy się z każdej wspólnej chwili. 

 

Chcę na zakończenie tego mojego podsumowania zachęcić Was do odwiedzania mojej strony www.mazik.bloog.pl jak najczęściej. Wpis następuję zwykle co 10-15 dni, więc wystarczy wejść na mazik.bloog.pl 2 razy w miesiącu i być na bieżąco z tym, co mam do powiedzenia. Naprawdę staram się bardzo, aby ten blog był jak najoryginalniejszy i niepodobny do niczego, co już istnieje. Aby bawił Was w chwilach smutku, aby uświadamiał i pomagał w chwilach gorszych, abyście dzięki mojej stronie i temu, co na niej przeczytać możecie, wynieśli coś dla siebie, wypili pozytywne emocje z tych z moich liter poskładanych w wyrazy, a potem w zdania lub strofy, w przypadku wierszy. Zachęcam do komentarzy, których zanotowałem przed te 3 lata zaledwie 576. A mogło być 8790067.

 

Jako bonus na zakończenie zakończenia oto krótka historia z Julkiem w roli głównej: byliśmy jakiś czas temu w jednym z dużych sklepów na zakupach. Julek zapragnął przyjrzeć się z bliska stoisku z rybami mrożonymi, więc poprosił o to tatę słowami: „Chcesz iść do rybek". Ryby wyłożone były za wielkim blacie pokrytym warstwą lodu, aby zwierzęta morskie nie psuły się zbyt szybko. Jak wiadomo ryba psuje się od głowy, więc większość z nich, pewnie jako dodatkowe zabezpieczenie ze strony obsługi sklepu hehe, miało głowy poobcinane. Ale nie w tym rzecz. Tłumaczyłem Julkowi która ryba jak się nazywa. Był karaś, był łosoś, był dorsz i wiele innych odmian rybnych. Zaraz obok tegoż blatu ustawione były zamrażarki z boxami przeznaczonymi na różne inne odmiany potraw rybnych, taki jak filety z ryb, owoce morza, ryby w panierce w najróżniejszych kształtach i tym podobne przysmaki. Jednakże ktoś z dyrekcji, kto widocznie mieszkał kiedyś w Wlk. Brytani, włożył pomiędzy całe to doborowe towarzystwo mrożone frytki. Tam narodową potrawą jest tzw. Fish&Chips, czyli ryba z frytkami.  Julek więc pyta się mnie po kolei o wszystkie ryby, mrożone i nie mrożone i z uwagą słucha tych nazw, a następnie z zainteresowaniem i satysfakcją powtarza je i uczy się ich. W pewnym momencie mówię Julkowi, „A tutaj są frytki". Chwilę się zastanowił, przemyślał, co mu powiedziałem. Przeszliśmy jeszcze dwa razy całe stoisko, wymienialiśmy nazwy itd. Gdy po raz drugi doszliśmy do wspominanego punktu, mój syn stwierdził  wnioskując bardzo słusznie: " Tata, o to są mrożone ryby-frytki". Tak mnie rozśmieszył swoim stwierdzeniem, że przez 10 minut nie mogłem powstrzymać się od śmiechu i tak mi tym poprawił nastrój, że przez kilka godzin byłem na maksymalniej wyżynie. Kisses, friends!

 

 

   


oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW NADAL RZĄDZI - PART II

poniedziałek, 14 września 2009 10:21
 

Dzień dobry Obywatele. Poniższe wpisowe jest uzupełnieniem wpisu na temat Książki Skarg i Wniosków z dnia 01 czerwca 2009. Bawcie się dobrze i też się wpisujcie, tyle że nie ma już takich książek, a czasami by się przydały niewątpliwie. Sklep Otworem Do Klienta - to hasło na dziś.

 

Hew fan.   

 

 

 

SKARGA Z 1987 ROKU:

 


O godzinie 8.30 na stoisku było około 17kg baleronu. O godzinie 9 baleron został wykupiony. Ja oraz inni klienci zażądaliśmy dodatkowego wydania wędlin z chłodni. Ekspedientka wyszła na zaplecze i stwierdziła, że kierowniczka zabrała klucze do chłodni. Poszła po nią. Kierowniczka oświadczyła, że nic w chłodni nie ma. Jednak z wcześniejszego zachowania ekspedientki (znaczące mruganie okiem) wynikało, że towar jest. Jako klienci zażądaliśmy komisyjnego sprawdzenia zawartości chłodni, ale odmówiono nam tego, twierdząc, że to nie nasza sprawa.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Była wolna sobota. Dostałam dorzut wędliny - 30 kg baleronu. Nie wprowadziłam wagowych ograniczeń, ażeby sprzedaż odbyć bez zatargów ze strony klienta. O godzinie 9 skończył się więc towar. A w chłodni naprawdę nic nie miałam.

 

SKARGA Z 1987 ROKU:

 

Jestem siostrą PCK. Mam pod opieką sześć samotnych kalek i mam zezwolenie na kupowanie dla nich poza kolejnością. Odmówiono mi sprzedaży wafli, natomiast sprzedano innym osobom z kolejki po 14, 15 i 10 sztuk.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Zgodnie z wytycznymi ministra w sprawie zasad obsługi poza kolejnością wyjaśniam, że opiekunka PCK nie miała prawa do zakupu poza WSZELKĄ kolejnością - które to prawo mają wyłącznie inwalidzi wojenni i wojskowi - a jedynie miała prawo do stania w kolejce dla uprzywilejowanych, zamiast w kolejce zwykłej. Z uwagi na to, że zarówno w kolejce zwykłej jak i i w kolejce dla uprzywilejowanych stała znaczna ilość klientów i nie wyrazili oni zgody na sprzedaż wafli siostrze PCK, klientce odmówiono sprzedaży poza WSZELKĄ kolejnością. Tak więc nie było żadnej winy ekspedientki - wszystkim uprzywilejowanym przysługuje obsługa poza kolejnością, ale tylko jeśli staną w kolejce dla uprzywilejowanych. I w tej kolejce powinna pani - jako siostra PCK - stanąć. Jest jeszcze zwykła kolejka dla nieuprzywilejowanych. W niej stać Pani nie musi.

 

SKARGA Z 1988 ROKU:

 

Odmówiono mi sprzedaży 1kg ptasiego mleczka. Zaznaczam, że mam II grupę inwalidzką i oświadczenie komisji lekarskiej. Ekspedientka nie uznała tego, była bardzo agresywna. Resztkami sił stałam w bardzo długim ogonku i otrzymałam 23 dkg. Zaznaczam, że jestem po bardzo ciężkiej operacji i wszędzie jest to zaświadczenie respektowane.

 

 

SKARGA Z 1988 ROKU:

 

Weszłam do sklepu, a na stoisku mięsnym nie ma żadnej wędliny. Uważam, że przed świętem 22 lipca powinno być lepsze zaopatrzenie. Co mają jeść ludzie pracy?

 

 

SKARGA Z 1988 ROKU:

 

Na wystawie odkryłem naboje do syfonów, jednak w sklepie nie chciano mi ich sprzedać, wykazując przy tym arogancję i chamskie odzywki.

 

DOPISEK KIEROWNIKA:Klient nie miał żadnej racji. Wchodząc do sklepu był już zdenerwowany. Ubliżał mojej pracownicy. Chciałem uspokoić tego klienta, tłumacząc sytuację obecnego braku naboi, lecz klient w dalszym ciągu miał pretensje i ubliżał. A co do wystawy stoi tam puste pudełko po nabojach.

 

  

SKARGA Z 1988 ROKU:

 

Odmówiono mi sprzedaży miodu z wystawy.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNIKA:Miód na wystawie będzie sprzedany po zmianie dekoracji. Jest już sporządzona lista na te towary, ale klient stwierdził, że tyle to on nie będzie czekał.

 

  

POCHWAŁA Z 1988 ROKU:

 

Pragnę złożyć dyrekcji podziękowanie za zmianę dawnego personelu z kierownictwem na czele w naszym sklepie. Personel obecny jest fachowy i miły. Odnoszę wrażenie jakbym był obsługiwany przed wojną.

 

  

SKARGA Z 1988 ROKU:

 

Podejście ekspedientki do stoiska nabiałowego trwało od godziny 7.40 do 8.00.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI:Mieliśmy przyjęcie towaru, a klient był niecierpliwy. Mimo dużej kolejki, która spokojnie oczekiwała, domagał się obsługi.

 

  

POCHWAŁA Z 1988:

 

Dziękuję za rodzynki, które kupiłam w tym sklepie, a nie mogłam dostać od 2 lat w całym Śródmieściu. Szczególnie dziękuję pani sprzedawczyni, która z uśmiechem odważyła mi żądaną ilość.

 

 

SKARGA Z 1989 ROKU:

 

W dniu dzisiejszym w sklepie pusto i brudno. Obsługa skandaliczna. Nie pozwolono nam kupić oleju, wykazując się skrajną arogancją.

 

DOPISEK INNEJ OSOBY:Obywatele ci żądali, aby olej sprzedawać bez ograniczeń - na co kolejka, w której i ja stałem, prosiła, aby dawać po 1 litrze, bo dla wszystkich nie starczy. Wybuchła awantura i obywatele ci stwierdzili, że skoro jest urynkowienie i demokracja, to oni wezmą ile chcą, a inni ich nie obchodzą, po czym złośliwie wpisali się do książki.

