Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 004 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

MAZIK I CZESŁAW MOZIL W KAMIENIU 4.10.2012

piątek, 12 października 2012 10:30

KAMIEŃ. WOJEWÓDZTWO PODKARPACKIE. NAJPIERW GÓRNO. PODDASZE U ROMANA. DRINK JEDEN. DRUGI DRINK. NIE MAMY LODU. ELA WCZORAJ ROZMRAŻAŁA LODÓWKĘ. DŻAZDEK.ZŁOTY CHŁOPAK. JAGERMAEISTER. 2 KIELISZKI. TRZECI MI NIE WCHODZI. ZIMNE PIWO. RAFAŁEK I ULA. JEDZIEMY. W ULI BRZUCHU SZEŚCIOMIESIĘCZNE MALEŃSTWO. BĘDZIE MOGŁO POSŁUCHAĆ NA ŻYWO CZESŁAWA. PO RAZ PIERWSZY. ZAPEWNE NIE OSTATNI.

 

DOM KULTURY. ZBUDOWANY PRZED WOJNĄ. UROKLIWY. PIWO Z BAGAŻNIKA. WCHODZIMY Z DZAZDKIEM I ROMANEM. CZESŁAW JUŻ NAWIJA. ZA CHWILĘ STOPUJE SWĄ WYPOWIEDŹ I NAS POZDRAWIA. UMYŚLNIE ZAŁOŻYŁEM MOJĄ BIAŁO-NIEBIESKĄ CZAPKĘ. CZAPKA ALA CZESŁAW. MAŁA ALA, ŚLICZNA CÓRECZKA ULI I RAFAŁKA ZOSTAŁA W DOMU. JEST ZA MAŁA NA HAŁAS TAKI. NA SALI KSIĄDZ – TO TAKI FACET NA CZARNO. DUŻO MŁODZIEŻY, ALE I OSOBY STARSZE. SPECYFIKA MUSI BYĆ. CZESŁAW MOZIL SOLO ACT. KAMIEŃ, 4 PAŹDZIERNIKA 2012. KAMIEŃ ZNAJDUJE SIĘ RZUT KAMIENIEM OD GÓRNA. GÓRNO TO MOJA KOLEBKA. O TYM WIECIE. CZESŁAW MOZIL PLUS KAMIEŃ TO KAMIEŃ MILOWY.

 

KONCERT WYŚMIENITY. KLAWISZ, HARMONIA I CZESŁAW W SWOIM ŻYWIOLE. CZESŁAW WSKAZUJE GESTEM NA MOJĄ CZAPKĘ. ODPOWIADAM: „ŚCIĄGNĄŁEM POMYSŁ ŻYWCEM OD CIEBIE”. ŻYWCA NIE PIJEMY. TYLKO LEŻAJSK. SOLO AKT TO SWOISTY „CZESŁAW – STAJLI” KABARETON MUZYCZNY. MUZYKA OWSZEM LECZ TAKŻE SKOLKO MAX WYKWINTNYCH WYWODÓW ALA CZESŁAW. ALA W SWOIM DOMKU NIEUSTANNIE. TUTAJ KRÓLUJE ‘CZESŁAW VIBE’. JEŻELI KOCHASZ TAKI STYL TO ODDASZM MU CAŁE SERCE. NIE WSZYSCY ZROZUMIEJĄ. KSIĄDZ POD KONIEC WYCHODZI. NIE WYTRZYMAŁ BIEDAK. SZKODA, KSIĘŻE PROBOSZCZU. OJ JAKA SZKODA. JEDNAKŻE GRATULUJĘ ODWAGI. NIE KAŻDY DAVID DUCHOWNY WYBRAŁBY SIĘ NA CZESŁAWA. CZESŁAW TO CIEKAWY EGZEMPLARZ. DOCENIAM ORYGINALNE POSTACI. SAM SIĘ SUBIEKTYWNIE ZA TAKĄ UWAŻAM. MOŻE NIEPOTRZEBNIE. MOŻE PO PROSTU JESTEM URODZONYM IDIOTĄ. MOŻE DLATEGO ROZMUMIEM TEŻ INNE CIĘŻKIE PRZYPADKI. CZESŁAW NA SZCZĘŚCIE WŁAŚNIE DO TAKICH NALEŻY. WE TWO ARE  FUCKIN’ CRAZY. I MUST ADMIT.

 

SPOTKANIE W SALI OBOK. KONCERT ZAKOŃCZONY. ZDJĘCIA. PODPISY. BIORĘ PLAKAT. DUŻY PLAKAT. PROSZĘ PANIĄ Z OBSŁUGI O PINEZKĘ. PRZYNOSI SZPILKĘ. DZIĘKI MÓWIĘ. PRZYPINA MI PLAKAT NA BRZUCHU. POSTER ZAKRYWA MNIE OD SZYI W DÓŁ. WIDAĆ TYLKO BUTY I GŁOWĘ. TAKI ŻART. ABSURDAL JOKE. JESTEM (Z DŻAZDKIEM) JEDNYM Z OSTANICH W KOLEJCE. CHCĘ TAKIM BYĆ. CZESŁAW MÓWI, ŻE CHYBA SIĘ ZNAMY. TAK SĄDZI I PYTA CZY TO PRAWDA. ODPOWIADAM, ŻE W PEWNYM SENSIE OWSZEM. TŁUMACZĘ, ŻE SPOTKALIŚMY SIĘ 2 RAZY. OSTATNIO W STAREJ PROCHOWNI I GADALIŚMY O MOJEJ KSIĄŻCE. PYTAŁ CZY WYDAŁEM. MÓWIĘ, ŻE OWSZEM TAK. WYRAZIŁEM SĄD NA TEMAT JEDNEJ PANI. NAKRĘCIŁEM FILM. NA FILMIE PLAKAT WYGLĄDA JAKBYM MIAŁ NA SOBIE T-SHIRT. PAMIĄTKOWY MOTION PICTURE. PRZEPROWADZAM KRÓTKI WYWIAD. TAK DLA ZUPEŁNEGO ŻARTU. CZESŁAW SIĘ PIĘKNIE WYPOWIADA. JAK ZWYKLE CZESŁAW IS FUCKIN’ COOL. DZIĘKI MISTRZU. WIDZIMY SIĘ NEXT TIME. I NASTĘPNĄ POWIEŚĆ PRZECZYTAJ, PODPISZ. OBIECAŁEŚ HE. ODJEŻDŻAMY Z RAFAŁKIEM, ULĄ I MALEŃSTWEM W MATCZYNYM ŁONIE. MIJA GODZINA I ZNÓW SPOTYKAMY SIĘ. W MIEJSCOWYM PUBIE. KILKA OSÓB ZALEDWIE. PIWKO. WHISKEY. SZAFA GRAJĄCA. CZESŁAW W SWOIM ŻYWIOLE. SŁOWOTOK. POZYTYWNY. MAX OVERTALKED. GADUŁA. SIEDZI PRZY OKRĄGŁYM STOLE Z MIEJSCOWYMI BYWALCAMI  PUBU. WYCHODZĘ PO ANGIELSKU. WIDZIMY SIĘ. SOONER THAN LATER. SEE YA SOON MISTER CRAZY DANNISH CZESSLAFF!!!

 

 

OTO 2 FILMY:

 

1.CZESŁAW MOZIL MUZYK I CZESŁAW MIŁOSZ: WIELKI PISARZ - TAK MÓWIĄ. CZYTAŁEM MIŁOSZA I NIE KUMAŁEM ZA BARDZO TEJ JEGO KSIĄŻKI HEHE, CÓŻ, MOŻE TO I ZALETA? CZESŁAW WYJAŚNI. OTO MONOLOG CZESIA.

http://www.youtube.com/watch?v=8J-mxE241cI&feature=youtu.be

2.CZESŁAW MOZIL MUZYK I MIKOŁAJ MAZIARZ PISARZ POCZĄTKUJĄCY, ALE PIERDOLĘ. TEŻ IDĘ NA NOBLA. MOJEJ TWÓRCZOŚCI TEŻ NIKT NIE ZROZUMIE WIĘC MYŚLE, ŻE TEŻ MAM SZANSE HEHE.

 http://www.youtube.com/watch?v=IubWvVSmWfY&feature=plcp

DZIĘKI WSZYSTKIM Z GÓRNA ZA TEN WIECZÓR. DZIĘKI ROMEK, DZIĘKI DZAZDEK, DZIĘKI RAFAŁEK I ULA, DZIĘKI WSZYSCY INNI! I DZIĘKI MALEŃSTWO ORAZ DZIĘKI ALA. CÓŻ, NIE DOTARŁEM, WYBACZ. DO NASTĘPNEGO RAZU!!!

UNCLE MIKUŚ SENDIN’ OUT A HUGE KISS FOR YA!!!@)-->-->--

 

A TO MÓJ WŁASNY WIERSZ O MIŁOSZU:

„LEKTURA”

MIŁO SZukając drogi jest własnej

Trafić wprost w Nobla, choć na drodze niejasnej

Nagrodę i sławę, co nie byle chłystek

Przygarnął nasz Czesław w dorobku wieczystem.

Reymont, Szymborska, Pan Czesio literat

Uznanym był został, laury tym zbierał

A w Wielkiej Trójcy Autorskiej będąc

Talentem swym sprawy uzyskał sedno.

Umysł uwolnił, co był zniewolony

Zostawił on w tyle poświat czerwony

Przemienił za życia w barwę nadziei

Kolor traw, liści, tak duszę wybieli.

Mleka smak duszy, lic blask purpurowy

Rok jedenasty to czas całkiem nowy

W rocznicę piątej do Nieba wyprawy

Dolewam dziś mleka do czarnej mej kawy.

I choć to pozycja, jak mówią, ciekawa

Od w sen tak zapaści uchroni mnie kawa

Nie od dziś wiadomo, choć kawa to lura

Odrzuca człowieka na hasło „lektura”.

 


oceń
14
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

ARMENIAN ROCK BAND 36.6 - CZĘŚĆ 4 - MIDNIGHT TRAIN

wtorek, 31 stycznia 2012 13:00

 

 

ARMENIAN ROCK BAND 36.6 – CZĘŚĆ 4. – MIDNIGHT TRAIN /ON THE RAILWAY TRACK AGAIN/

 

Pisałem oniegdaj o jednym z utworów autorskich grupy muzycznej 36.6 BAND, który uważam za mój ulubiony, a jego tytuł to MIDNIGHT TRAIN. W swojej pierwotnej wersji kawałek ten towarzyszył mi przez ostanie 15 lat mojego życia i zawsze słucham go z zainteresowaniem, uwielbieniem i podziwem dla kompozytora, ponieważ takie złote strzały zdarzają się nie tak znowu często. Utwór zaaranżowany po mistrzowsku, a każdy kto po raz pierwszy odsłucha powyższy utwór muzyczny autorstwa zespołu from Armenia zastanawia się czy aby na pewno jest ich kawałek, czy może jest to cover Carlosa Santany lub jakiegoś innego genialnego twórcy. 36.6 BAND jest w swoim zamyśle zespołem coverowym i większość repertuaru jaki prezentują na żywo składa się z utworów innych wykonawców. Natomiast zawsze chętnie słucham ich autorskich kompozycji prezentowanych od czasu do czasu podczas występów scenicznych. Można ostatnimi czasy usłyszeć choćby utwór ON THE WAY, instrumentalną kompozycję z płyty MIDNIGHT TRAIN, która została teraz rozbudowana o partie solowe na gitarę oraz klawisze i zespół wykonuje go obecnie pod zmienionym tytułem NIGHT WALK.

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=OwDjwvz1cbw&feature=related

 

 

Chciałbym usłyszeć kiedyś na żywo także inne utwory z pierwszego autorskiego longplay’u MIGNIGHT TRAIN, choćby mój ulubiony HARD TO END z hard rockowym szlifem, świetnym riffem i ciekawym aranżem, a także GAMBLIN’ HOUSE czy YELLOW CAT, które zawsze mam w pamięci i bardzo lubię i tak już do śmierci w 2098 roku (planuję żyć 122 lata). Kto wie, może to kiedyś nastąpi, wszystko jest możliwe. Powracam jednak po raz kolejny do utworu tytułowego, który obecnie wykonywany jest na koncertach w zmienionej aranżacji, a właściwie to za każdym razem grany jest on inaczej, ze zmienionym nieco tekstem w stosunku do oryginału z roku 1996, grany ostatnio bardziej w klimacie claptonowskim, niżli z zachowaniem klimatu ze swego pierwowzoru. Wersja pierwotna jest genialna, wręcz nie potrafię nawet opisać słowami, jak niesamowita i ponadczasowa. Teraz zaprezentuję Wam jednak MIGNIGHT TRAIN 2011, który jest również klimatyczny, zawiera podstawową zagrywkę gitarową, na której oparty był utwór, natomiast zagrany jest w zwolnionym tempie, choć w sumie marzy mi się usłyszeć kiedyś MIDNIGHT TRAIN 1996 dokładnie odwzorowany z płyty z 1996 roku. Cóż, liczę na to, że kiedyś moje kolejne marzenie się spełni, ale to już zależy tylko od tego, w jakiej wersji zespół będzie chciał to wykonywać. Niechaj grają to w wersji takiej, jaka im pasuje najbardziej i jaka im się obecnie najbardziej podoba. Może być nawet w wersji REAGGE albo TECHNO, mnie nic do tego, artysta musi przecież robić w stu procentach to co czuje i co sprawia mu przyjemność. Generalnie dziękuję, że mogę być świadkiem działalności tego zespołu na planecie Ziemia, ponieważ to są chwile niezapomniane, nie wiem czy dla wszystkich zgromadzonych, ale dla mnie na pewno tak, i nie wstydzę się o tym pisać, a wręcz chętnie to robię i podkreślam na każdym kroku, że każdy występ to wydarzenie i uwielbiam tam być i na to patrzeć moimi zaropiałymi oczami, w czapce niewidce oraz z kuflem w dłoni, w której trzymałem przed wyjściem moje białe, ocieplane kalesony w kolorze khaki, które następnie nałożyłem na siebie, popiłem grzańcem podgrzanym In A Microwave Owen, a następnie pojechałem dorożką na kolejny występ(ek).

 

Bardzo miło obserwować 36.6 BAND w styczniu 2012 roku. To wyjątkowe koncerty w składzie ARTUR / ARMEN / ARIK – w tym składzie zespół się narodził i w tym składzie ja właśnie ich pamiętam, gdy robili show niezapomniane jako TRIO MIAŻDŻĄCE. W tamtym okresie na vocalu występował przecież ARIK, który grał na perkusji i śpiewał utwory Johna Lennona. W styczniu mogliśmy podziwiać ARIKA podczas wykonywania IMAGINE na koniec koncertów, w których brał udział, podczas których to wykonań ARMEN wcielał się w rolę multiinstrumentalisty grając JEDNOCZEŚNIE na basie i na perkusji (!!!). Wydaje się Wam, że to niewykonalne? Oj, wykonalne i to jeszcze w jakim stylu!!! I szacowna, wypasiona i miażdżąca mina „Armiego w czapce” podczas wykonywania tego karkołomnego zadania – BEZCENNA!!! za wszystko inne zapłacisz kartą MASTERCARD.

 

To jak wspaniale jest tam się znaleźć w niedzielny wieczór niezwykle trafnie skwitował mój kumpel KAMIL vel. KOŁTOŃ, który również stał się od niedawna oddanym fanem niedzielnych wieczorów w towarzystwie 36.6 BAND. Od każdego poniedziałku bowiem w naszych umysłach powstaje wymyślony para-dokument mentalny pod znaczącym wiele tytułem:

 

„CZEKAJĄC NA NIEDZIELĘ”

 

Cóż, zapraszam na MIDNIGHT TRAIN w wersji 2011, czyli w klimacie balladowym, lekkim, spokojnym, przeciwieństwo oryginalnej wersji, którą kocham dozgonnie, choć wersja 2011 też jest spox, można się pobujać z dziewczyną w świetle księżyca pod wiatą na działce w lipcu przy ognisku i tym podobne. Tak, to taka wersja trochę ogniskowa, ale cóż w tym złego, żeby sobie przy niej podpiec przepyszną kiełbasę zwyczajną na kiju (do hokeja)???

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=J3LDPQpjjVA&feature=related

 

 

LIFE’S STILL BEAUTIFUL!!!

 

THE 36.6 BAND – THE BEST COVERBAND IN THE WORLD!!!

 

 

 

 


oceń
6
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

36.6 BAND - PODSUMOWANIE ROKU 2011

poniedziałek, 12 grudnia 2011 14:45

 

 

Przykro mi bardzo, że znowu to ja będę się wypowiadał w temacie THE BAND 36.6., ale widocznie taka karma w karmniku. Oczywiście cieszę się niezmiernie, nie narzekam, a wręcz lubię. LUBIĘ TO! Wszyscy znacie ten fejs-bukowy slogan-motyw-narzędzie-do-lubienia. Miałem trudny okres w życiu, w którym obraziłem się na „Lubię to” i powiedziałem sobie, że nie zniżę się do tego poziomu i nie będę klikał tego wyżej wymienionego i szczegółowo opisanego. Minęło jednak kilka miesięcy, przeleciało kilkaset gołębi pocztowych nad moją głową, i okazało się, iż wyluzowałem się nieco w tej materii i zacząłem nagminnie klikać i teraz bez przerwy i ciągle coś lubię. Ktoś wpisał jakąś pierdołę, że mu „zimno” wskoczyło i klikam: I like it!, potem patrzę link z utworem nieznanej piosenkarki z Zimbabwe, albo ktoś wpisał komentarz o tym, że jajecznice na truflach należy smażyć na patelni bez ucha od śledzia i znowu: I like it! Zdjęcie kumpel wsadził na fejs z babcią, psem i kotem sąsiada oraz orangutanem w czapce niewidce i barchanowych majtkach i znowu ja klikam, że lubię. Wszystko, kurwa, lubię, ale najbardziej ostatni koncert THE BAND 36.6, albo jak kto woli 36.6 BAND, który dokonał się w Irysie 11 grudnia 2011 roku. Dokonała się tam sytuacja, którą doskonale pamiętam z lat 1995-96, gdy zaczęła się moja fenomenalna przygoda z zespołem. Pamiętam jak autentycznie ludzie jak zahipnotyzowani obserwowali co się dzieje na scenie, byłem tego świadkiem wielokrotnie. Analogiczna sytuacja miała miejsce w ostatnią w tym roku niedzielę w towarzystwie kapeli z korzeniami ormiańskimi, ale już z zakorzenionym duchem polskim, która pokazała wielką klasę po raz kolejny i na pewno nie ostatni. To co zobaczyłem to była prawie zbiorowa histeria i kolosalny podziw dziesiątków ludzi, którzy mieli to szczęście i znaleźli się w Iris Pubie, aby przekonać się o wielkości tych skromnych facetów w liczbie 4.

 

Szczerze mówiąc to nawet za bardzo nie wiem, co mam napisać.

 

Armen Grigoryan – ten Pan to fenomen, dla mnie człowiek z nieopisanym pozytywnym przekazem, fenomenalnym wokalem (tacy ludzie rodzą się raz na 100 lat) i tą niezwykłą ciepłą, rozbrajającą, na w pół uśmiechniętą, autorską miną, z którą na scenie, jeszcze przy niewielkiej pomocy gitary basowej i mikrofonu, tworzy niesamowitą atmosferę, wręcz aurę i miażdży talentem. Zaraża miłością do życia i muzyki, a wrodzona skromność uwiarygodnia w tym, że ten facet urodził się dla muzyki i po prostu nią żyje, nią oddycha i tę jego wiarygodności i naturalność tak bardzo widać i słychać, że rozbraja każdego człowieka, który miał możliwość choć raz jednej zobaczyć go w akcji.

 

Artur Gyurjyan – właściwie to wespół z Armenem Grigoryanem tworzą duet, który zabija na wejściu. Oni są jak jedność, muzycy, ale przede wszystkim ludzie, przyjaciele, którzy rozumieją się bez słów, którzy kochają się jak bracia i uzupełniają w każdym możliwym momencie na scenie i poza nią, a może nawet szczególnie tam? Wieź niezwykła, jakby zostali zesłani w jedno miejsce na Ziemi, aby się spotkać i zacząć tę ich przygodę z muzyką, najpierw jeszcze w kraju macierzystym, a później w naszym, nadwiślanym przybytku polskiego piekiełka. Możemy tylko cieszyć się, że trafili akurat tutaj, a nie do NRD na przykład. Artur Gyurjyan to muzyk fenomenalny, jeden z najbardziej utalentowanych gitarzystów na świecie według mnie (nie boję się tak napisać), a uważam tak nie tylko dlatego, że dużo więcej niż świetnie potrafi grać na swoim instrumencie, ale przede wszystkim dlatego, że jest bardzo prawdziwy i szczery w tym, co robi i tym co oferuje słuchaczowi, czyli to jaki przekaz można dostać od niego będąc pod sceną na jego koncercie. To widać jak na dłoni, że ten facet urodził się z gitarą i gitara jest jego przeznaczeniem.

 

Chciałbym zwrócić uwagę, iż bardzo wartościowym i godnym podziwu uzupełnieniem tej znakomitej dwójki są panowie Michał Rodzeń (perkusja) oraz Jacek Subociałło (klawisze). Świetne partie solowe podczas ostatniego występu!!! Naprawdę zagraliście na wysokim poziomie, co było widać po reakcji publiczności.

 

W podsumowaniu: będzie smutno bez Was, bo przyszedł czas świątecznej masakry handlowej, a Wy powrócicie dopiero w styczniu 2012. Pozostaje czekać na kolejne utwory, które zostały zarejestrowane podczas ostatnich koncertów i które znajdą się na znanym wszystkim kanale youtube.com już zapewnie całkiem niedługo.

 

Pozdrowienia dla Mistrza Densu Spod Sceny – czyli dla Staszka, który jest największym luzakiem, jakiego spotkałem w ostatnim czasie. Tak wywijał hołupce, że zahaczył o stolik brydżowy, stolik się wypieprzył, chipsy z koszyka poszły na trotuar, ale ten nadal tańcuje, a styl prezentowany był tak miażdżący, że po prostu szacunek i podziw. Ten miły gość jest nieodłącznym, dodatkiem do występów w Irysie i mówię to z pełnym szacunkiem i powagą, bo to gość niesamowity. Lubię ludzi, którzy zawsze są sobą i nie przejmują się nikim i niczym. Być do końca sobą – to myślę największa wartość. Sam zawsze staram się takim być dlatego na koniec klikam z pełną świadomością:

 

MISTER STASZEK: LUBIĘ TO!

 

ARTUR GYURYJAN: LUBIĘ TO!

 

ARMEN GRIGORYAN: LUBIĘ TO!

 

MICHAŁ RODZEŃ: LUBIĘ TO!

 

JACEK SUBOCIAŁŁO: LUBIĘ TO!

 

I jeszcze dodam, że lubię również sam siebie, ponieważ należy się lubić, nawet kochać i wtedy życie jest naprawdę piękne!!!

 

MAZIK MOTHERFUCKER: LUBIĘ TO!

 

Take care yourselve(s)!!!!

 


oceń
4
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

36.6 BAND - REFLEKSJE CIĄG DALSZY

czwartek, 17 listopada 2011 15:05

 

Chciałbym przekazać od siebie coś nad wyraz znaczącego wszystkim fanom coverowej kapeli 36.6 BAND. My, pospolici zjadacze chleba razowego, znamy ich przede wszystkim i głównie z grania utworów innych wykonawców. W tym są świetni, wiadomo od zawsze. Prawdopodobnie najlepsi w Polsce oraz na Madagaskarze i w Sudanie Płd. Natomiast zachęcam wszystkich, którzy przybywają do Irish Pub na ulicę Miodową w Warszawie tudzież do Pubu Lolek (miasto: analogicznie), aby czym prędzej, jeżeli przez niedopatrzenie nie uczynili tego dotychczas, zapoznali się z ich autorskimi kompozycjami, które z tego co mi wiadomo, ukazały się jak dotychczas na 2 (słownie: dwóch) płytach długogrających, choć to pojęcie względne czym tak naprawdę jest płyta długo- a czym krótko-grająca. Pierwszą z nich jest „long-play” MIDNIGHT TRAIN (rok 1996), który dystrybuowany był właściwie w formie kasetowej – w tamtych czasach jeszcze jak najbardziej obowiązującej, a na której znalazło się 7 autorskich kompozycji oraz  4 covery. Razem jedenaście – dlatego „long-play”, nie inaczej. Wokale w języku angielskim.