 

 

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ - OSTATNIEJ


oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

NEWSY

piątek, 04 września 2009 12:39
 

Byłem wczoraj u dentysty i jak mi pani zatruła ząb, to ryczałem potem przez dwie godziny, jak zarzynana świnia. To pierwszy news z ostatniej chwili.

 

 

Babcia siedzi u nas i boli ją biodro, ale nie załamuje się i nadal ogląda telewizję TVP2. To pierwszy, czyli drugi news z ostatniej chwili.

 

 

Każdy człowiek ma prawo do nie robienia nic, i nikt go do pracy zmusić nie jest w stanie. Nawet Jerzy Kapusta z Bobo. To drugi, w właściwie trzeci news z ostatniej chwili.

 

 

Koń Przewalskiego mieszka w Zoo i ma się całkiem dobrze, choć nikt by się tego nie spodziewał, ponieważ hipopotam śpi. A hipopotam to... To news kolejny z ostatniej chwili.

 

 

Pinokio na żyrandolu się kręci jak dzika świnia z długim nosem, opcjonalnie tańczy i ten gość się śmieje i śmieje i płacze prawie ze śmiechu. Boki zrywać. To piąty, a właściwie piąty news z ostatniej chwili.

 

 

Bucio to Gucio, czyli pszczółka z Pszczółki Mai, która lata niewiadomo gdzie. A gdzie ma latać do k...y nędzy? To news z ostatniej chwili numer sześć.

 

 

Jestem Troll Bomoberol, zjem Cię na kolację swą. Trolle poruszają się zapomnianym już środkiem transportu jeżdżącym oniegdaj na trasie stolica - piaseczno (z małej). Chodzi o pojazd o nazwie Trollejbus. To ten autobus z pałąkiem. Pałąk to ładny wyraz. To news z przedostatniej chwili numer jeden.

 

 

Chcecie więcej newsów???

 

Bardzo proszę.

 

 

Rodzina spóźniła się dziewięćdziesiąt minut na pogrzeb Majkela. Pewnie trolejbus się opóźnił. News muzyczny z za oceanu.

 

 

Why Charlie Watts nie chce już grać w toczących się kamieniach (z małej)? Odpowiedź jest krzywa czy prosta. Nie ma czasu ujeżdżać swoich rumaków. Prawdopodobnie zastąpi go Dave Lombardo z różnych składów porcelany. Drugi news muzyczny, tym razem z Wysp Sos Tysiąca.

 

 

Oficjalna Federacja Makao ustaliła raz na zawsze, że jak się raz powie Makao, można potem jeszcze wielokrotnie repetować. To samo w kibel i w świnię (z małej), choć te gry są z innej parafii. Wiadomość tygodnia.

 

 

Najpopularniejsze nazwy na psy, to znaczy jak się mają wabić, żeby wywabić plamę to Wanisz oraz Bielinka (to drugie jeśli suka). Suki Potier była zdaje się kobietą Briana Jonesa, albo Keitha Ryczarda. A rollin' stones gathers no moss. I to się potwierdza w przypadku tego drugiego, gdyż ten pierwszy nie dycha od lat wielu. Wiadomość miesiąca.

 

 

Kopernik, czyli Tysiąc Złotych i Król Maciuś Pierwszy żyją. Wiadomość roku.

 

 

Dzisiaj, albo jutro spotkanie coroczne absolwentów Uniwersytetu Robotniczego Klubu Sportowego Sarmata Stolica Polski. Wydział: Piwosze, Kierunek: Garaż. Spodziewani goście specjalni: Jerzy Kaliński alias Ojciec Jerzy oraz Ludwik (XIV) alias Wnapaści. Podobno Kosy nie będzie. Wiadomość wszechczasów.

 

Impreza sponsorowana jest przez delikatesy Bomi.

 

Prowadzenie: Krystyna Grażyna Tor-Loska. Scenariusz: Wacław Hatifnat  Światło: Sergiusz Markotny-Pindor Montaż: Jolanta Mapetszoł Oprawa artystyczna: Grzegorz Nadleśnicze  Reżyseria: Marcysia Spawalnia.

 

Acha, i ostatnia informacja z ostatniej chwili: Jadąc rowerem i siedząc na bagażniku zamiast na siodełku można sobie wydłużyć nogi do 4 cm rocznie. Warunek: należy jeździć minimum 1500 minut na dobę oraz jeść w trakcie miód spadziowy.

 

God bless you.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW RZĄDZI NIEWĄTPLIWIE

poniedziałek, 01 czerwca 2009 12:24
 

Siemax moi przyjaciele czytający  profanaberie, które raczę tutaj pisać, przeplatając je od czasu do czasu poważnymi tematami. Dzisiaj będzie na niepoważnie/poważnie, czyli taki mix siemax moi przyjaciele czytający profanaberie, które raczę tutaj pisać, przeplatając je od czasu do czasu poważnymi tematami dzisiaj będzie na... stoppp stoppp karwa phi phi... i o mało co bym się zapętlił hihi. Odpętlam się więc i zapraszam na kawałek historii wziętej żywcem z okresu późnego komunizmu, którą to historię zacytuję z artykułu, jaki ukazał się 1 lipca 2003 roku w Życiu Warszawy. Autor nie jest mi znany, i nie mogę go wymienić z imienia i nazwiska, Ajm very sory, choć bardzo bym chciał. Mam tylko ksero tamtej strony z gazety i autor jest nieczytelny. Mógł nazywać się Kazimierz Nieczytelny. Pomimo to, postanowiłem pokazać ów tekst szerszej widowni, jako, że zapomniany, nie może zostać zapomniany. Masło maślane, albo margaryna margaryniana. Do takiegoż wniosku, słusznego mam nadzieję, doszedłem, a wręcz dobiegłem.

 

Szczególnie polecam lekturę młodym osobom-latorośli-młokosom, których dzisiaj jest święto, DZIEŃ DZIECKA CZYLI i którzy tematu : "KSIĄŻĄKI SKARG I WNIOSKÓW" nie pamiętają, bądź w ogóle o niej nie słyszeli. Taki zeszycik był to zeszyt szkolny zawieszony na sznurku wewnątrz sklepu, do którego każdy mógł się wpisać. Każdy komu się coś nie podobało, opcjonalnie, komu coś podobało się właśnie w kwestii funkcjonowania tworu jakim był sklep spożywczy bądź gospodarstwa domowego, w latach jaruzelskichsmokwawelskich. Sam już szczerze mówiąc trochę zapomniałem, jakie .ujowe bywało życie w tamtym, chorym niewątpliwie systemie. Po przeczytaniu tego, co za chwilę i Wy przeczytacie mam nadzieję, dobiegniecie wraz ze mną do wniosku, że kapitalizm nie jest taki najgorszy. Może inaczej, jest tak samo fatalny, jak socjalizm (komunizm), ale chyba wolę już żyć teraz i tutaj, niż w tamtych ciężkich czasach, w których nie było nic do jedzenia, a ja uwielbiam jeść wykwintne potrawy, takie jak koza pieczona w sosie pomarańczowym w kurkach plus kompot z maku i tataraku albo befsztyk z świniopasa z dodatkiem chałwy i grillowanego ananasa z siódmej klasy siedzą i jedzą tłuste kiełbasy. Jedyny minus kapitalizmu to zorganizowana przestępczość, wyścig szczurów, pogoń za kasą, brak czasu dla własnych dzieci w związku ze świetnie rozwijającą się karierą itp. Itd. Ale po za tym jest fajnie. Jest super więc, o co Ci chodzi, jak śpiewał Zygmuś Staszczyk.

 

Wracając do clue (to po nagielsku, sprawdźcie sobie w słowniku hehe) sprawy. Autor, Kazimierz Nieczytelny prawdopodobnie, którego bardzo serdecznie pozdrawiam i który mam nadzieję nie pogniewa się, że skorzystałem z jego opracowania, przepisał z faktycznie istniejących jeszcze w archiwach KSIĄŻEK SKARG I WNIOSKÓW, autentyczne cytaty. Powiedziałem, że dzisiaj będzie na niepoważnie/poważnie i to podtrzymuję. To co za chwilę przeczytacie może wzbudzić u Was zarówno smutne, nawet niezrozumiałe skojarzenia, ale także przysłowiowe śmieszki i chichoty, a nawet podśmie chujki. Pamiętajmy, że ludzie naprawdę tak żyli, i serial Alternatywy 4 Stanisława Barei, nie jest wbrew pozorom takim znowu wielkim przerysowaniem.

 

Zapraszam!!!

 

 

 

 

KSIĄZKI ŻYCZEŃ I ZAŻALEŃ ORĘŻEM W BITWIE O JESZCZE LEPSZY HANDEL - SŁUSZNA KRYTYKA ŹRÓDŁEM SUKCESÓW - SPRZEDAWCY FONTEM DO KLIENTA (Życie Warszawy, 1 lipca 2003, strona 8)  

 

 

Skarga z 1978 roku: Zamiast kawy podano mi w waszym barze cienką lurę.

 

DOPISEK INSPEKTORA NADZORU: Proponuję organizowanie narad z bufetowymi, które legitymują się negatywnymi wynikami naparów kawowych.

 

 

Pochwała z 1980 roku: W sklepie jest bardzo uprzejma i szybka obsługa, aż przyjemnie postać chwilę w kolejce.