 

Drugą i ostatnią jak dotychczas była produkcja powstała w 2003 roku pt. DZIEWCZYNA Z REKLAMY, na której po pierwsze zespół śpiewa – PO POLSKU (teksty własne oraz aktora Piotra Pęgowskiego, znanego szerokiej publiczności jako Krashan z serialu Zmiennicy), a po drugie są tam tylko i wyłącznie kompozycje autorskie, bez utworów innych wykonawców. Tutaj mamy tak zwany „short-play” (chyba takie pojęcie nie funkcjonuje, ale od dzisiaj zafunkcjonuje), czyli płytę zawierającą 6 kompozycji autorstwa Artura Gyuriana i Armena Grigoriana, mózgów artystycznych zespołu. Na temat tej płyty nie wypowiem się, ponieważ dopiero co wpadła mi w ręce i jeszcze nie mam wyrobionego zdania. Myślę, że jak przesłucham ją 1387 raz, będę w tej kwestii bardziej wiarygodny. Na pewno godne podziwu, choć na pewno nie wszystkim się to spodoba, jest to, że Panowie śpiewają w języku polskim z akcentem/nalotem ormiańskim, co jest dość kontrowersyjne, aczkolwiek świadczy o dużej odwadze. Za to plus i to dodaje specyficznego klimatu i uroku całej produkcji.:-D

 

Wróćmy do clue audycji pisanej o zespole z czasów, gdy byłem licealistą, a potem studentem, aby następnie stać się pospolitym kimś tam whatever.

 

MIDNIGHT TRAIN – płyta w stylistyce wiązanej. 7 utworów w konwencji bluesowo-santanowskiej w zestawieniu z hard rockowymi kompozycjami, z których najmocniejszą gitarowo jest utwór HARD TO END, jeden z najlepszych utworów na płycie według mnie. Wiadomo jakim wpływom poddany podczas swego szczęśliwego dzieciństwa (wygląda chłop w każdym razie na dopieszczonego) gitarzysta, kompozytor i wokalista Artur Gyurjan i stąd utwory takie jak instrumentalny ON THE WAY (jedyny w obecnej setliście zespołu) albo tytułowy MIDNIGHT TRAIN nie dziwią nikogo. Także Ballada LUCKY MAN jest bardzo ciekawą kompozycją, choć ciężko ją jakoś jednoznacznie określić, ale jest to jeden z najjaśniejszych punktów całej produkcji. Poza tym lekko rockowe w stylu „hard” kawałki GAMBLIN HOUSE oraz YELLOW CAT także trzymają poziom, a osobiście darzę szczególnym sentymentem utwór „o żółtym kocie na deszczu”. Jakoś tak fajnie wpada w ucho, albo do ucha, jak kto woli i od lat wielu słucham tej płyty z własnej, nieprzymuszonej woli, co może i jest ciekawe, ale przypuszczam, że niestety płyta nie zatoczyła szerokiego kręgu odbiorców, choćby ze względu na pubowo-garażowy charakter zespołu – choć umiejętności predysponują do grania na wielkich stadionach, to widocznie nie było dane, przynajmniej nie w tym życiu. Ale z drugiej strony czy ich to by w ogóle interesowało? Widać, że granie w małych klubach sprawia im kolosalną przyjemność i Panowie: jesteście spełnieni, szczęśliwi i radośni, kiedy się na Was patrzy.

 

Dobra. Słuchajcie, oni wcale nie są tacy dobrzy, po prostu grają od wielu lat z „play-backu” hehe. Kurcze, obiecałem, że się nie wygadam... Panowie, sorry, sorry Winnetou!

 

W związku z tym, że się pośmialiśmy, był żarcik okolicznościowy (można się śmiać, a nawet trzeba) to powrócę do clue mojej wypowiedzi. Najważniejszym aspektem w całej twórczości zespołu jest moim zdaniem utwór MIDNIGHT TRAIN. Takie utwory nie powstają co dzień i niewielu ludziom, zespołom udaje się skomponować podobnie ponadczasowe kompozycje. Tak trafionych dźwięków nie zdarza się wyprodukować ot tak sobie. Zastanawiam się tylko, dlaczego nikt do kurwy nędzy (mięsem rzuciłem dla podkreślenia znaczenia słów:8) nie zauważył tego dotychczas. Ten utwór wyprzedza o 3 długości pozostałe kompozycje zespołu, ale nie dlatego, że te pozostałe są słabe, nie. Nie są, ale MIDNIGHT TRAIN jest fenomenalny, niepowtarzalny i genialny, co wiedziałem od zawsze, czyli od dnia, w którym kupiłem od zespołu 36.6 BAND płytę za 10 zł, po czym wyszedłem z Irysa, odpaliłem ją w samochodzie i zwariowałem na punkcie tego songu. Nawet nie chciałem wierzyć na początku i myślałem, że jest to cover. Serio. Panowie, ten utwór to wiśnia na torcie. Powinniście zareklamować go na cały świat, a przynajmniej powinniście grać go na każdym koncercie jako wizytówka zespołu. To powinno być Wasze intro rozpoczynające każdy koncert. Tak właśnie sądzę od lat piętnastu i nic się w tej materii nie zmienia. MIDNIGHT TRAIN to utwór, który według mnie mógł, albo jeszcze ciągle może, utorować zespołowi drogę do nieśmiertelności (mocno pompatyczne, ale jakoś tak mi się to stwierdziło). I napiszę jeszcze skąd to wszystko wiem. Otóż mam kilka, kilkanaście może ulubionych utworów jakie kiedykolwiek powstały, a wykładnikiem ich niesamowitości jest to, że po wysłuchaniu po raz dwa miliony siedemsetny taki song nigdy mi się nie znudził i zawsze, gdy go słyszę, czuję pewną siłę do życia w sobie. Czuję, że mnie cały czas inspiruje i daje wiarę, że to wszystko ma jakiś sens.

 

Więc reasumując: Wszystko przed Wami, Panowie (+ jedna Pani Ładna z ładnym  głosem)! Powodzenia! Jesteście młodzi duchem więc nie widzę przeciwwskazań do dalszego rozwoju. No z takim potencjałem to wręcz konieczne. A jak Wam się nie chce, to i tak będę w Irysie Was dopingował (oczywiście będąc na dopingu: piwo, skręt, dopalacze, wódka, wino etc).0:-)

 

Jednakże, zachęcam Was do nagrania kolejnej autorskiej płyty. Służę literacką pomocą i powiem więcej: chętnie napisze dla Was fenomenalnie trafione teksty w języku polskim, które pasują do stylistyki muzyki jaką stworzycie. Możecie mnie trzymać (rękoma, nogami) za słowo!

 

Na koniec, cóż, będzie jednak kilka spostrzeżeń po kilkunastokrotnym odsłuchaniu płyty DZIEWCZYNA Z RELKAMY. Na ten dzień 2 utwory: NOC W NOC oraz WSPOMIENIE. Piękne są, cóż tu dodać więcej. Koniec spostrzeżeń.

 

Tutaj by się przydało mp3 MIDNIGHT TRAIN, ale niestety nie posiadam.

 

Pozdrowienia i do zobaczenia!;-P

 


oceń
8
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

36.6 BAND - MÓJ POWRÓT PO LATACH

wtorek, 08 listopada 2011 14:36

Niniejszym, ja, skromny chłopak, literat w czapce i szalu, chciałbym pozdrowić serdecznie i złożyć mega podziękowania dla zespołu 37.9 BAND (stan podgorączkowy) za dwa wieczory zaliczone w krótkim odstępie czasowym: 4.11. Lolek (Lolek to potoczna nazwa na „skręta”) i 6.11. Irys (jak mawiał mój przyjaciel Leszek Schmidt - Rest In Peace Since Nov’2010). Te dwa magiczne wieczory były czymś dla mnie absolutnie wyjątkowym, ponieważ powróciłem do stanu ducha z połowy roku 1995, a był to rok w którym po raz pierwszy znalazłem się w pewną letnią niedzielę na Miodowej i od tamtej pory nic już nie jest takie samo. Wtedy zespół funkcjonował jako trio (with Arek on drums – regards to you, mister.) i był to fenomen na tak wielką skalę, że ludzie przychodzący co tydzień na koncert prawie klękali w szoku po zobaczeniu tego, co się tam wtenczas działo. To była magia, której nigdy nie zapomnę. Ze szczególnym pietyzmem chciałbym ucałować Mr. Artura, który ciągle i nieustannie wymiata na wieśle, jak sprzątaczka u mnie w podstawówce na szczotce i mopie. Know, man, always On The Way!!! Dzięki za CD – odsłuchałem od razu po przyjściu do domu i wypowiem się przy następnej nadarzającej się okazji. Nie mogę zapomnieć, a wręcz nie potrafię o sobotniej czapce ala Samuel L. Jackson z filmu Jackie Brown – Monsieur Armen – Brawo!!! Ten image, bass i wokal jest na pełnym wypasie, tak trzymać!!!!! Poza tym styl bycia na scenie jest tak niezwykle luźny, że wskazane by było nakręcić reportaż i wyemitować go potem w serii „Najbardziej wyluzowani i pozytywni ludzie świata”. Brawo Panowie, nic się nie zmieniliście! Szacun.

 

W związku z tym postanowiłem niniejszym zacytować fragment prozy pewnego angielskiego prozaika:

 

„Once upon a time when there was a beautiful Sunny Day, one Lucky Man was on a Midnight Train to Las Vegas afterwards, straightly On the Way to his better life in another Gambling House, which was his addiction but deeply rooted destiny as well…And suddenly there appeared a small, Yellow Cat on a railway track and it was kinda impulse ‘cos at that moment he understood that the most important in our lives is love, passion and not particularly losing his money from day to day. Yellow Cat in the rain saved his life, indeed. (...) 

 

Ciekawe kto załapie hehe proszę nadsyłać propozycje na adres....itp

 

Nie mógłbym również nie pozdrowić Mrs. Alicji on vocals, która fenomenalnie śpiewała w piątek 4.11. i która miała taki piękny, marketingowy (cytat z artysty), tiny navel... Woman, you move me (according to vocal abilities certainly…)

 

Overwhelming fuckin’hello to my brother Jarek, z którym zaliczyłem oba ostatnie występy i z którym od października 1996 rozumiemy się bez słów.

 

A na koniec taka osobista dygresja: mój przyjaciel Leszek Schmidt (ten od Irysa) akurat był również stałym bywalcem koncertów 36.6 BAND. W listopadzie mija pierwsza rocznica jego śmierci. Baw się dobrze na górze, Sir!

 

I żeby nie było wątpliwości. Tego Midnight Train to Wam nie odpuszczę. Będę marudził aż będziecie mieli mnie tak dosyć, że w końcu to zagracie w 2019 roku hehe

 

Take care and See Ya on the road!!!

 

 


oceń
5
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

MORCHEEBA

czwartek, 04 listopada 2010 11:38

MORCHEEBA 

 

znalazłem się z własnej woli na koncercie trip-hopowego zespołu MORCHEEBA, który przyjechał do nas z wysp brytyjskich i który wcale nie jest ostrym metalowym składem, ani tym bardziej nie przypomina niczego, co podobało mi się do tej pory. Trip-hop - muzyka mało związana z hip hopem: melodyjna, perkusja, bas, klawisze, gitara, wprowadza nas w pewien trans, zabiera nas w miłą podróż muzyczną, kładzie duży nacisk na stronę wokalną, która tworzy nastrój. A wszystko zaczęło się, gdy dostąpiłem szczęścia i zaszczytu wysłuchania po raz pierwszy i nie ostatni utworu  ENJOY THE RIDE  z repertuaru tej właśnie grupy. Oczarowany kompozycją postanowiłem sięgnąć po płytę, z której pochodzi wyżej wspomniany kawałek i okazało się, iż to DIVE DEEP. Nie znałem nazwiska ani jednego (ani nawet dwóch, tym bardziej trzech, ani dziesieciu) członka zespołu, ale dowiedziałem się z obszaru-strefy sieci net, że zespół powołali do działania bracia ROSS i PAUL GODDFREY w roku 1995. Następnie zamówiłem na allegro.pl, choć broń Lordzie, nie jestem tak zwanym zapalonym, przypalonym allegrowiczem, powyższy album w miękkiej okładce i czekałem na przesyłkę, by zapoznać się z pozostałymi utworami. Płyta spodobała mi się i klimat ogólno-muzyczny przypadł mi do gustu, co uaktywniło dalsze zainteresowanie. Odkryłem, że na Dive Deep śpiewa kilku wokalistów i wokalistek (w Enjoy The Ride na przykład JUDIE TZUKE, w innym fantastycznym GAINED THE WORLD kobieta o pseudonimie MANDA). Okazało się także, że generalnie w kapeli z wysp (tam wszyscy chodzą wyspani) na większości albumów śpiewał zupełnie ktoś inny, a mianowicie dziewoja o ciemnej karnacji o personaliach SKY EDWARDS, z którą podobno to od zawsze kojarzony był ten oto kwintet muzyczny. Rzeczywiście z czasem przekonałem się, że to właściwy opis sytuacji. Jeśli Morcheeba na przestrzeni piętnastu lat stworzyła powiedzmy osiem płyt długogrających i tylko na dwóch z nich nie użyczyła swojego głosu, to uznałem, że tak właśnie musi to wszystko wszem i wobec prezentować się. Nadarzyła się okazja, by pomimo, iż znałem tylko jedną płytę, ba, nigdy nie słyszałem, jak śpiewa SKY, zobaczyć zespół Morcheeba na żywca. Raz się żyje – pomyślałem – i poszedłem 6 października 2010 do klubu Stodoła. Nazwa klubu jest dość przygnębiająca, bo kto by chciał mieć Sto-dołów. Lepiej przecież zwyżkować przez całe życie, a wszystko to without prozak, a z ciepłym, porannym kakao, które to sam osobiście stosuję ostatnio, czyli w okresie przejściowym jesienno-zimowym. Wiadomo zimno się zrobiło i trzeba się jakoś ratować. Kakao – genialny kop. Zabierze Cię na inną planetę. Ostatnio oglądałem Świnie W Kosmosie.

 

Wylansowany w okularze a la Tyrmand plus wypasiony czarny kapelusz, nie wspomnę o 3-dniowym zaroście – tak wyglądałem pięknie - sam to muszę nieskromnie przyznać i tu niespodzianka: otóż, okazało się, że przynajmniej połowa fanów kapeli nosi okulary Leopold Style. Nie wyróżniałem się więc jakoś specjalnie pod tym względem, no może z lekka czarnym kapeluszem, bo w sumie w środowisku morcheebafanów nie zanotowałem ani jednego, natomiast okazało się za chwil kilka, iż w podobnym ciemnym nakryciu głowicy wystąpił na scenie basista zespołu. Nie miał zarostu aż tak okazałego, ale lekki meszek się spod skin surface gdzieniegdzie wydobywał, którą owinięta była jego czaszka, lub głowa - jak ktoś woli bardziej przystępne nazewnictwo anatomiczne. Przeszedłem się wiele razy po poziomie parterowym, zajrzałem to tu to tam, napotkałem Wujka Samo Zło, który jak zwykle czesał reportaże, wywiady, fotosy za które biedak dostaje tak marną forsę, że szkoda słów, ale w porządku to naprawdę chłopak. Onegdaj zamieniliśmy parę zdań na koncercie innego zespołu i porozumieliśmy się na polu HG JLB. Usiadłem przy stoliku i niczego nie zamówiłem, natomiast obserwowałem, medytowałem, marzyłem i byłem kontent, że się tam znalazłem. Zauważyłem, choć proszę nie poczuć się dotkniętym, po prostu stwierdzę suchy fakt, że fani Morcheeba to osobnicy raczej zamożni (widać po markowych ciuchach i zadbanych paznokciach), można by nawet użyć stwierdzenia „bananowa młodzież” lub ludzie, którzy osiągnęli pewien status korporacyjno-społeczny, który pozwala im na zakup drogich perfum i słuchanie w ich oparach ulubionego zespołu. No i są w większości wykształceni i znają języki – rozumieli to, co mówiła ze sceny wokalistka po angielsku. Przypuszczam, iż podczas wspólnych imprez w klubach, domach, mieszkaniach prywatnych niejeden joint-skręt idzie jest w obrocie, co potęguje zapewne zdefiniowaną w nazwie podróż, czyli trip. Trawki raczej nie palę – mam odrazę do dymu papierosowego w każdej postaci, ale uświadomiłem sobie, że jestem okropnie ograniczony nie uczęszczając wcześniej na tego typu koncerty. Zamknąłem się na schemat tak zwanego „metalu”, ewentualnie ciężkiego rocka i nigdy, albo prawie przenigdy, nie byłem na koncercie wykonawcy, który prezentuje odmienny styl. Secundo, doszedłem do wniosku, że znacznie sympatyczniej przebywać jest mi w takim przyjemnym środowisku, w którym ludzie nie tylko używają miłych dla nosa wód toaletowych i dezodorantów (Fa, Rexona), ale również się od czasu myją i to daje bardzo pozytywny efekt ogólny w powietrzu klubowym. Poza tym podczas sztuki nie skaczą dziko jak te małpy człekokształtne po zjedzeniu banana z dopalaczem, nie pogują, nie pocą się przy tym jak przysłowiowe babo-chłopy z podmiejskiego autobusu, nie upijają się na żelbeton, a raczej delektują pieczołowicie przygotowanym przez barmana drogim drinkiem. Tutaj mówiłem o samym sobie. Wszystko zapewne po to, aby zapamiętać z koncertu wszystko, co najważniejsze i warte zarejestrowania. Podsumowując, nie wytwarzają klimatu ogólnej trzody, co spowodowało, że czułem się w tymże, bezczelnie przeze mnie zaszufladkowanym środowisku miłośników MORCHEEBA BAND, naprawdę jak ryba piła w wodzie utlenionej.

 

Przejdźmy do członków, nikomu nie ubliżając.

 

SKY EDWARDS to królewsko niesamowita kobieta. Czarna. Nie biała, a naprawdę czarna skóra i powiem szczerze, że okazała się skromną, bardzo utalentowaną wokalnie i wesołą niewiastą (zastanawiam się czy nie nadużywam ostatnio tego słowa) z mikrofonem. Śpiewała zabójczo, usłyszeć ją na żywo było wielkim pozytywnym przeżyciem. Polecam Wam wszystkim. W zespole basista-kapelusznik, z którym poczułem pewną więź duchową na kanwie tegoż kapelusza, stał spokojnie z lewej strony sceny i wygrywał, tym samym nie przegrywając, swoje partie basowe. Po lewej - patrząc z perspektywy mnie stojącego na posadzce oczywiście. Za nim za zestawem perkusyjnym rzecz jasna spoczywał perkusista. A gdzieś tam po przeciwległej do niego stronie, ale na tej samej wysokości zasiadał klawiszowiec z nieziemską plerezą typu AFRO. W prawej strefie królował lider zespołu – gitarzysta ROSS GODDFREY, bardzo sympatyczny man, który przez cały koncert popijał tequilę, którą zapijał piwem od czasu do czasu wypowiadając słowo lub zdanie w języku brytyjskim. Był tak więc najwyraźniej rozumiany. Butelczyna stała na stole dj-owsko-scratch-ującym, przy którym operował młody muzyk, a pomiędzy tymi sprzętami beatującymi Sir Ross Goddfrey postawił butelkę meksykańskiej wódki i w przerwach między utworami dolewał sobie procentowej zawartości do duralexowej szklanki. Zastanawiałem się czy nie jest przypadkiem uzależniony, skoro nie może obejść się przez półtorej godziny bez voodkovego antidotum na stres związany choćby z ciągłym koncertowaniem. Nie to, żebym znowu się czepiał, ale z czystej ciekawości chętnie bym się doinformował w tej materii. No nie wiem, może i się wciągnął, w końcu tyle lat w mapetszołbiznesie to niejeden zaprzyjaźnił się z butelką, a w skrajnych przypadkach zakumplował ze skrętem. Teraz więc lekki skręt i lecimy z krótką opowieścią o marihuanie. SKY i ROSS przez cały koncert pytali publiczność czy ktoś ma marychę przy sobie. Tak do końca to nie wiem, czy to był żart czy na serio mówione, ale taki był motyw przewodni. SKY zapytała publikę jak jest MAN po polsku i gdy tylko ktoś z pierwszego rzędu oświecił ją, że szukany wyraz to „FACET” dostała ataku śmiechu i nie mogła się powstrzymać przez następne pięć minut. ROSS na to, że może by się przestała brechtać, bo to zdaje się dla nikogo na sali nie jest śmieszne, ale ta się nie przejmowała i ...była bardzo, ale to bardzo sobą. Zażywała jakieś lekarstwo, bo podobno była przeziębiona. Miała na sobie piękną, kolorową suknię, którą sama uszyła. Stworzyła wraz z zespołem niezwykły, pomimo, iż koncert odbywał się w dużym klubie, klimat kameralnego pokazu wielkich umiejętności i talentu – plus kontakt z publicznością: poezja. Naprawdę fantastyczna babka z tej SKY EDWARDS, bo jej osobowość powala, jej uroda zniewala, jej głos rozkłada na glebę. Cóż, parafrazując tekst, a właściwie ostatnią linijkę, pewnej piosenki grupy Faith No More chciałoby się napisać i skierować te słowa prosto do Pani SKY, czyli do NIEBA:

 

„You can trust me

I am no criminal

But I’d kill my mother

To spend a month with you” 

 

He, ciekawe co na to powie moja żona...

 

Setlisty nie mogę podać, bo nie znam tytułów. Delektowałem się muzą, bez zgłębiania nieistotnych szczegółów. Zupełnie jak nie ja. To piękne zdarzenie i nieoczekiwane. Czarna SKY i wszystko, co niebiańskie. Nie jestem rasistą, ani antkiem-semitą. Toleruję nawet hetero-homo-transseksualistów, którzy zmienili płeć z człowieka mężczyzny na kobietę czarną owcę turnieju. Polska-Peru 5:1...Boniek do Buncola i życie znowu jest takie piękne!!!

 

Bywajcie.

 

LINK: ENJOY THE RIDE (feat. JUDIE TZUKE)

 

(LINK PÓŹNIEJ)


oceń
5
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

GITARY I SMYKI - PROJEKT "NIGHT RIDER SYMPHONY"

piątek, 08 października 2010 13:37

KONCERT

 

NIGHT RIDER SYMPHONY

 

4 LISTOPADA 2010  WARSZAWA

 Uwaga!!! Z powodów socjotechnicznych koncert przełożony na wiosnę ludów 2011. 

 

Ogłaszam wszem i wobec, że za niecały miesiąc w Stolicy, choć nie tylko, bo także i w całym kraju,  będzie miało miejsce wielkie wydarzenie muzyczno-artystyczne, w którym pierwsze skrzypce, dosłownie i w przenośni, odegra wokalista i frontman projektu NIGHT RIDER SYMPHONY Paweł Kiljański, prywatnie ktoś mi niezwykle bliski. 4 listopada 2010 bowiem pojawi się w sprzedaży w salonach Empik niezwykła płyta, którą uświetni koncert zespołu w Teatrze „Szóste Piętro" Michała Żebrowskiego w Pałacu Kultury I Nauki w Warszawie. Tam też wystąpi kilku znakomitych artystów-muzyków, którzy wchodzą w skład wspomnianego przeze mnie projektu i są nimi:

 

 

 

  • CHRISTOPHE DE VOISE  - dyrygent (gościnnie)
  • MAREK PIEKARCZYK - wokalista (gościnnie)
  • MAŁGORZATA AUGUSTYNÓW - UJEK - wokalistka, aktorka
  • PAWEŁ KILJAŃSKI - wokalista
  • JACEK ZIELIŃSKI - perkusja
  • PAWEŁ PENKSA - instrumenty klawiszowe
  • JAROSŁAW MICHALSKI- gitara basowa
  • WALDEMAR SZOFF - gitara

 

O wyżej wymienionych muzykach informacji zasięgnąć możecie w internecie, między innymi na stronie zespołu, którą podam za chwilę.