 

DOPISEK: My, klientela stojąca obecnie w kolejce, dołączamy się do pochwał.

 

KOLEJNY DOPISEK: Jako kierownik sklepu dziękuję za słowa uznania.

 

 

Skarga z 1983 roku: Jako mistrz z 1948 roku stwierdzam: dziura w szynkowej z powodu złej pracy nadziewarki. Zwyczajna zamiast na drobnym sicie była mleta na piątce. Jakiś niefachowiec tu pracuje.

 

 

Pochwała z 1983 roku: Występuję do dyrekcji Społem, aby obsłudze sklepu przyznać nagrodę, np. im. Wokulskiego. Nabywałem komplet garnków za 7400 zł. Pan, który mnie obsługiwał, był uprzejmy i fachowy, poświęcił mi dużo czasu i wspólnie ze mną oglądał aż trzy komplety, żeby dobrać bez wgnieceń i uszkodzeń. Więcej takich i życie będzie jak w innych krajach.

 

 

Skarga ze stycznia 1983 roku: Biały ser kładzie się na wagę, trzymając w dwóch palcach, którymi to palcami liczone są potem pieniądze. Proszę to zmienić.

 

DOPISEK EKSPEDIENTKI: Osobiście uważam, że nie ma innej możliwości, jak podanie sera palcem.

 

 

Skarga z 1983 roku: Kolejka zaczyna się już przed sklepem, a obsługa odmawia uruchomienia drugiego stanowiska kasowego, mimo, że w sklepie są cztery pracownice. Dwie jedzą sobie na zapleczu i piją herbatę.

 

WPIS KIEROWNICZKI: 

 

NIEPRAWDA!!!! KŁAMSTWO!!!! Oświadczam, że w sklepie była duża kolejka spowodowana świeżą dostawą tak atrakcyjnych towarów jak olej, margaryna, cukier. Ekspedientki nie nadążały z noszeniem towaru. Ponadto klient ten jest wyjątkowo konfliktowym klientem, który to wiecznie ma dużo nieuzasadnionych pretensji i sam ubliża!!!!

 

 

Skarga z 1984 roku: Mimo, iż nie mam kartki zarejestrowanej w tym sklepie, proszę o sprzedanie mi 30dkg kiełbasy krakowskiej, bardzo mi zależy.

 

DOPISEK KIEROWNICZKI: Odmawiam ze względu na zerowe stany wędlin.

 

 

Skarga z 1985 roku: Ekspedientka odmówiła mi sprzedaży ½ kg szynki na dziecinną kartkę, tłumacząc, że nie jest to kartka zarejestrowana w tutejszym sklepie. To prawda, ale przecież mamy 31 lipca i zostały jeszcze tylko trzy godziny handlu. I gdzie ja potem lipcową kartkę zrealizuję? Mam dzieci 2 i 4 lata. Czy ludzkie podejście nie obowiązuje?

 

DOPISEK INNEJ OSOBY: Uważam powyższy wpis za złośliwy i arogancki. Ekspedientka miała słuszną rację. Nie chcemy, aby sprzedawano obcym osobom z nie zarejestrowanymi kartkami.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Klientka była zdenerwowana, gdyż inne osoby z kolejki nie pozwoliły jej obsłużyć.

 

 

 

Skarga z 1985 roku: Około godziny 11.30 przyszłam do sklepu mięsnego, aby ustawić się w kolejce. Oczywiście nic już nie było o tej godzinie, ale ponieważ dostawa poranna jest zawsze dzielona na sprzedaż przedpołudniową(o godz.8) i popołudniową (o godz.16), liczyłam, że jakiś towar zostanie do godz.16 wyłożony. Było nas takich 20 osób. Pytaliśmy ekspedientki, czy warto stać, ale nie wiedziały co będzie, tylko że na pewno będą wyłożone parówki z porannej dostawy. Czekaliśmy więc w ciemno do godz. 16. Kiedy wystawiono towar okazało się, że wszystkiego jest bardzo mało. A parówki z porannej dostawy w ogóle wyparowały. Domagaliśmy się kontroli komisyjnej zaplecza i tego, co tam zastało odłożone, ale nie pozwolono nam na tę społeczną inicjatywę.


WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Parówki zostały sprzedane na żywienie zbiorowe.

 

Comment by Mazz: Oczywiście kwitł tutaj najprawdopodobniej proceder rozdzielania towaru między pracownikami sklepów hehe

 

 

 

Skarga z 1985 roku: Nie mogę się doprosić u kierowniczki sklepu, żeby zamawiała biały ser na wagę (ten z Mławy, który kiedyś był). Jeszcze raz więc bardzo proszę, aby w tym sklepie był biały ser na wagę, a nie w kostkach. Niech ja już nie słyszę „nie dostajemy sera na wagę".

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Nie dostajemy sera na wagę.

 

 

 

Skarga z 1985 roku: Kupiłam nieświeże drożdże, pół kilo. Nie chciano mi ich wymienić.

 

WYJAŚNIENIE KIEROWNICZKI: Klientka przedstawiła do reklamacji drożdże kupione, rzekomo w naszym sklepie 3 dni temu. Tymczasem były one zapakowane w papier pakowy, którego to papieru sklep nie posiada od pół roku - a więc drożdże nie nasze. 

 

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.


LOVE FOR MY SWEET SON!!! 


KISSES MOTHERFUCKERS!!!

 

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

REFLEKSJE PO PRZERWIE URLOPOWEJ - NEWSLETTER

wtorek, 15 lipca 2008 15:33

 

 

Turnus mija, a ja niczyja… Chodzi mianowicie o to, że przerwa urlopowa była miłym czasem dla mnie i moich bliskich, czyli dla Ani i dla Julka. Tym razem jeszcze nie wybraliśmy się w Himalaje, ani też do Władywostoku, natomiast spędziliśmy przemiły czas na działce, która znajduje się nieopodal miasta stołecznego Warszawy. Na tejże działce siedzieliśmy sobie spokojnie i spacerowaliśmy, jeździliśmy na wycieczki, korzystaliśmy ze świeżego powietrza i piękna natury. Byliśmy na wycieczce w Zalesiu dwukrotnie, raz odwiedzając państwa QŃ, a za drugim razem błąkając się swawolnie pięknymi uliczkami tej malowniczej miejscowości. Wiele lat wstecz spędzałem tam piękny, wakacyjny czas w towarzystwie mojego prawie brata Michała QŃ-a. Jeździliśmy na rowerach, potem na motorynkach i przeżywaliśmy nasze dzieciństwo w najlepszy sposób. Były bramki do soccera zrobione dla nas przez wujka QŃ-a na placu, gdzie często graliśmy w piłkę w towarzystwie starszych naszych kolegów z sąsiedztwa – Michała i Igora. Było fajnie, bardzo miło ten czas wspominam i pozwoliłem sobie na takie wprowadzenie, rozwinięcie tematu tejże mieściny, nieźle zalesionej nota bene. Co do innych wycieczek, które stały się częścią składową naszego Maziowego urlopu A.D. 2008, zaliczyliśmy również Górę Kalwarię – tam  Julek ganiał się z gołębiami przez godzinę – i w ogóle nie można go było od nich odciągnąć. W końcu kazaliśmy mu zrobić gołąbkom „papa” i jakoś się  stamtąd ewakuowaliśmy po ciężkich bojach z naszym Szczęściem. Nasz syn jest taki niesamowity i piękny, że aż sami się dziwimy jako rodzice, czy to w ogóle wszystko dzieje się naprawdę i czy to aby nie jest sen… Ale wystarczy się uszczypnąć w ucho albo w rękę i już wiadomo, że to wszystko jest prawdą i że to nasz dziarski chłopak Julian M. 

                                                                                                                                  

 

Dzisiaj wieczorem we Wrocławiu wystąpi Manu Chao i niestety nas tam nie będzie, w to z braku funduszy na wyjazd i bilety. Szkoda, że nie grają w Warszawie, tak jak w maju 2002 roku. Tu by nie było problemu z zawitaniem na koncercik, a tak to już trzeba mieć nadzieję na kolejny show w najbliższej przyszłości. Manu Chao to potęga, a na koncertach to geniusz pod każdym względem. Naprawdę uważam, może się powtórzę, ale myślę, że warto, że ten człowiek jest ponadczasowy i niepowtarzalny. To ktoś z innej planety i podziwiam go bardzo za to czego dokonał w muzyce i w mojej świadomości. 

                                                                                                                                  

 

 The Pierdziels w tej chwili są w fazie zawieszenia, stąd brak nowych teledysków. Mamy nadzieję ruszyć po wakacjach z nowym materiałem. Ostatnio jego członkowie są tak zarobieni, że nie mają czasu się spotkać, aby pograć, czyli popierdzieć, sobie troszkę dla zdrowia. A już mi brakuje tego pierdzenia powiem szczerze wśród znamienitych jego członków, żeby nie powiedzieć fallusów. Bast w nadmorskim klimacie szwedzkim pozostaje i nawet dzisiaj mi się śniło, że z Olgą wzięli ślub hehehe, ale mi się przypomniało z nienacka, no to ci dopiero!!!! A Kuba projektuje kolejny hotel z kolegą Pałkiewiczem i niechaj im się wiedzie w interesie jak najdłużej!!!!   