Z wiadomych względów chcę Wam przybliżyć postać mojego przyjaciela, którego wkład w cały projekt jest oczywiście bardzo znaczący (informacja wzięta ze strony zespołu, lekko przeze mnie zmodyfikowana).


Paweł "Kiljan" Kiljański

 

 

Jeden z najzdolniejszych i najbardziej niedocenianych polskich wokalistów. Poprzez wrodzony talent i oryginalna barwę głosu stworzył przez lata obecności na polskim rynku muzycznym szczególną jakość. Charakteryzuje go profesjonalizm i rzetelność w podejściu do pracy twórczej, a jego możliwości sceniczne odpowiadają w stu procentach temu, co potem znajduje się na nagraniach studyjnych. Odcisnął trwały ślad na historii polskiego rocka, któremu poświęcił ostatnie 20 lat życia.

Swoją karierę muzyczną zapoczątkował w latach 1987-89 śpiewając w warszawskich grupach rockowych Sanktuarium i Jeep. W roku 1990 wraz z Jarosławem Hermanowskim utworzył zespół Hetman, w którym grał i nagrywał do roku 2006 (z pięcioletnią przerwą  1996 - 2000). Zaśpiewał na sześciu albumach Hetmana: "Do Ciebie gnam" (1990), "Złe Sny" (1993), "Czarny chleb i czarna kawa" (1995), "Kolędy"(2001), "Hetman Live - 15 lecie zespołu" (2005), "Skazaniec" (2006).

Wraz z zespołem Hetman bywał częstym gościem rozmaitych programów telewizyjnych i radiowych, do których zaliczyć można m. in. telewizyjną "Muzyczną Jedynkę" oraz popularny na początku lat 90tych program "Luz", w którym pojawiło się w tamtym okresie większość rozpoznawalnych artystów z obszaru polskiej sceny rockowej, takich jak IRA czy Closterkeller.

Popularny „Kiljan" nagrał również duet z Kasią Kowalską, uznaną polską wokalistką. Była to „hetmanowa" aranżacja utworu Boba Marleya "No woman no cry", który umieszczony został jako bonus track na pierwszym wydaniu albumu „Czarny Chleb i Czarna Kawa". W roku 1992 grupa Hetman miała zaszczyt otwierać największy w historii polskiej muzyki rockowej koncert stadionowy - na rzecz dzieci zarażonych wirusem HIV - projekt zainspirowany przez Marka Kotańskiego - pod szyldem "Niech świat się do Nich uśmiechnie". Event transmitowany był w telewizji publicznej i oglądany na żywo przez 70-tysięczną publiczność. Na powyższym koncercie wystąpili na jednej scenie z legendą hard rocka, brytyjską formacją Uriah Heep.

W latach 1996-2000, czyli w okresie, w którym przerwał współpracę z Hetmanem, wraz z Piotrem Pruskim (Emigranci, Syndia) utworzył zespół Katmandu, z którym nagrał materiał na płytę oraz zagrał szereg koncertów. W 1998 został wyróżniony i nagrodzony nagrodą dla najlepszego wokalisty na festiwalu rockowym "Rock-Oko" w Warszawie, na którym zaprezentował się z wyżej wymienioną formacją. Nagrodę osobiście wręczał mu Czesław Niemen, człowiek-legenda polskiego rocka.

W roku 2000 powrócił do współpracy z zespołem Hetman i nagrał trzy kolejne albumy z tą grupą. Rok 2005 - zespół Hetman zagrał kilka koncertów w USA na festiwalu "Taste of Polonia" w Chicago oraz udzielił kilku wywiadów dla tamtejszego radia i telewizji.

W międzyczasie Paweł współpracuje również z innymi muzykami należącymi do czołówki polskiego rocka m.in. z członkami zespołu Wilki.

W roku 2006 w wyniku rozpadu grupy Hetman, Paweł Kiljański wraz z Radkiem Chwieralskim i Jackiem Zielińskim zakładają zespół NIGHT RIDER. Band rozpoczyna intensywną działalność koncertową. Przygotowuje obecnie kompozycje na debiutancką płytę, która ma ukazać się w roku 2011. Night Rider komponuje także zagrzewające do walki utwory dla czołowych polskich bokserów wagi ciężkiej, m. in. dla Krzysztofa „Diablo" Włodarczyka i Pawła „Harnasia" Kołodzieja. Tworzy także utwór dla Tomasza "Byka" Bonina, który towarzyszy mu już do końca kariery przy wejściu na ring. Zagrany na żywo na Gali Boksu Zawodowego w Kętrzynie, w maju 2006 r., wspiera Bonina, który zdobywa wtedy tytuł Mistrza Świata wagi ciężkiej.

W sierpniu 2007 z inicjatywy muzyków grupy NIGHT RIDER Pawła Kiljańskiego i Jacka Zielińskiego oraz Wandy Majcher (Dyrektor Fundacji Kopernikowskiej w Chicago) powstaje projekt

NIGHT RIDER SYMPHONY 

                                                                           
PIERWSZY W HISTORII KONCERT ZESPÓŁU ODBYŁ SIĘ 9 listopada 2008 w Chicago /USA/ w Harris Theater na Gali 20-tego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.
                                                      
                                                                  

PO DWÓCH LATACH WYCHODZI DŁUGO OCZEKIWANA PŁYTA, NA KTÓREJ ZNAJDĄ SIĘ NASTĘPUJĄCE KOMPOZYCJE:

                                                                                

1. UWERTURA - Christophe de Voise
2. W GROCIE KRÓLA GÓR -"W grocie Króla Gór"- Edward Grieg
3. NIE TRZEBA NIEBA - "Bourrée in E minor"- Johann Sebastian Bach
4. CARPE DIEM - "Rondo alla Turca" - Wolfgang Amadeus Mozart
5. Z TOBĄ NA WIECZNOŚĆ - "Jezioro Łabędzie"- Piotr Czajkowski
6. CHOPIN - Fryderyk Chopin:
       Preludium e-moll, op.28 no.4,
       Etiuda Rewolucyjna c-moll,
       Polonez As-dur op.53,
       Walc Es-dur op.18
7. RYCERZ - "Trepak" z suity "Dziadek do orzechów"- Piotr Czajkowski
8. ROMANS HISZPAŃSKI - Christophe de Voise
9. CORRIDA - "Carmen" - Georges Bizet
10. MATKA NOC - "Sonata Księżycowa" - Ludwig van Beethoven
11. CZTERY PORY - "Cztery pory roku" - Antonio Vivaldi
12. O FORTUNA -"Carmina Burana" - Carl Orff
13. Z TOBĄ NA WIECZNOŚĆ - "Jezioro Łabędzie"- wersja specjalna -
       z gościnnym udziałem Marka Piekarczyka (TSA)

 

 

 

Dla zapoznania się z rozmachem i klimatem zbliżającego się debiutu zapraszam na promujący płytę teledysk z utworem

 

W GROCIE KRÓLA GÓR

 

którego premiera miała miejsce 10 października.
MISTRZOSTWO ŚWIATA...

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=WHcpa7S0vSU

 

 

 

OTO LINK DO STRONY NIGHT RIDER SYMPHONY dla osób zainteresowanych listopadowym koncertem i śledzeniem losów zespołu, który jak przypuszczam zdobędzie wkrótce sławę i pieniądze, no w każdym razie tego mu z całego serca życzę:

 

http://www.nightrider.webserwer.pl/nrs/nrs.htm

 

 

GRUPA DZIAŁA WIĘC DWUTOROWO I OPRÓCZ PROJEKTU SYMFONICZNEGO JAKO GRUPA „NIGHT RIDER" PROWADZI DZIAŁALNOŚĆ STRICTE ROCKOWĄ.

 

 

ZDJĘCIA, TELEDEYSKI, WIĘCEJ MUZYKI na

 

www.nightrider.pl

 

INFORMACJA BĘDZIE ZNAJDOWAĆ SIĘ NA TEJ STRONIE DO 4 LISTOPADA.

 

ZAPRASZAM I DO ZOBACZENIA NA KONCERCIE!!!

 

 

 

 


oceń
2
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

THE ROLLING STONES-W BLASKU ŚWIATEŁ

poniedziałek, 02 sierpnia 2010 16:02

Podjechałem w ostatnią środę do Parku Skaryszewskiego, rzekłbym nawet, że SCARY(po ang. "straszny")- szewskiego, bo była godzina 21.30 i panował tam naprawdę straszny, thrillerski klimat. Było bardzo ciemno i żywego ducha na horyzoncie. Zaparkowałem od Międzynarodowej i z duszą od żelazka na ramieniu skierowałem się wewnątrz swoistego piekiełka. Strach było iść przez park ku amfiteatrowi, w którym wyświetlane są w te wakacje najróżniejsze filmy. Kurczowo trzymałem torbę z ważną dla mnie zawartością (notebook ze słowem pisanym, notatki, zapiski, pendrak, portfel, prawo jazdy, tik taki, skarpetki, szczotka do włosów, chusteczki do nosa jednorazowe - czyli same bezcenne przedmioty) i oglądając się bez przerwy czy nikt z krzaków na mnie nie wyskakuje, szedłem, lazłem i dreptałem starając się wsłuchać w dźwięki dochodzące ze sceny. Owe sygnały reklam puszczanych przed seansem doprowadziły mnie w końcu do celu.

 

I zaczął się przepiękny film o Rolling Stonesach. Ten zespół zawsze gdzieś tam był i przewijał się przez moje dzieciństwo. Już podczas mojego pierwszego z nim kontaktu, a było to w roku 1981-82 kiedy to tata przywiózł z zagranicy niedostępną wtedy w komunie płytę GOAT'S HEAD SOUP zapadła mi w serce przepiękna ballada-piosenka ANGIE, którą pewnie wszyscy znacie. Czytałem gdzieś, że MICK JAGGER napisał ją po nocy spędzonej z żoną, albo z dziewczyną Davida Bowie'go, która tak miała na imię i która go zafascynowała, ale że nie mogli być razem, powstała na jej cześć piękna ballada. Minęło kilka dobrych miesięcy, ba, lat nawet i był rok 1989-1990, a więc kończyłem wtedy szkołę podstawową - do liceum poszedłem 1 września 1991 roku. Na urodziny dostałem od mojej towarzyszki zabaw dziecięcych Agnieszki z piątego piętra mego bloku książkę Daniela Wyszogrodzkiego pt. SATYSFAKCJA. W doktora chyba też się bawiliśmy. Ta książka pochłonęła mnie bez reszty. Od tamtej chwili stałem się fascynatorem kariery i twórczości The Rolling Stones. Z początkiem lat dziewięćdziesiątych słuchałem dwóch kapel przez pewien czas - Metalliki i właśnie Stonesów i fascynacja obiema grupami była utrzymana względnie na jednym poziomie. Zacząłem zbierać płyty Toczących Się Kamieni i je poznawać. Wystartowałem oczywiście najpierwsam od dogłębnego odsłuchania płyty, którą przywiózł mi ojciec mój ukochany z demobilu i tę bardzo do dzisiaj  love much. Utwory takie jak DANCING WITH MR.D., SILVER TRAIN, 100 TEARS AGO, STARFUCKER, HEARTBREAKER czy ANGIE są dla mnie niezwykłymi kompozycjami czasem sobie do nich wracam. Uwielbiam generalnie nie tylko muzykę, ale też samą biografię zespołu, wszystkie wzloty i upadki, aresztowania i wyjścia na wolność, alkohol i dziewczyny, odejście gitarzysty Briana Jonesa (film fabularny STONED opowiada o kulisach jego tajemniczej śmierci), potem zatrudnienie Micka Taylora, który długo nie wytrzymał i zrezygnował i na koniec przyjęcie w swoje szeregi RONNIEGO WOODA (dla przyjaciół Woody), którego nie można nie lubić, a który jest w zespole po dziś dzień. Generalnie ich historia jest tak obszerna i rozległa, że nie ma sensu tego tutaj pisać. Przeczytajcie książkę SATYSFAKCJA, albo jakąkolwiek inną o zespole, a staniecie się tym, kim jestem ja. Fanem do deski grobowej. Jeśli nawet nie muzyki, to na pewno ich niezwykłych losów.

 

Moje dwa ulubione w tamtym czasie zespoły połączyła po wielu latach osoba MARIANNE FAITHFUL, która w latach sześćdziesiątych była wieloletnią partnerką MICKA JAGGERA, a w 1997 roku zaśpiewała na płycie z METALLIKĄ w utworze THE MEMORY REMAINS. Marianne zdaje się, że po dziś dzień występuje od czasu do czasu, a kiedyś wykonywała między innymi utwór Stonesów AS TEARS GO BY i dzięki niemu stała się dość popularna.

 

Zdołałem poznać do tej pory jedynie część NIEZWYKLE obszernej twórczości zespołu. Płyta DIRTY WORK, którą bardzo lubię jest na tej liście - polecam kawałki ONE HIT TO THE BODY, HARLEM SHUFFLE czy tytułowy DIRTY WORK. SOME GIRLS to super album, a moim ulubionym z niej utworem jest MISS YOU oraz także BEAST OF BURDEN, ale większość kawałków mi się podoba. LET IT BLEED i tam kilka świetnych piosenek z GIMME SHELTER na czele. EXILE ON MAIN STREET - dwupłytowy album, który jeszcze cały czas poznaję. STICKY FINGERS z okładką Andy'iego Warhola z BROWN SUGAR, WILD HORSES i wieloma super utworami. Płyta STEEL WHEELS - tak sporo jej onegdaj się słuchało - przypomnę choćby utwór BETWEEN A ROCK(AND A HARD PLACE) oraz MIXED EMOTIONS. Albumy nowsze VOODOO LOUNGE (utwór LOVE IS STRONG) oraz BRIDGES TO BABYLON (rewelacyjny). Dziesiątki utworów z okresu początku i lat sześćdziesiątych z najróżniejszych płyt i składanek, na których znajdowały się choćby covery CHUCKA BERRY, takie jak AROUND AND AROUND czy ROUTE 66, które w wykonaniu starych Stonesów po prostu kocham. Nie będę wymieniał tych wszystkich pieśni z pierwszych 4-5 płyt, bo jest ich tyle, że miejsca nie starczy, ale to coś niepowtarzalnego, co postawiło zespół THE ROLLING STONES na samym szczycie i tak jest po dziś dzień.

 

Onegdaj obchodziłem nawet urodziny wybranych członków Bandu Kamieniarskiego. Tak i również było z facetami z Metalliki. Teraz już się zajmuję innymi rzeczami, ale z tego co pamiętam bithhdaje co po niektórych muzyków z obu kapel są w następujące dni roku (podaję daty urodzenia):

 

MICK JAGGER - ur. 26 LIPCA 1943

KEITH RICHARDS -  ur. 18 GRUDNIA 1943

Pozostałych nie pamiętam, to było dawno, ale CHARLIE WATTS jest probably 1941 rocznik, więc ma 71 lat. (!!!!), a BILL WYMAN rok chyba 1936 (on już nie gra, bas mu się popsuł).

JAMES HETFIELD - ur. 3 SIERPNIA 1963

LARS ULRICH - ur. 26 GRUDNIA 1963

Kirk Hammett - ur. 18 listopada 1962

Jason Newsted - ur. 3 marca 1963, albo 4 kwietnia zawsze mi się myli, ale to pewnie dlatego, że Newkid już nie występuje, a maluje genialne obrazy.

Reszty też nie pamiętam w tej chwili, a nie chce mi się w necie szukać.

 

Jak łatwo zauważyć występuje wyraźna bliskość mentalno-duchowa pomiędzy tymi urodzonymi w odstępie kilku dni muzykami obu mega kapel. I tak na przykład frontmani METALLIKI i THE ROLLING STONES: 26 lipca JAGGER - 3 sierpnia HETFIELD, liderzy-założyciele 18 grudnia RICHARDS i 26 grudnia ULRICH. To wystarczy, aby zauważyć jakie muszą być spełnione warunki, aby narodziły się ponadczasowe kapele-kolosy-legendy, które w swojej klasie nie mają sobie równych. Najlepiej więc, aby założyciele i główni kompozytorzy nowo powstałych teraz zespołów, którzy liczą na prawdziwy sukces, urodzili się właśnie w okolicach tych dat.  METALLICA i THE ROLLING STONES wystąpili razem na jednej scenie kilka lat temu. Nie pamiętam kiedy to było dokładnie, ale można to sprawdzić. Ciekawe, czy zauważyli Panowie z obu stajni powyższą analogię i czy podczas wspólnego występu byli tego świadomi.

 

Także jeśli np. grasz na wieśle i śpiewasz (albo tylko śpiewasz), masz własny zespół i spełniasz ze swoim kolegą perkusistą (bądź gitarzystą) powyższe kryteria spokojnie czekaj na sukces. On niedługo sam się pojawi. Dobrze by jeszcze było, aby oddzielało Was 20 lat, czyli STONESI 1943 / METALLICA 1963 / WY 1983. Jeśli jesteście z tego rocznika i urodziliście się w powyższych dwóch „strefach datowych" macie największe szanse stać się kolejną legendą. Ba, macie nawet obowiązek nią się stać, bo to wasza misja, po to się urodziliście. Taka jest moja koncepcja.

 

Cóż nie będę pisał o samym filmie, choć miałem, ale zdanie zmieniłem. Koniecznie go obejrzyjcie. Powiem tylko na zachętę, że jest to film-koncert przepleciony wywiadami muzyków sprzed 40 lat, które to wypowiedzi są dowcipne i fantastycznie nawiązują do ich obecnej sytuacji. Koncert jest świetnie zrealizowany i wyreżyserowany przez MARTINA SCORSESE, stanowi niezwykły, niepowtarzalny dokument. Występują goście specjalni: JACK WHITE (The White Stripes), BUDDY GUY (legendarny bluesman - ten jest wyśmienity), CHRISTINA AGUILLERA (w zasadzie to niby kicha, ale z Mickem w duecie wypada naprawdę dobrze) oraz oczywiście genialny stons KEITH RICHARDS śpiewający, co zawsze jest godne uwagi. Jak patrzyłem na nich jak się zachowują na scenie, a w szczególności na to, co wyrabia ze swoim ciałem MICK JAGGER (67 lat), uznałem, że po tych wszystkich przeżyciach z najróżniejszymi uzależnieniami od trawki na najcięższych narkotykach kończąc, to że oni są w takiej niezwykłej formie to jakiś cud. Wydaje mi się, że Bóg nad nimi czuwa i pozwala do końca w zdrowiu i niesamowitej kondycji psychicznej i fizycznej realizować się w muzyce, czyli w tym co kochają robić i z czego czerpią przy okazji niebywałe zyski.

 

Każdy z nas powinien do tego dążyć. Robić to co naprawdę robić kocha i brać z tego korzyści finansowe. Cel dla Was i dla mnie. Powodzenia.

 

P.S. Zaskoczeniem dla Was będzie ujrzenie na scenie z Rolling Stonesami naszego prezydenta z małżonką. Pytanie którego. Aby to sprawdzić zapraszam na projekcję w zaciszu domowym, bądź w kinie, jeśli będą jeszcze hrali.

 

HAPPY BIRTHDAY JAMES!!! - tak, bo pewnie zauważyliście, że JAMES ALAN HETFIELD ma jutro swoje święto.

 

Rock'n'rollish stoned helll yeahhh!!!

 

Do usłyszenia już very soon. Kisses, my Blog Friends. 

 

 

 

 

 

 


oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

HEMP GRU "DROGA"

środa, 14 października 2009 10:16
 

Zapragnąłem napisać po raz drugi o płycie składu hiphopowego HEMP GRU, tytuł albumu DROGA. Krążek ukazał się w kwietniu tego roku i po przesłuchaniu wielokrotnym (za pierwszym razem, gdy o nim pisałem na moim blogu, byłem po 3-4 przesłuchaniach) uznałem, iż płyta HG jest godna tego, aby powrócić do niej po raz drugi i niekoniecznie ostatni. Płyta „Droga" zawiera bowiem w sobie bardzo ważny przekaz, o którym za chwilę napiszę. Przekaz skierowany do dzieciaków z osiedli, ale także dla tych wszystkich, którzy szukają swego miejsca na ziemi i mieli to szczęście, że trafili na long play DROGA, pomimo, iż tego nawet nie chcieli. I na tej grupie chcę się skupić i do tej grupy chcę się zwrócić przede wszystkim w moim tekście. Wiele osób, które hip hop uważają za prymitywny, prostacki i pozbawiony jakiejkolwiek wirtuozerii muzycznej (mówię tu głównie o rockmanach, metalowcach, do których sam się zaliczam od zarania dziejów), nigdy nie sięgnęliby po twórczość rapową, uważając, że to strata czasu. Nie wiem, jak jest z innymi zespołami hiphopowymi, ale stwierdzam świadomy praw i obowiązków, ja, Mazik człowiek o wyższym wykształceniu, czyli magister, wierszopisarz i przyszły Noblista (trzeba w siebie wierzyć hehe), syn doktora inż., wnuk profesora zw., który od 20 lat słucha muzyki gitarowej i którego nastawienie do nurtu osiedlowego było na domiar sceptyczne, stwierdzam, że mam swoje zdanie na temat płyty HEMP GRU „DROGA" i za moment je poznacie. A to zdanie może być zgoła odmienne od ogólnie oczekiwanego.

 

Martwi mnie jedno, co obserwuję u innych ludzi, także znajomych, którzy są bardzo negatywnie nastawieni do wszystkiego, co związane jest ze słowem HIP HOP, że nie chcą nawet spróbować DROGI przesłuchać. Hip hop to hip hop, słuchać nie będziemy, bo to na pewno beznadziejne, bez względu na to, jaki by to nie był zespół i co miał do przekazania. To jest dla mnie ograniczenie i to poważne, aczkolwiek przyznaję, że sam siebie oceniam negatywnie w tej kwestii, gdyż w przeszłości miałem identyczne podejście, ale tylko krowa w kropki bordo nie zmienia poglądów. I zapewne nigdy bym się nie przełamał, gdyby nie ta konkretna płyta HEMP GRU „DROGA", a to ponadczasowa twórczość dzieci ulicy, którzy to, co robią mają w sercu. Na pewno popełnili jakieś błędy w przeszłości, ale wyciągnęli z nich wnioski, i piszą o tym szczerze i otwarcie, czym są w stanie otworzyć oczy innym ludziom na istotne sprawy. To się tak bardzo czuje, że są chwile, że mam łzy w oczach, jak tego słucham. Napiszę coś osobistego, do czego pewnie nie łatwo się przyznać człowiekowi, który broni Metalliki i wirtuozerii w muzyce rockowej, aż tu nagle taka oto niespodzianka, że gdy po raz pierwszy wrzuciłem do odtwarzacza CD powyższą płytkę kilka miesięcy temu, totalnie się rozkleiłem. Jest tam zawarta tak wielka i głęboka walizka emocji i pozytywnego przekazu dla każdego człowieka, który potrzebuje wskazówki, jak żyć, jak odnaleźć szczęście i własną drogę, że sam byłem zszokowany reakcją mojego mózgu na to, co usłyszałem. Niby proste słowa, potoczny język, nieskomplikowana muzyka, zwykłe zdania sklejone jako tako w jedną całość, a jednak już wtedy zrozumiałem, że to coś wyjątkowego. Ja, metalowiec zagorzały, czy jesteście sobie w stanie to wyobrazić? Nawet nie mówiłem o tym jakoś mojej żonie Anuleńce, bo jakoś tak mi było dziwnie i głupio, że ten prosty hip hop aż tak mi się spodobał i stwierdziłem, że dam sobie czas na dogłębne przesłuchanie i jak pierwsze emocje opadną, ustosunkuję się do tematu na chłodno, bez zbędnych emocji, które mogły zamazać prawdziwy obraz płyty. Minęło prawie pół roku i wiecie, co się stało w tej kwestii? Moje odczucia podczas słuchania jej są dokładnie takie same. Powiem więcej, moja żona, która kocha Kult, Metallikę, Manu Chao i z hiphopem nie miała nigdy nic wspólnego, również uwielbia DROGĘ. Także jeszcze jedna heavy metalowa osoba z kręgu naszych znajomych, dla której pierwsza płyta HG była mało interesująca, a ta jest powalająca. Pozostałe osoby, albo nie chcą słuchać, albo stwierdzają, że muzyka jest tu tak banalna, że zanim usłyszą pierwsze zdanie muszą natychmiast to wyłączyć. A warstwa muzyczna jest tu jakby sprawą drugorzędną. Słowa na pierwszym miejscu. Choć ta płyta muzycznie mi osobiście też się w 60-70 procentach podoba. Lubię jej słuchać, więc nie tylko ze względu na treść.