                                                                                                                                        

 

Cały czas piszę sprawozdanie z koncertu Metalliki, i tak literka po literce dojadę do mety około Wielkanocy 2009 myślę, także proszę kochani moi uzbroić się w cierpliwość. A z resztą to kto by chciał przeczytać moje wypociny na ten temat??? Jest ktoś taki??? EEE na pewno wszyscy byście chcieli wiem wiem obiecuję, że prędzej czy później zamieszczę tekścik. Death Magnetic – to tytuł nowej płyty Metalliki, która wychodzi niedługo po wakacjach. Będzie także limitowana seria płytki z DVD plus kostki, koszulka, inne gadżety i wersje demo wszystkich utworów. Cena jeszcze nie jest znana, ale trzeba już wrzucać kasę do „świnki”. Całość będzie spakowana w pudełku w kształcie czarnej trumny… ale kurwa dołujące… mogli by chociaż zrobić różową, no czyż nie mam racji????  

                                                                                                                        

 

A propos świnki – ostatnio oglądamy z Anulą taki film rysunkowy, który uwielbia Julek, pod tytułem „Świnka Peppa”. Jest to niesamowita seria, w której bohaterami są Tata Świnka, Mama Świnka, Świnka Peppa i jest młodszy brat George. Cały czas postacie te wydobywają z siebie charakterystyczne dla tychże zwierzątek chrząknięcia, które ogólnie można opisowo wrzucić do zbioru „hrumm hrumm”, jednakże to by było zbyt proste i w rzeczywistości odgłosy te są bliskie prawdziwym świniom. No i to jest naprawdę prześmieszny serial rysunkowy, bardzo bardzo w porzo. Jest jeszcze Świnka Dziadek oraz Pies Lewarek, a to wszystko leci na Mini Mini codziennie sprawdźcie sobie w programie. Dla tych, którzy nie mają tej stacji, to w wakacje zaczęli puszczać też Świnki 8.30 rano na jedynce, albo dwójce, nie pamiętam, w każdym razie w telewizji publicznej. 

                                                                                                                       

 

Nasz synek 1 lipca skończy 1 i ½ roku, czyli uderzy w 18 miesięcy. To taka jego „mała osiemnastka”. No właśnie, chcąc dokonać kwintesencji całości, opowiem Wam ciekawą historię, która łączy w sobie temat „dużej osiemnastki” Julka Seniora, czyli mnie oraz tejże „małej osiemnastki” Julka Juniora. Otóż dnia 14 maja 1994 roku na tej samej działce, na której teraz odpoczywaliśmy przez kilka dni, odbyła się BARDZO HUCZNA impreza urodzinowa ze mną w roli głównej. Tak właśnie wtedy zaprosiłem dużo znajomych, przyjaciół, w sumie przyjechało jakieś 80 osób, czyli takie małe wesele. Była muzyka na podwórku, wszystko pomogli mi przygotować moi rodzice. Była to najlepsza balanga, na której byłem i wszyscy, którzy tam wtedy byli, na pewno nie zapomną jej do końca życia. Takich baletów już się po prostu teraz nie robi, nie wiedzieć czemu. Goście zaczęli się zjeżdżać samochodami i PKS-ami około 17-18 i rozpoczęła się ostra jazda. Niektórzy padali już po godzinie czy dwóch, jak na przykład Rożek, którego pawia nad ranem zbierała moja mamusia. Chłopak już był wcięty jak przyjechali z Sysym na miejsce, a potem, to jak w większym gronie rozpoczynali kolejnego Poloneza, jako pierwszy się przyssał do pół litrowej butelki, z której potem na dnie prawie nic nie zostało. To musiało skończyć się zgonem. I się skończyło. Z resztą taki wyczyn zdarzył mu się tylko raz w życiu, na mojej osiemnastce. Brawo Zenek!!! Jedna laska z mojej klasy z liceum tak się naprała, że… może nie będę kończył lepiej. W każdym razie skończyła z kolegą Sysym i komentarz był jeden ”Milionen Pozicjonen!!!!!”. Brawo Sysku, tak trzymać!!!  Około 2 w nocy dostałem z pistoletu gazowego w twarz, ponieważ kolega Rafiego niechcący mi wystrzelił w mazak, chcąc nota bene pomóc mi odstraszyć miejscowych, którzy próbowali się dostać nielegalnie na imprezę. Potem nie widziałem nic przez jakieś 30 minut, lecz z czasem zacząłem odzyskiwać wzrok i tak mi zostało do dzisiaj hehe. Między czasie przyciąłem kilka „ślimaków” z siostrami D. na przykład i było cool. In the meantime z moim  kumplem Darkiem S., którego znałem od małego, a który mieszkał niedaleko, skoczyliśmy do Baniochy po flaszkę, gdyż około 4 rano skończyła się bateria. Jak moi rodzice rano przyszli, załamali ręce, bo podwórko wyglądało jak po bitwie pod Grunwaldem. Na trawie leżało żeby nie skłamać z 50 pustych flaszek po wódce i masa różnych innych rzeczy. Wiele było ciekawych akcji podczas tej niesamowitej nocy i naprawdę był to hard core na całego. Szkoda, że Was tam nie było, a może byliście???   Jeśli ktoś z Was pamięta coś ciekawego z tej mojej osiemnastki A.D. 1994, niech napisze komentarz, za który będę wdzięczny dozgonnie, motherfuck, się wtenczas (zajecool wyraz, zawsze mi się podobał) się razem pośmiejemy!!!!!  

                                                                                                                                 

 

Generalnie ciekawe jest sobie uświadomić, że ten nasz Maluszek kiedyś też będzie dorosły i zapewne będzie także imprezował, gdyż niedaleko pada jabłko od jabłoni, gruszka od gruszy, opcjonalnie ‘jaki ojciec taki syn’ heeheheheee. 

                                                                                                                        

 

A póki co przedstawiam Wam jego ostatnie foto. UWAGA!ABY JE OBEJRZEĆ, NALEŻY KLIKNĄĆ NA LINK PONIŻEJ, A NASTEPNIE PODNIEŚĆ MONITOR DO GÓRY I POSTAWIĆ GO NA PRAWYM NA BOKU!!! 

                                                                                                           

NA ZDJĘCIU OD LEWEJ:  TYGRYS(góra), JULEK(dół)

OD PRAWEJ NA WÓZKU: LALA(góra), MNIAŁ MNIAŁ (dół)

                                                                                                                

 

 

JULEK-05-2008_198.jpg                                                                                                               

 

POZDRAWIAM, CAŁUJĘ, KOCHAM (siebie oczywiście i nie tylko, 'cos all of you as well)!!!!      


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

BIRTH - CANCER - 25 YEARS - ?

wtorek, 18 grudnia 2007 20:53

                                                                                                                                 

:-]

Tak sobie siedzę i myślę. Mam 31 lat i 7 miesięcy. To znaczy, iż przeżyłem na tym świecie jakieś 11 640 dni. Ile mi zostało??? Trudno ustalić. Ale w optymistycznej wersji liczę, że chociaż drugie tyle przyjdzie mi jeszcze pobrykać na naszym krokodylich łez padole. Jak bym miał przeanalizować każdy pojedynczy dzień mego życia, to zastanawiam się ile z tych dni uznałbym za bardzo udane i pozytywne, ile za takie sobie, a ile za dni, o których wolał bym dzisiaj nie pamiętać. Myślę, że czasami nie doceniamy tego, co mamy. Wielu z nas nie docenia. Jednak wystarczy uświadomić sobie jakim szczęściem jest w ogóle to, że możemy dzisiaj tutaj być. Ile dzieciaków umiera w hospicjach i często nie dożywa nawet 6 lat. Ostatnio wszedłem na kilka stron www takich właśnie instytucji. Wzruszające historie. Pozwalają przypomnieć sobie o tym, co w życiu jest najważniejsze. Jak umiera ci 5 letnie dziecko, to wszystko inne przestaje się liczyć. Sam byłem w takiej sytuacji, z tym, że tym dzieckiem byłem ja sam. Miałem sporo szczęścia, bo Bóg nade mną czuwał z jakiś powodów dzisiaj tutaj jestem. Chciał widocznie, abym dalej żył. Cieszę się i dziękuję mu za to każdego dnia.