 

Zagadnienie odnalezienia własnej drogi przez każdego człowieka jest jednym z fundamentów wszystkiego. Jest podstawą do odnalezienia szczęścia w życiu. Bez świadomości tego jakie są nasze mocne strony, co tak naprawdę kochamy robić i co jest najważniejszą rzeczą w naszym własnym i niepowtarzalnym marszu przez życie, nie jesteśmy w stanie odnaleźć prawdziwego szczęścia. Ewentualnie możemy otrzeć się od czasu do czasu o jego namiastkę. O tym, tak naprawdę jest płyta raperów z warszawskiego Mokotowa. Jest w niej zawartych także wiele innych aspektów, tak jak podstawy moralne, jakie powinien każdy człowiek utrzymywać na podstawowym chociaż poziomie, aby móc samemu sobie spojrzeć w oczy w lustrze, które wisi zwykle w łazience nad naszą umywalką. Stajemy tam co rano przed wyjściem do pracy, czy też szkoły i patrzymy sobie prosto w oczy. Widzimy odbicie własnego sumienia i wiemy już czy jesteśmy dobrym człowiekiem, czy też należy się otrząsnąć i uświadomić sobie, że to co robimy złe i że trzeba zacząć wszystko od nowa. Z nową, czystą kartą, i z twarzą ruszyć w drogę, ku poszukiwaniu własnego ja, w prawdzie w zgodzie z samym sobą, z własnym wnętrzem. Nie da się robić w życiu tego, co nie jest nam bezpośrednio pisane. Nie da się żyć życiem innych. Jedyną drogą jest odszukać to, dla czego my sami się narodziliśmy i zacząć to robić. Taki prosty wniosek i choć może mało oryginalny, to do bólu prawdziwy. Taki też przekaz ma płyta HG „DROGA".

 

 

W słowach idących z odtwarzacza jest dużo potocznego języka, języka ulicy i dlatego jest to prawdziwa płyta. Jest od czasu do czasu jakiś skrót, albo słowo, które nie będzie zrozumiałe dla takiego słuchacza, jak ja, ale w miarę zgłębiania warstwy tekstowej, coraz więcej słów na początku nie jasnych, stawało się coraz bardzie oczywiste. Słowa w poszczególnych utworach są budujące, motywujące, zaskakujące i chwytające za serce. Nie zawsze i nie we wszystkich utworach w stu procentach, ale w 80% przypadku ta płyta jest dla mnie fenomenalna, jest  niesamowitym lekarstwem, pomocą dla innych ludzi, pozytywnym przekazem, pokazaniem, że trzeba żyć i być szczęśliwym, a wszystko tak naprawdę zależy od nas samych. Nic samo się nie stanie, musimy wziąć sprawy swoje ręce i zacząć się cieszyć z każdej chwili. Za tę płytę zależy się HEMP GRU coś więcej, niż jakaś tam nagroda muzyczna. Tym albumem otwierają oczy ludzi czasem zagubionych, szukających sensu i nie wiedzących, jak żyć. Za coś takiego jakaś tam statuetka, to zdecydowanie za mało, za to, co dali ludziom raperzy z Mokotowa, WWA. Za tę płytę wielki i szczery szacunek dla HEMP GRU, cokolwiek złego by o nich kiedykolwiek i ktokolwiek nie powiedział, ja stoję murem za tą płytą zawsze i wszędzie. I każdemu będę to powtarzał.

 

 

Na koniec napiszę, coś za co mnie wyśmiejecie i stwierdzicie, że bredzę i że mam coś nie tak z mózgiem. Według mnie płyta DROGA i to co jest w niej zawarte, przewyższa choćby wszystkie dokonania człowieka, którego szanuję i podziwiam od lat wielu za teksty, a mianowicie według mnie wszystkie teksty Kazika Staszewskiego wzięte do kupy nie równają się z tym, co przekazuje BILON HG i WILKU WZD na swoim ostatnim albumie. No to się naraziłem, ale tak właśnie myślę hehe.

 

Wraz z przyjaciółmi, którzy nagrywali z nimi powyższą płytę, a którzy pochodzą z najróżniejszych składów podziemia rapowego w Polsce. Poniżej przedstawiam krótką charakterystykę utworów, moją skromną ocenę oraz gości na płycie. Aliasy używane w hiphopie, to zwykle ksywki z podwórka, więc czasami brzmią trochę śmiesznie, ale są takie po prostu są, a są prawdziwe:

 

 

  1. INTRO (1)

 

  1. 63 DNI CHWAŁY (2) - pisałem już w pierwszym wpisie o niezwykłości tego utworu. Przypomnę tylko, że jest to kompozycja o Powstaniu Warszawskim i aby nie przedłużać zapraszam tym razem na oficjalny teledysk do tego kawałka. W poprzednim wpisie była muzyka podłożona pod film zmontowany przez internautę.

 

MOJA OCENA 10. / Juras, Luta /

 

http://www.youtube.com/watch?v=jdLPT8mt6VI

 

 

 

  1. DROGA (3) - utwór, który od razu wpada w ucho i ma wiele pozytywnych przesłań. Mówi o tym, że każda chwila jest bezcenna i że trzeba wyznaczyć sobie cel w życiu i do niego dążyć. A celem powinno być to, co czujemy, że należy do nas samych. Nie należy się załamywać przeciwnościami losu i nawet jeśli mamy dość, wstajemy i idziemy dalej. W tym wszystkim Bóg, wiara w niego i w samego siebie odgrywa podstawową rolę.

 

WILKU WDZ:

„To moje życie, tak, to moja droga
Z uśmiechem budzę się, każda chwila jest nowa,
Kreuję rzeczywistość, tworze te słowa,

Miłość, zajawka, talent, to wszystko od Boga.
Popatrz w przyszłość, niektórzy mają wszystko
Nie każdy to rozumie, nie wiedzą, co to czystość.
Eliminuję z miejsca mentalne niewolnictwo,
Wygrała Twoja słabość, a byłeś już tak blisko.
Czasem też mam dość, lecz dalej podążam
Na nic Twoje żale, lamus się pogrąża
Sam ja idę tam gdzie nadzieja, gdzie promienie słońca
WDZ - powtarzam bez końca,

Ucz się, pracuj ciężko dnia każdego
Trening czyni mistrzem, dużo w tym dobrego,

Pierwszy krok to początek, by osiągnąć szczyty

Działaj świadomie, przestań na farta liczyć.

BILON:

Gdy nie masz perspektyw, to jedyna rzecz
Ruszaj do przodu, obierz drogi cel,
Zapamiętaj dzień kiedy odnalazłeś sens,
Teraz na rejonie z głośnika HG."

                                                                                                                
MOJA OCENA 9. /BEZ GOŚCI/

 

 

 

  1. W HEMP ARMII (4) - utwór mówiący o tym, że na ziemi jest i dobro i zło, i że trzeba umieć odróżnić jedno od drugiego, ale z wiarą i w jedności z przyjaciółmi, można iść przez życie z godnością. 

 

MOJA OCENA 6,5 / Żary, Jasiek MBH, Szczurek/

 

 

 

  1. STRZAŁ (5) - kawałek mówiący o tym, że ważna jest wolność mentalna każdego człowieka i że należy do niej dążyć bez względu na wszystko.

 

 

BILON:

„Myśli otwarte, ograniczenia niszczą
Myślę, więc jestem, ale to nie jest wszystko
Czuję, że żyję, bo w rękach mam swój los
Weź dzieciak zbadaj, co mówi ci ten głos.
Przyjaźni most zgładzi niezgody kość
Jedność to moc, za którą oddam cios
Wylana złość, gdy przyjdzie życia kres
Z czystym sumieniem aż się umierać chce
Z uśmiechem bladym dumnie powiedzieć: Cześć
Świat się nie kończy, a to był tylko test."

 

MOJA OCENA 7,5 /BEZ GOŚCI/

 

 

 

  1. SKIT (6)

 

  1. NIESPEŁNIONE OBIETNICE (7) - „Nie popisałeś się Prezydenciku Śmieszny, ze swoją siostrą Jarkiem, dla kraju niebezpieczny, masakra, miazga, zlasowany mózg, skończ już waść, sprzątnij po sobie gruz.(...) - To jedna ze zwrotek o wiadomych panach bliźniakach. Tyczy się jednak wszystkich polityków. Ale pozostałe zwrotki mówią generalnie o tym, że jak dajesz słowo, albo coś komuś obiecujesz, musisz się z tego wywiązać, bo stracisz szacunek. Nie wolno wzbudzać nadziei, a potem z tego kpić - rapuje Bilon Bpp.

 

I NA KONIEC WILKU:

„Pomyśl, co chcesz powiedzieć zanim zaczniesz się jąkać
Unikasz ludzi, których za nic nie chcesz spotkać
Twoje gwarancje wielu brało za pewnik
Ci co oszukują samych siebie są na prawdę biedni.
Nie czujesz winy, gdy w żyłach syf się toczy
Myślisz, że jesteś inny? Synu, otwórz oczy
Narkotyki i alkohol, to codzienność, chleb powszedni
W domu chlew, w bani mętlik, a w duszy śmietnik." 

 MOJA OCENA 8,5. /BEZ GOŚCI/

 

 

 

  1. WYROK ULICY (8) - POLECAM OPUŚCIĆ TEN UTWÓR PRZY PIERWSZYCH 5CIU ODSŁUCHANIACH PŁYTY, BO SIĘ MOŻECIE ZNIECHĘCIĆ. JEST TO JEDYNY KAWAŁEK NA PŁYCIE, W KTÓRYM JEST DUŻO WULGARYZMÓW I GENERALNIE JEST TO NAJOSTRZEJSZY MOMENT , KTÓRY MOŻE WYWOŁAĆ NEGATYWNE UCZUCIA I KTÓRY JEST MI TRUDNO OCENIĆ. NA PEWNO NIE NALEŻY GO PUSZCZAĆ DZIECIOM - mówi o porozumieniu kilku zaprzyjaźnionych składów takich jak HEMP GRU, DIXON 37, FIRMA KRK oraz o tym, że na ulicy panują specyficzne zasady. Przede wszystkim bardzo źle widziani są osobnicy współpracujący z policją oraz że złamanie zasad ulicy jest bezwzględnie karane.

 

MOJA OCENA - ?   / Kafar, Tadek, Bosski Roman, Kali, Popek, Rest/.