                                                                                                                               

Urodziłem się 4 maja 1976 i w momencie kiedy w moim organiźmie powstała patologia limfocytów (białych ciałek krwi), zwana nieziarniczym chłoniakiem złośliwym, miałem właśnie 5 lat. Od jakiegoś czasu powtarzały mi się zaziębienia i anginy. Ale wiadomo, że jako mały przedszkolak, byłem nieustannie narażony na kontakt z rówieśnikami. To wiązało się z możliwością złapania zaziębienia czy zarażenia się grypą, tudzież anginą. Leczono mnie antybiotykami, co powodowało wykurowanie się na jakiś czas. Miałem powiększone węzły chłonne, ale przy osłabieniu organizmu chorobą to normalne. Tak mówili lekarze. Nie było powodów do niepokoju. Dziecko choruje, antybiotyk działa, dziecko zdrowieje. Jeśli za miesiąc znowu coś łapie, to po prostu standard wśród dzieciaków-przedszkolaków. Jedni chorują trochę częściej, inni rzadziej, ale to nic, co mogło by jakoś lekarzy zaniepokoić. Lecą sobie tak dni i tygodnie, aż przychodzi dzień, w którym wszystko się przesądza. Mieszkaliśmy wtedy z mamą u babci Gieni (która naprawdę nazywa się Halina, ale ma ksywkę Gienia po dziadku Eugeniuszu). Tata przebywał już wtedy na stażu naukowym w Paryżu. Mieliśmy do niego polecieć na święta, ale po wprowadzeniu 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego z wiadomych względów stało się to nie możliwe. Trochę żałowałem, bo już się nastawiłem na ten wyjazd. Co sklep to Pewex i tata na pewno nakupił by mi całą masę Donaldów i Matchboxów, nie mówiąc o klockach Lego. Zobaczyć „Zachód” nawet dla pięciolatka to było naprawdę coś… Ale pomyślałem, że nie ma się co martwić i na pewno pojedziemy kiedy indziej. No i któregoś listopadowego, bądź grudniowego wieczoru wygłupiałem się trochę i wymyśliłem zabawę w chodzenie po tapczanie z taką plastikową imitacją noża typu obiadowego, który miała u siebie babcia. Ten nóż miał pomarańczową rączkę i miękkie, przeźroczyste „pseudo ostrze”. Strasznie się cieszyłem ,że mama dała mi się pobawić takim ekstra gadżetem. Właziłem więc z nim na oparcie od wersalki stojącej przy ścianie i chodziłem sobie z tym kozikiem-atrapą wczuwając się w rolę jakiegoś zabijaki, ewentualnie żołnierza służb specjalnych, który ma do wykonania zadanie właśnie specjalne. No i w pewnym momencie jak się nie walnę głową o ścianę... Hmm troszkę zabolało, ale szybko udałem, że nic się nie stało, aby mama się nie zorientowała, bo chwilę wcześniej mówiła mi, abym się już tak nie wściekał i zszedł na dół, bo sobie krzywdę zrobię. Ale ja się na szczęście nie posłuchałem. Wiedziałem, że będę miał niezłą „śliwę” na głowie, ale zupełnie się tym nie przejąłem. No bo niby czym.

Minął jakiś czas i podczas suszenia głowy mama zauważyła, że guz, który sobie nabiłem, jakoś nie chce zniknąć. Nawet nie zmniejsza swojego rozmiaru. Na przełomie stycznia i lutego 1982 poszliśmy do lekarza pierwszego kontaktu, który powiedział, żeby na razie się nie martwić. Nakazał zgłosić się za miesiąc, jeżeli sytuacja by się nie zmieniła. I się nie zmieniła faktycznie. Potem kolejna konsultacja w Instytucie Marki i Dziecka, diagnoza, iż to podskórny „kaszak”, którego należy się pozbyć ambulatoryjnie bez konieczności pozostania w szpitalu, ale w końcu zapada jednak decyzja o operacji i pozostaniu na kilka dni na oddziale. Zostałem hospitalizowany dnia 23 marca 1982 roku.  Na drugi dzień był zabieg. Pamiętam jak wieźli mnie na salę operacyjną, widziałem światła i lekarzy nad sobą i w pewnym momencie coś mi przyłożyli do nosa i już sobie grzecznie spałem. W sumie się nie bałem, bo miałem poczucie bezpieczeństwa i zaufanie do mamy, która mówiła, że wszystko jest w porządku. Jak się obudziłem miałem obandażowaną głowę i samopoczucie nie najlepsze. Znajdowałem się w sali operacyjnej z dwoma łóżkami. Moją współlokatorką była pewna dziewczyna starsza ode mnie o imieniu Marzena. Miała około 15 lat i leżała tam z amputowaną nogą. Jednak zachowywała pogodę ducha i dobry humor pomimo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Nie wiem, co jej konkretnie dolegało, ale jako, że przebywaliśmy na oddziale onkologicznym, nie trudno się domyśleć. Z tym, że wtedy nie wiedziałem na jakim oddziale leżę, nie specjalnie mnie to interesowało. Jednakże za decyzją lekarzy wycinek z mojego guza został poddany badaniu histopatologicznemu.

Gdy wychodziłem ze szpitala 30 marca 1982 roku wszystko było w porządku. Guz wycięty i wracam do rówieśników. Jednakże niespodziewana informacja o wynikach badania zszokowała wszystkich moich bliskich oraz lekarzy prowadzących. Ordynator oddział Dr Żelazowski z niedowierzaniem przyjął wyniki badania i trzykrotnie dzwonił do laboratorium, aby sprawdzić, czy nie zaszła jakaś pomyłka. Badanie było przecież tylko czynnością rutynową i nikt nie spodziewał się takich newsów. Chłoniak – nowotwór, który potrafi w okresie 4-5 miesięcy spowodować całkowite spustoszenie w organizmie człowieka. Wtedy nie ma czego ratować. Ja miałem jednak więcej szczęścia, a w praktyce to więcej łaski od Boga, który postanowił pozostawić mnie na tym świecie. Otóż gdybym nabił sobie tego guza 3 miesiące później, mogło już nie być tak kolorowo. Wyniki badań krwi robione w okresie poprzedzającym hospitalizację absolutnie nie wykazywały jakiegokolwiek powodu do niepokoju . Jednak w ciągu 3 tygodni sprawa zmieniła się diametralnie. Sam nowotwór.. był on w moim organizmie w stanie utajnionym od dłuższego czasu, w stan aktywny przeszedł dopiero w okolicach marca i kwietnia, czyli na szczęście akurat wtedy jak byłem już w szpitalu i chwilę po. Był bardzo trudny do wykrycia, a moment przejścia w postać agresywną, nie do przewidzenia. Cudem było to, że akurat w tamtym czasie walnąłem się w łeb, to po pierwsze. Dlaczego? Ponieważ to był jedyny sposób na zdiagnozowanie zagrożenia, gdyż jak twierdził lekarz prowadzący, dr Żelazowski, choroba była w moim przypadku bardzo trudna do wykrycia. Gdy się zaziębiałem czy łapałem anginę powiększały mi się węzły chłonne. Aplikowano bardzo popularny i powszechnie stosowany w tamtych czasach antybiotyk, co powodowało zanikanie zgubień. Okazało się jednak, że te powiększone węzły były efektem zaatakowania ich przez nowotwór.  Po drugie, dzięki szybkiej reakcji mamy po zauważeniu guza, możliwe było natychmiastowe rozpoczęcie leczenia, czyli chemioterapii, a potniej także radioterapii.   

                                                                                                                           

Po wyjściu więc ze szpitala po operacji, dowiedziałem się od mamy, że znów będę szedł do…innego szpitala. W tym wieku, aż tak specjalnie nie zastanawiałem się nad dniem jutrzejszym. Miałem bezwzględne zaufanie do mamy więc nie protestowałem. Była to Klinika Hematologiczna Akademii Medycznej w Warszawie. Trudno – pomyślałem. Skoro mama mówi, że to konieczne to oczywiście, że pójdę. 8 kwietnia 1982 rano zostałem przyjęty na oddział - ordynator dr Ochocka, lekarz prowadzący dr Teresa Newecka-Samól. Ta druga Pani zrobiła dla mnie bardzo dużo i dzisiaj serdecznie dziękuję jej za wszystko. W ogóle to bardzo fajna babka, z poczuciem humoru i wewnętrznym ciepłem, którym potrafiła mnie zarazić. 

                                                                                                            W szpitalu przebywałem następnie 3 miesiące, czyli do lipca jakoś, z krótkimi przerwami na przepustki. Pamiętam, że byłem w domu jak Polska grała swoje mecze na mundialu w Hiszpanii. Oglądałem Polska – Włochy, potem potyczkę z Kamerunem. Ten match o dziwo oglądała ze mną mama i pomimo, iż normalnie nie interesuje się ona piłką nożną, to wtedy jakoś strasznie przeżywała występ naszych. Potem jeszcze mecz decydujący o wyjściu z grupy z Peru wygrany 5:1. Fajny to był okres i jakoś nie mogę powiedzieć, że było mi jakoś specjalnie źle czy coś takiego. Wiadomo, że do szpitala niechętnie wracałem, bo tam ciągle kroplówki, zastrzyki, punkcje, pobrania szpiku itp., ale jakoś ogólnie było w porządku. Na samym początku pobytu leżałem w izolatce i przyjmowałem bardzo dużą ilość zabiegów. Niezbędna była też transfuzja krwi. Stan organizmu był dobry, tzn. wszystkie narządy funkcjonowały prawidłowo. Dzięki Bogu… Miałem tam ze sobą mój stary, szary magnetofon Thompsona i kilka ulubionych kaset. Mój ojciec chrzestny wujek Leszek Szyndler, rewelacyjny człowiek z resztą, miał w swojej bardzo bogatej kolekcji płytowej kilka super pozycji przywiezionych z zachodu i tata nagrywał mi u niego kasety. Na przepustkach też czasami wpadaliśmy do nich i sam sobie nagrywałem ulubionych wykonawców. Właściwie były 4 albumy, które uwielbiałem i których słuchałem praktycznie non stop będąc tam. Boney M. – Oceans of Fantasy, Boney M. – Night Flight to Venus, The Beatles – A Hard Day’s Night oraz jakiś LP Bee Gees - tytułu nie pamiętam. Tamta muzyka dodawała mi odwagi i pozwalała przetrwać wśród tych pieprzonych kroplówek. Z resztą te pierwsze 3 pozycje są mi bardzo bliskie do dzisiaj. Mam do nich ogromny sentyment. Kiedyś nie rozumiałem dlaczego, teraz już wiem. Hmm, ale zaraz... skąd mój tata się tam wziął skoro był w Paryżu? Otóż tata przyleciał wtedy w czerwcu do Polski na jakiś czas. Fajnie było. Bardzo lubiłem z nim przebywać i pamiętam, że jak Polska grała z Belgią to razem już ten mecz oglądaliśmy. Boniek 3 bramy sieknął i było super!!! Ostatnie 2 mecze na mistrzostwach świata przyszło mi „śledzić” w Zalesiu nad działce u przyjaciół, czyli u Państwa Kunickich, ale tam już chyba taty nie było z nami.                                                                                                                 

Hospitalizacja na oddziale hematologicznym skończyła się pod koniec czerwca 1982 roku i potem chyba już nie byłem w szpitalu na dłużej niż 2-3 dni, ale dobrze nie pamiętam. Chociaż zdaje się, że jeszcze na 2 tygodnie mnie położyli potem jeden raz. Tak chyba było. I przez następne 2 lata chodziłem do szpitala na same zabiegi  po 2-3 razy w tygodniu w zależności od potrzeb.  W związku z tym, że nie uczęszczałem już potem do przedszkola, ominęła mnie „zerówka”. Mama więc uczyła mnie w domu i jak poszedłem do pierwszej klasy byłem najlepszy na wejściu. Dzięki mamie i…dzięki sobie samemu. Bystry ze mnie chłopak był. Jeździłem wiec z mamą na różne zabiegi. Kroplówki – trwały około 50-60 minut zwykle. Siedziałem sobie spokojnie i mama czytała mi komiksy, szczególnie lubiłem Tytusa Romka i A’Tomka, ale również Kajka i Kokosza. Te preparaty, które mi wpompowywano, nie miały specjalnego wpływu na moje samopoczucie. Jedynie to czasami robiło mi się niedobrze i wtedy siostra ustawiała kroplówkę na „wolniejsze obroty”.

Innym razem przychodziłem na zastrzyk,albo domięśniowy w tyłek i tego to po prostu nie cierpiałem i za każdym razem beczałem jak zarzynana koza hehe, albo dożylny, który był w miarę o.k. i przy którym nie płakałem w ogóle. Najgorsze były tzw. punkcje i pobrania szpiku. Te pierwsze polegały na tym, że wbijano mi igłę w kręgosłup i pobierano materiał do badania. Bolało jak cholera i te zabiegi były zdecydowanie najgorsze ze wszystkich. Po za tym potem musiałem do wieczora leżeć na płasko i nie mogłem się ruszać z tej pozycji. Leżałem już oczywiście w domu w moim pokoju. Ze szpitala przywozili mnie wujkowie, za co jestem im bardzo wdzięczny. Jakoś szczególnie pamiętam wujka Ryśka Kunickiego, który chyba najczęściej mnie przewoził. Musiał mnie przenieść najpierw niosąc na rękach w pozycji jak bym leżał w łóżku, potem położyć tyłu w samochodzie, przewieść i następnie zanieść na górę do mojego pokoju. Dziękuję Ci za to dobry człowieku. Na szczęście te punkcje były dość rzadko, bo jakoś co 1-2 miesiące zdaje się. Tyle, że na 2 dni przed miałem już niezłego stracha. I jeszcze rzadziej robili mi pobrania szpiku, a tego to już okropnie nie cierpiałem. Tu z kolei strzykawka lądowała w moim biodrze i to było wybitnie bardzo nieprzyjemne i bolesne. Ale potem już tylko ulga. Do następnego razu. Reasumując takich bardzo przykrych momentów było mniej niż tych w miarę bezbolesnych. Najbardziej lubiłem więc kroplówki, których było zdecydowanie najwięcej. Musiałem się trochę z nimi zaprzyjaźnić i nie było tak źle. No i jakoś przeleciały te 2 lata leczenia. A i jeszcze co jakiś czas chodziłem na naświetlania do szpitala na Marszałkowską, ale to, to już zupełnie nie bolało…

                                                                                                                                    

Uff, jak dobrze jest to z siebie wyrzucić po tylu latach.

                                                                                    

Strach przed bólem pozostał do dzisiaj, ale…

                                                                                        

…warto było się pomęczyć i teraz być tutaj. Bezapelacyjnie.

                                                                                                   

Carpe diem, baby.:-D

                                                                                               

                                                                                                

 

          

        

 


oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

NIE GŁOSUJ NA LEWO I NIESPRAWIEDLIWOŚĆ

piątek, 12 października 2007 13:54

                                                                                                                               

Fajnie jest tutaj być. Lecz w tym kraju ostatnio żyć nie jest wcale tak prosto i patrząc na to co się dzieje w świecie polityki, układów, łapówek i brudnych interesów, chce się po prostu człowiek spalić ze wstydu. Wstyd jest mi firmować swoim nazwiskiem to, że jestem Polakiem i że o moim losie tutaj decydują takie osoby, jak wywodzący się z szeregów partii LEWO I NIESPRAWIEDLIWOŚĆ prezydent Leh i jego brat Jaro. To, że w rękach Duck Brothers od kilkunastu miesięcy znajduje się władza, uważam za niedopuszczalne, wręcz karygodne. Ludzie ci nie mają honoru i za grosz przyzwoitości. Władza jak wiadomo to więcej niż pieniądz. Ona daje wszystko. Dorobić można się łatwo i szybko, a kolejka osób tym zainteresowanych jest długa i mówię tu o osobnikach „podczepionych” pod nich ludzi spod flagi 2ducks. Zrobili oni więc wiele , aby stracić wiarygodność i aby mogli spokojnie rządzić i to bez względu na cenę. Za oburzające uważam związanie się umową koalicyjną z sAmoobroną, w szeregu której jest kilu skazanych prawomocnymi wyrokami posłów z kierownikiem tego burdelu Andrzejem L. na czele. Wiecie jak wygląda przyjmowanie do tej partii? Otóż mój nauczyciel od historii z liceum, potem dziennikarz, z ramienia gazety Życie Pan Hubert – bardzo fajny człowiek nota bene, postanowił napisać o tym artykuł. Poszedł więc zapisać się do tej pseudo-partii i od razu znalazł się na liście wyborczej ze swojego okręgu z którymś tam numerem, załóżmy z 6tym. A wiecie na jakiej podstawie została mu przydzielona ta możliwość? Otóż zapłacił 1000 zł i nikt go nawet nie pytał o poglądy. To było nieistotne. Pan Hubert nawet spotkał się z przewodniczącym L. i ma z nim pamiątkową fotkę. To była po prostu dziennikarska prowokacja, która powoduje, że nie dziwią mnie teraz seksafery, podrabianie podpisów przez BeRger, czy fałszowanie przepustek do więzienia przez Hujarską. To banda przestępców, którzy są bezkarni, bo nikomu nie zależało do tej pory i tak naprawdę nadal nie zależy na ich rozliczeniu. Partia Leha i Jarka z takimi ludźmi wchodzi w koalicję. Mianuje następnie Leppera ministrem!!!!!!!!!!!!!!!! KUR....A TO PO PROSTU OBCIACH , i GIERTYCH MINISTREM EDUKACJI – TO JUŻ DO POTĘGI NADUŻYCIE. Jak można było coś takiego zrobić??????????   Ale Leh i Jarek to bliźniacy (jak uzależnieni od siebie mogą być bliźniacy jest udowodnione naukowo) i załamujące jest, że decydują o sprawach nas samych przy okazji rodzinnej kolacji. Są to ludzie zakompleksieni, którzy próbują stworzyć państwo policyjne ( przykład łącza CBA z ZUSEM i dostęp do prywatnych danych), a co najgorsze, że wybrani zostali tylko i wyłącznie dzięki innemu ewenementowi na skalę światową, który jak widać jest nietykalny. Choć ukradł pieniądze ze zbiórki pieniędzy na Stocznię Gdańską w latach 90-tych i dopuścił się wielu innych nadużyć, na antenie swego radia szerzy propagandę antyżydowską i prowadzi agresywną agitację na rzecz w/w partii. Chodzi o duchownego, który jest kimś, kto akurat stanowi przeciwieństwo postawy chrześcijańskiej, opływając w luksusy i budując swoją medialną potęgę kosztem zaślepionych, ociemniałych słuchaczy Radia Mary. Swoja drogą nie jestem w stanie pojąć jak można się na coś takiego nabierać. On wykorzystuje biednych, wierzących ludzi i wmawia im swoją nieomylność, przedstawiając za wrogów wszystkich tych, którzy wypowiadają się na jego temat w sposób krytyczny. Przy tym praktycznie nie pokazuje się publicznie i wypowiada się tylko wtedy, jak jemu to odpowiada. A już to, co wykonali bracia bliźniacy po tym jak Rydz obraził żonę prezydenta Leha, to już CAŁKOWITY braku honoru i całkowita utrata godności osobistej tej „znakomitej” dwójki. Pomimo potwarzy jaka spotkała panią Kaczkovsky obaj... udali, że nic się nie stało, bo wiedzą, co oznacza pogorszenie stosunków z Radiem Ryja. Tak się zeszmacić to po prostu ręce opadają,a tematu niema, rozpłynął się po kościach. Jak wspaniałomyślnie wybaczyli Panu Rydzowi, jestem pod wrażeniem. Sprawa została umiejętnie wyciszona. Tylko biedna ta prezydentowa. Mąż pozwala na oplwanie jej osoby i presją brata zamyka buzię i zeszmaca się doszczętnie. Pati Koti – Patrycja K., dupa Ziobrasa, robi co chce z telewizją publiczną i kreuje obraz wspaniałego Pisu, manipulując materiałami mogącymi w niekorzystnym świetle przedstawić wiadomą partię, a jednocześnie nie dopuszcza do emisji materiałów propagujących przywódców innych ugrupowań.  Pis obsadził w tej chwili całą agencję informacyjną swoimi ludźmi, a Ci co się próbowali postawić, zostali pozwalniani lub zmuszeni do odejścia. Nie mówiąc już o naciskach Kaczków na Zygmunta Solorza i postawienie mu warunku – jeśli chcesz mieć „stałe łącze” z sejmem i bezpośrednie informacje z pierwszej ręki – o co bezskutecznie walczył Polsat od dłuższego czasu – zwolnij Lisa, za dużo szczeka, choć to nie pi(e)s i jest zbytnio krytyczny wobec Partii Kaczej. I tak też się stało. Zniewolenie trwa i posuwa się w zastraszającym tempie. Dlatego nie wiem czy ktoś inny będzie wybawcą dla Polski – wiem natomiast, że Kaczkovy bardzo szkodzą Polsce i naszemu wizerunkowi na arenie międzynarodowej – i dlatego ja będę głosował na pewno przeciwko nim. Wy zrobicie jak chcecie, ale jeśli ta partia wygra wybory, będzie to według mnie TRAGEDIA NARODOWA. Będą przez kolejne lata robili, co chcieli, dlatego wolę kogokolwiek innego, choćby dla równowagi z szanownym prezydentem Lesiem, który tak ładnie potrafi obronić swoją małżonkę, wchodząc jednocześnie w tyłek fatherowi Ydzykowi. Zastanawiam kiedy ktoś skończy z tym pajacem...DLATEGO APELUJĘ DO CIEBIE WYBORCO DROGI - NIE GŁOSUJ NA LEWO I NIESPRAWIEDLIWOŚĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! I MÓWIĘ TO CAŁKIEM SERIO. NIESTETY. Acha i jeszcze chciałbym przeprosić moją mamę, która w dniu ostatnich wyborów parlamentarnych prosiła mnie, bym koniecznie poszedł i zagłosował przeciwko Pisowi. Ja jej wtedy powiedziałem, że „nie idę na wybory”, gdyż po pierwsze nie mam szacunku dla żadnego z obecnych polityków i w ten sposób chcę to zamanifestować, po drugie i tak wygra Platforma (prowadziła wtedy w sondażach) i nie ma co panikować, a po trzecie to już nie pamiętam... Mama tłumaczyła mi, co Pis wyrabiał w czasie, gdy prezydentem Wawy był Leh. To były zagrywki poniżej pasa i robienie masy wielu złych rzeczy – mama jest nauczycielką i medodykiem i często miała kontakt z tamtym pseudo rządzącym środowiskiem, a ich decyzje miały bezpośredni wpływ na jej działalność zawodową. Szczerze mówiąc to nie do końca uwierzyłem w to, co mówiła mi tamtego dnia i to był wielki błąd. Z TEGO MIEJSCA MÓWIĘ DZIŚ:  PRZEPRASZAM CIĘ MAMO Z CAŁEGO SERCA, BO TERAZ WIDZĘ DO CZEGO ZDOLNI SĄ BRACIA KACZEKUPRY  I JAK ICH DZIAŁALNOŚĆ POLITYCZNA JEST SZKODLIWA DLA NAS WSZYSTKICH. PRZEPRASZAM. 

                                                                                                                            

           


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

JAKIŚ ZASTÓJ PANIE

piątek, 15 czerwca 2007 23:20

tAK WIĘĆ właśnie snu na jawie... Jakoś człowiek czasu nie ma i nie pisze ostatnio, tzn.mówię tu o sobie, czyli o Jaruzelskim Wojtku Walelsky Muthafucka Man ale luzik jeszcze tu k...a wrócimy z Olem, Bień. Jestem major Bień i mam stopień majora. Nie jestem pijany, ani naćpany, ale w głowie mam nierówno, czyli sufit się wali i stąd ot co właśnie  takie, a nie inne przemyślenia ciężkawe zrozumiałe tylko dla śmietanki tego świata 18%. Rozumisz o czym piszę człeku małpokształtny? Nie, to trudno mówi się, a jeżeli kumasz jarząbka to niech George Michael cię ma w opiece społecznej. Wybieram sie na Jorge'go, jednakże nie mogę coś ustrzelić bileta i nawet mineta albo laweta nic tu po mnie pójdę sobie na Stonesów i też się zabawię no przeca a jakże w mordę go i nożykiem do cięcia papirusu. Aśka moze mi załatwi wjazd na Michała, ale no problem jak nie pójdę to i tak jest kul. Brakuje mi gały, bo coś chłopaki z RksU NIE MOŻEM SIĘ ZGRAĆ, ale coś wymyslę. Przeca jest jeszcze Marek i Czarek w tak zwanym zanadrzu. Wóz się sprawuje jak na razie miodzio. Fajna brynia ten Francuz. Acha i naważniejsze - Juleczek mój kochaniuchny kończy dzisiaj 4 miesiące i 14 dni. Nie zapodaję zdjęcia na razie, ale w krótce się coś pojawi. Jak jescze ten dupek Sidorowski będzie się wpisywał w komentarzach (szczególnie tych dotyczących Juliny), to mu obiję face ubijaczką do ziemniaków i jeszcze coś ekstra wymyslę na tę okoliczność. Julas to potęga najcudowniejsze stworzenie na tej ziemi. Kocham moją mamę, która jest najwspanialsza na świecie. Za to, że była przy mnie jak byłem bliski odejścia w nieznane parę ładnych lat temu. Juleniek użytkuje od niedawna matę z zabawkami podwieszonymi nad nim i bardzo lubi od czasu do czasu tam się bawić. Żyrafa, małpa, papuga i inne stworzenia to kumple naszego synunia. I ostatnio Julian bardzo polubił Funię i bacznie się jej przyglada i często śmieje, gdy piesek nasz jest w pobliżu. Ciekawe jak się udał gryll u Jacka Z. w Międzylesiu. Niestety nie mogłem się stawić  (pośrednio jako taxi dla brata i bratowej), ale w końcu jeszcze nie umieramy przeca to się nadrobi. Graża to spox dziewczyna. No i zespół Person nie otwierał koncertu na stadionie, choć to było tak dawno, że kto to tam teraz pamieta.  A Krzychu Icerz gra wesela i się tego nie wstydzi. I bardzo dobrze , tak trzymać Panie Kolego Liquid Rulez i czekam na wielki come back jak Kamillo wróci zza Oceanu Wspomnień Papa Dance.Ostatnio zaliczam sporo imprez weselnych i też jest fajnie. Wesoło jest i nic ująć nic odjąc. Ania, ta co się szwę(k)da po mnieszkaniu jest super mamą. Niech żyje ściągaczka do pokarmu firmy Yoko Ono. Yoko też sobie ściągała pokarm i jej wypłynęło oko na szerokie wody. I nawet ostatnio nagrała Ląg Plej. Bardzo mi siępodoba czy ktoś ma tą  pytkę i może mi dać w prezencie na Dzień Ojca???

Metallica ciągle rządzi, ale szczerze mówiąc to ostatnio trochę zapominam, ze jest taki zespół...

Łapię oddech i wkrótce znowu przystąpię do wpisów regularnych. Zapraszam, My Dears!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

KOMENTARZ NA TEMAT SYTUACJI W POLSKIEJ PIŁCE NOŻNEJ

poniedziałek, 19 marca 2007 14:23

                                                                                                                              

                                                                                                               

 

Ostatnimi czasy straciłem wszelka wiarę w uczciwość polskiej piłki nożnej. Człowiek (w tym przypadku homosapiens Mazicius) jest głupi i naiwny wierząc, że nasza liga nie jest tak do końca sprzedana – zaczynając od szóstej, a kończąc na pierwszej lidze. Jako, że zakończyłem karierę piłkarską na poziomie juniorskim w wieku 17 lat, nie miałem tej nieprzyjemności poznać od podszewki, na czym polega „UCZCIWA”, sportowa rywalizacja w naszym kraju. Nie dziwi już mnie fakt, że tacy ludzie jak Wit Żelasko, którzy powierzchownie wydawali się „czyści jak łza”, są zwykłymi oszustami i przestępcami, myślącymi tylko i wyłącznie o wzbogaceniu się. Gdzie jest w tym idea sportu i rywalizacji???? To zeszło na dalszy plan i to stało się już bardzo dawno temu. A wszystko nabrało swej negatywnej mocy z końcem lat osiemdziesiątych, gdy skończył się reżim twardej ręki komunistycznej, a do władzy doszedł mafijny pseudoestablishment. Wszyscy politycy są do cna zeszmaceni i każdy z nich ma coś na sumieniu – w mniejszym lub większym stopniu. Jestem o tym przekonany. Wszyscy oni świetnie się maskują i emanują wizerunkiem nieskazitelnego męża stanu. Tak naprawdę to jest bagno sięgające drugiego, ba a nawet trzeciego, dna politycznej degrengolady. I tak samo jest w polskim footballu. Ludzie którzy w tym tkwią – trenerzy, działacze, prezesi klubów, zawodnicy – są w 99% wplątani w całą masę afer korupcyjnych, w notoryczne ustawianie meczów, w ustawki typu „wy odpuśćcie nam w lidze, my wam oddamy punkty w pucharze” czy w klasyczne spotkania korupcyjne w toalecie ala „Piłkarski poker”, gdzie spotyka się napastnik jednej drużyny z bramkarzem przeciwnika i oferuje mu 2000 zł za puszczenie jakiejś „szmaty” w 90 tej minucie. Na porządku dziennym we wszystkich klubach w Polsce jest tradycja, że aby występować regularnie w pierwszym składzie trzeba płacić własnemu trenerowi. Nie ważne czy jesteś w świetnej formie, a twój kolega z drużyny w tragicznej dyspozycji. Jeśli on zapłaci działkę – on będzie grał. Jeśli nie najprawdopodobniej trener posadzi go na ławce rezerwowych, albo bez podania przyczyny desygnuje do gry w drużynie rezerw. Zawsze też, gdy drużyna przeciwna odmówi z jakiś powodów wejścia w układ (np. za niska jest kwota proponowana), zawsze można przekupić pana sędziego. Kwestią sporną jest tylko ilość zer. Ale wątpliwości nie budzi fakt, że każdy z tych ludzi, piłkarzy, działaczy, sędziów, trenerów, którzy uczestniczą od lat w tym chorym procederze nabijania własnej kiesy, JEST DLA MNIE KOMPLETNYM ZEREM. Z drugiej strony polityka i sport łączą się w prosty sposób w jedną całość. Polityką rządzi mafia, a mafia kontroluje zakłady bukmacherskie, co z kolei ma bezpośredni wpływ na wyniki spotkań piłkarskich w naszym kraju. Pocieszam się, że w innych krajach także. Ale co to za pocieszenie. Ania moja idzie dalej i od kilku lat próbuje mnie przekonać do tego, że sport uczciwy, gdy w grę wchodzi duża kasa, nie istnieje. Twierdzi, że sport jest sprzedany również, a może przede wszystkim, na poziomie mistrzostw świata i ligi mistrzów. Fakt – po woli zaczynam w to wierzyć. Zaczynam rozumieć, że to wszystko kręci się tylko po to, aby jak najwięcej ludzi w tym tkwiących zbiło jak największą kasę. Idea rywalizacji to zapomniana cnota, która jeszcze ma rację bytu w rozgrywkach młodych, zaczynających swą przygodę z piłką dzieciaków. Na szczęście. Pozostaje śledzić rozgrywki dzieciaków 7-8 letnich, bo to najpiękniejsze lata dla uprawiania prawdziwego sportu. Tak do 17-18 roku życia. Potem jest już tylko pustka, czarna dziura...nie ma nic.

                                                                                                  


 

SPRZECIWIAM SIĘ TAKIEMU OBRAZOWI POLSKIEGO SPORTU I PIEPRZĘ WSZYSTKICH ZŁODZIEI I SUKINSYNÓW, KTÓRZY W TYM SIEDZĄ UMOCZENI PO USZY!!!


oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

OGÓLNE REFLEKSJE NA TEMAT BLIŻEJ SPRECYZOWANY

czwartek, 08 marca 2007 14:30

                                                                                                                  

Siedzę w robocie i myslę sobie o różnych rzeczach i na przykład przypomniało mi się, że za moich młodzieńczych czasów - lata osiemdziesiąte - istniał na rynku zespół metalowy o nazwie RATOS DE PORAO. Był to bodajże brazylijski band i mój kolega "Kwasek" czyli Bartek K., namiętnie słuchał tej kapeli. Ostatnio przypadkiem znów natknąłem się przypadkiem na ten zespół i okazało się nawet, że ta kapela nadal istnieje. Grają festiwale w Europie w tym roku. Powstał więc w mojej głowie pomysł na naszą rodzimą wersję tej nazwy. Nie wiem co to znaczy wyraz RATOS o hiszpańsku, ale można by na przykład nazwać kapelę RATOS MI D. POORAŁO.  Jest to stwierdzenie dość jednoznaczne. Minister Tychgier zapewne w tej kwestii miałby coś do powiedzenia, bo on, ten brzydki Roman ,nie lubi przecież homoseksualistów i brzydzi się zapewne takimi stwierdzeniami. Ale szczerze mówiąc gówno mnie obchodzi, że ten okropny jegomość ma coś przeciwko odmienności seksualnej. Ale jak to się stało i jak to możliwe, że taki prymityw i nacjonalista reprezentuje nasz kraj w świecie, pełniąc zaszczytną funkcję wicepremiera w rządzie RP, tego nie jestem w stanie zrozumieć. Tutaj pokłony dla fantastycznego wyboru koalicjantów dla BRACI K. - dziękuję Wam, Pogięte Karyple!!!!!!!!!!! Nie wspominając o Andrzeju Lepperze psełdonim Czarny Andrju, buraku nad burakami, którego wstydzi się chyba każdy obywatel. Ale hola hola - BREAKING NEWS - właśnie dostałem informację z pierwszej nogi od mojego człowieka w portugalii - to jednak zespół z kraju ze stolicą w Lisbonie - co oznacza wyraz RATOS. Otóz RATOS to po portugalsku SZCZURY. Więc chciałbym życzyć panu ministrowi, aby Pan Minister Piękny Romano dostąpił kiedyś tej przyjemności i aby w najmniej spodziewanym i nieoczekiwanym momencie - na przykład podczas snu o eksterminacji gejów i lesbijek - RATOS MU z nienacka D. POORAŁO. Może odkryje w sobie wreszcie zarówno ukryte skłonności homoseksualne (szczury będą płci męskiej), ale i także zamiłowanie do zoofilli. I skończy się problem z jego nieodpowiedzialnymi wypowiedziami i hitlerowskimi poglądami. A wiadomo jest nie od dziś, że jak ktoś w kółko o czyms gada to sam ma z tym  spory problem. Tak więc SIIEGG HEILL MR. ROOOOMMMEEEKKKKK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

     


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

ŚWIĘTA TO DOBRY OKRES NA BYCIE LEPSZYM...

niedziela, 24 grudnia 2006 0:06
Zastanawiałem się ostatnio jak najlepiej można by wykorzystać czas, w którym czcimy narodziny Jezusa Chrystusa. Okres świąt to nie tylko fajna wyżerka: karpik, śledzik(od namiotu) czy barszczyk z uszkami, ale przede wszystkim okres życzliwości wobec drugiego człowieka. Ważne, by ten okres wyrozumiałości i miłości trwał nie tylko przez te 3 dni, ale przez cały następny miesiąc, rok, przez całe nasze życie. Ja sam daleki od doskonałości myślę każdego dnia jak mogę stac się lepszym człowiekiem. Wydaje mi się, iż każdy z nas o tym czasem myśli. Chcę więc zachęcić wszystkich do pamiętania o tym, iż warto być dobrym człowiekiem. To w zasadzie jedyna nasza powinność. Myśleć dobrze o wszystkich i starać się w każdym, nawet w najgorszym dostrzec coś dobrego. Mówić życzliwie o innych ludziach. Starać się zawsze naprawić krzywdę wyrządzoną słowem. Przebaczać wszystko - wszystkim. Starac się nie chować w sercu urazy - zawsze wyciągać jako pierwszym rękę do zgody. To kanony postępowania bliższe Bogu co prawda, ale człowiek chcąc się do niego upodobnić może zawsze spróbować za nimi podążać. Wiadomo, że nie zawsze się udaje, a najczęściej się nie udaje. Nie znaczy to jednak, że nie warto próbować. Wszystkiego dobrego więc życzę wszystkim, którzy znaleźli chwilę, aby zajrzeć na moją skromną stronkę. Życzę Wam więc na te święta jak najwięcej bliskości boskiej, jakiej ja od czasu do czasu mam szczęście doświadczać. Bóg jest tutaj, czy ktoś w to wierzy czy też nie. Ja to wiem na pewno. Jednak o tym innym razem...WESOŁYCH ŚWIĄT!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Myśl poranna

środa, 06 grudnia 2006 13:14
Zauważyłem dziś jedną prawidłowość. Mój przyjaciel Michał P. ,psełdonim artystyczny Polo(z czasów współnego grania w piwnicy w podstawówce)  przysłał mi dziś życzenia imieninowe, a ja mu na to odpowiedziałem: "Wielkie dzięki za pamięć". I on mi na to w tym momencie wali:"Mam nową pamięć - 3/4 giga...". Hmmm pomyślałem, ale chłopak jest k.... dowcipny z samego rana he he. Ale po chwili doszedłem do następującego wniosku. Skoro istnieje coś takiego jak Megasam (taki sklep duży czyli) to czekać, aż w związku z rozwojem gospodarki wolnorynkowej zaczną powstawać jeszcze większe samy, czyli GIGASAMY. No i to jest clue. Nowy wyraz w języku Polskim - GIGASAM.
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  612 076  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

KONTAKT: velkrav@gmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 612076
Wpisy
  • liczba: 237
  • komentarze: 17064
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 3854 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Komediowo.pl