 

 

  1. WŁAŚNIE TAK (9) - utwór dla mnie najlepszy na płycie, o czym już pisałem kilka miesięcy temu i nic się nie zmieniło. Mocne słowa, bez specjalnych przegięć rodem z kawałka nr 8, opisujące świat, który swą globalizacją i kapitalistyczną pogonią za pieniędzmi, zabija prawdziwe wartości w ludziach. Mówi również o tym, że jeśli wpadłeś w taką pułapkę teraźniejszości, powinieneś natychmiast się otrząsnąć i przywołać wartości ponadczasowe, takie jak lojalność, dobro, braterstwo, przyjaźń i tym torem iść dalej przez życie. Ważne jest także to, aby wziąć sprawy w swoje ręce i decydować o swoim losie.
                                                                                           
    „ Życie to nie bajka, nikt za darmo nic ci nie da, nie wiesz czym jest chłód, głód, nie wiesz czym jest bieda, podziękuj rodzicom, wznieś ręce do nieba, dookoła zawiść, zrozum innej drogi nie ma(...), szacunek podstawą, ci co zjebali układ już tego nie naprawią, kolejny wykład o tym jak pogrąża sława, władza, sam dawaj przykład by od innych wymagać, to nie jest prosta sprawa - odpowiedzialność, czas się ogarnąć, czynsz sam się nie opłaci, lodówka nie napełni, bounce i lans, mam dość tych bredni(...), wytyczony szlak, mapa w sercu wyryta, to ludzie kontra świnie u koryta i psy gończe, jesteśmy kwita na tym kończę." - tak kończy kawałek WILK WZD. 

 

MOJA OCENA 10. / Bob One, Luta, Bas, Mioush /

 

 

  1. IM SZYBCIEJ SIĘ JORGNIESZ (10) - „Im szybciej się jorgniesz, że narkotyk to bruk, jeśli już to wiesz, to kolejny cud" - słowa BILONA, najważniejsze w całym utworze.

 

WYJAŚNIENIE: Jorgnąć się znaczy zorientować się

 

MOJA OCENA 7,5. / Żary, Peja /

 

 

 

  1. SKIT (11)

 

  1. H.W.D.P. (12) - tego utworu także nie polecam osobom nie związanym z nurtem ulicznym. Zostawmy ten temat ludziom bezpośrednio związanych z nurtem hip hop. Generalnie nie słucham tego utworu na co dzień w ogóle. Nigdy nie miałem do czynienia z policją i z komendą. Ten temat jest mi kompletnie obcy. I niech tak zostanie. Jednak przyznaję, że wolałbym się nigdy nie przekonać jacy potrafią być niektórzy policjanci...

 

MOJA OCENA - ?  / Żary /

 

 

  1. GRAM VA BANQUE (13) - kawałek o tym, że w życiu trzeba iść własną drogą i postawić wszystko na jedną kartę, zagrać va banqe, to jedyna powinność człowieka. Można to zrobić jednak dopiero wtedy, gdy wiemy już kim naprawdę jesteśmy i wtedy udać się w drogę własnego przeznaczenia. Świadomie i z godnością pójść przez życie.

 

WILKU:

„Jeśli wchodzę w coś, to na stówę
Amatorstwa najbardziej nie lubię
Marnego aktorstwa - nie znoszę
Mówię: jesteś dupkiem, uwierz proszę.
Wyciągnąłeś łapy po kapuchę zbyt szybko
Gdzie twoje ziomy, branżowa dziwko?
Zapomniałeś, co znaczą słowa: prawdziwy hip-hop?
Ja RAPeR na jedną kartę postawiłem wszystko
Razem z bratem kręcę lolki, kręcę światem
HG-armia, JLB, DIIL GANG kartel
Mamy zasady i na życie patent
Ja notuję zyski, Ty ponosisz straty.
Kobiety wiedzą o tym - wiedzą więcej
W ruletce życia możesz przegrać swe serce
Możesz wygrać i odnaleźć szczęście

Albo grasz va banque albo grzejesz miejsce.


BILON:
"Mówię Ci Maleńka, choć dobrze o tym wiesz
Stawiam va banque całe życie swe
Jeśli daje miłość, to też tego chcę
Byś kochała mnie, nawet wtedy gdy jest źle.

Mówię Ci człowieku, choć mały jest ten świat
Wielki jest fakt ze mówimy sobie brat
Pomyślny wiatr, niesie ze sobą fakt
To JLB, trzy słowa które znasz.„ 

 

 

SŁOWNICZEK DO KAWAŁKA - WYJAŚNIENIE:

JLB : JEDNOŚĆ - LOJALNOŚC - BRATERSTWO

DIIL /DIIL GANG/ : marka HG

LOLKI to skręty


MOJA OCENA: 9 / BEZ GOŚCI /

 

 

 

  1. SKIT (14)

 

  1. DR JOINT (15) - kawałek o marihuanie i o tym, że każdy powinien sam decydować czy pić wódkę i czy palić trawkę, bo szkodliwość obu używek jest generalnie podobna. Słucha się bardzo przyjemnie, choć sam nie palę zielska, a raczej piję czystą narodową, jeśli już. 

 

MOJA OCENA 7. / ŻARY, OLA MONOLA/

 

 

 

  1. ZACHOWAJ TWARZ (16) - znowu prostym, potocznym językiem o ważnych rzeczach:

 

 

WILKU:

 

„Zadany trud przynosi efekt taki
Reprezentujemy hardcore, nie dajemy padaki.
Wciąż tacy sami, w doświadczenie bogatsi
Pyta mnie brat: "Ziom, w lustro czasem patrzysz?"
Tak, mam świadomość popełnianych błędów
Dobra wiadomość taka, ciągle nie tracę pędu.
Teraz bez nerwów staram się rozwiązać problem
Mów, co leży na sercu, nie rozbijaj na drobne.
Pomiędzy złem, a dobrem jest obojętność, pustka
Zachowaj twarz, nim na zawsze zamkniesz usta.

 

/ LUKASYNO/

Ref.

Zachowaj twarz na ulicy
Zachowaj twarz na koncercie (...)
Zachowaj twarz wobec innych

Przede wszystkim wobec siebie
Zachowaj twarz

Bądź siebie pewien.

To w twojej głowie,

W twoim sercu,

W twojej duszy
Sam

Wybór masz
Twe oczy odbiciem,

A wyrazem twarz.

MOJA OCENA 7.  / LUKASYNO /

 

 

 

  1. KTÓREGOŚ DNIA (17) - ostatni utwór na płycie, o tym jak ziomale spotkają się kiedyś na wspólnej imprezie i będzie tak jak dawniej. Bardzo pozytywnie w tym kawałku udziela się druga kobieta na płycie, niejaka KALA NON, która ma fajny wokal i dodaje artyzmu całej płycie, gdyż śpiewa, a nie rapuje. Ale jest też o istotnych sprawach:

 

WILK:

„Któregoś dnia podejmiesz decyzję
Pójść na łatwiznę czy pokazać charyzmę
To co wybierzesz, bądź świadom już dzisiaj
Będzie mieć wpływ na jakość twego życia.
Któregoś dnia, wcześniej czy później to zrozumiesz
Każdy jest częścią systemu, ziom uwierz
Nie myli się tylko ten, co nic nie robi
Sen sam się kończy, kiedy dzień nadchodzi.


A w końcówce odzywa się sam Ryszard Riedel z zespołu Dżem...

 
MOJA OCENA: 8 /KALA NON, RYSIEK RIEDEL Z ZAŚWIATÓW/



  1. OUTRO (18) - to jeden z najważniejszych momentów płyty. Zwraca uwagę w prosty sposób i hasłowo, że eksperymenty naukowe, genetyczne, wojny i generalnie całe zło świata, ten nasz glob ogarnęły w ostatnim czasie. I uświadamia, że idziemy jako ludzkość ku niewątpliwej zagładzie. No chyba, że nastąpi niespodziewane przebudzenie.

 

MOJA OCENA: 10

 

 

KONIEC I OSTATNIE ZDANIE PODSUMOWUJĄCE:

 

 

HEMP GRU na pierwszej płycie mówiło o zwykłych sprawach, albo mniej istotnych, czasem banalnych albo poruszało głównie kwestię legalizacji marihuany i nienawiści do policji i do systemu. Dla mnie między pierwszą, a drugą płytą jest różnica przepaści w przekazie i poruszanych kwestiach. Bo teraz, dzisiaj, oprócz tychże „żelaznych tematów dla HG" na pierwszy plan wyszły najistotniejsze w życiu sprawy i za to wielki szacunek. Muzycznie jest mniej rapowa, bardziej melodyjna i to mi odpowiada. Wiadomo, że nie da się porównywać rocka i hip hopu, bo to zupełnie inne dwa światy. Nie ma tutaj solówek, karkołomnych przejść na perkusji, odtwarzania tego wszystkiego na żywo, czym zdecydowanie góruje rock-metal nad hip hopem, przy koncercie rapowym, na którym muzyka odtwarzana jest z maszyny, a tylko wokale (gadane, śpiewane) są na żywca. Jest to wszystko prawda i możliwe, że nie będę słuchał już żadnych innych kapel z nurtu HipHop, ani też chodził na koncerty. Ale jedno jest pewne, longplay HEMP GRU „DROGA" wszedł na stałe do kanonu moich ulubionych płyt i nie istotne jest czy to się komuś podoba czy też nie. Dla mnie to coś z górnej półki, pierwszej dziesiątki moich albumów wszechczasów.  

 

Możliwe, że HG nigdy więcej nie nagra takiej płyty jak DROGA i że to płyta ich życia. Ale nad tym się nie zastanawiam. Po prostu cieszę się, że mogę jej słuchać i że jest. No może z wyjątkiem utworu H.W.D.P. Ale nic ani nikt na ziemi nie jest doskonałe i nie każdemu musi się wszystko podobać. A jeśli HEN GRU (tak mówi mój synek, jak chce, abym mu puścił DROGĘ) nagra za kilka lat jeszcze lepszą płytę od tej, to będzie fenomenalnie.

 

Tego właśnie życzę BILONOWI i WILKOWI (oraz ŻAREMU, w końcu ten chłopak też tam jest) na następne lata działalności na rynku muzycznym.

 

Generalnie LUDZIE, KUPCIE SOBIE TEN DRUGI ALBUM, to obowiązek, jak kiedyś służba wojskowa.

 

Pozdrowienia dla zespołu HEMP GRU.

 

Podpisano

 

MAZIK MPO

 

(jakbym był raperem, to bym się tak nazywał hehe)

 

Zagadka, co to za skrót?

 

Rozwiązanie zagadki:

 

MAZIK Marycha Powącha Onuce.

 

KOCHAM MOJEGO SYNA!!! GOD BLESS.

ŻONKA, LOVE.

 

ŻYCIE JEST PIĘKNE!!! NA KONIEC ZAPRASZAM NA TELEDYSK TYTUŁOWY.

 

http://www.youtube.com/watch?v=oqzTignky58

  

 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

LIQUID SANITY

piątek, 26 czerwca 2009 10:21
 

Słuchajcie kochani dzień dobry cześć i czołem. Znacie moją miłość do pewnego zespołu o nazwie LIQUID SANITY. Ich kariera się na chwilę zatrzymała, ale mam nadzieję, że to przejściowe trudności i że już niedługo znowu o nich usłyszymy. Aby się przypomnieć szerszej publiczności nagrali na początku tego roku teledysk do premierowego utworu WAITING HERE, w którym wzięli udział:

 

  • - BOBBY BREWSKI (USA)
  • - MATEUSZ JARZYŃSKI znany pod pseudonimem Jarzyn z projektu J-ICE (w którym czynny, bo basowy udział, brał cżłonek Liquid Sanity KRZYSZTOF PARSZEWSKI alias ICERZ)

 

Panowie mieli świetny start w latach 2004-2006 kiedy zagrali masę koncertów i supportowali wiele znamienitych kapel. Lady Pank, Kat, Farben Lehre (choć twórczości tej kapeli akurat zupełnie nie znam), T.Love to przykłady tych, których rozgrzewali liquidowi panowie oficerowie na koncertach. Osobiście zetknąłem się z kapelą podczas szoł kolegi mojego z kapeli Lethal Dose, Przemasa. Na tym samym koncercie, który odbył się w 2005 roku w klubie Metal Cave, wystąpił także Liquid Sanity. Udaliśmy się tam jako trio Anula+Mazz+KiliBro i w zasadzie to poszliśmy tylko na ten band Pana Przemysława i potem już mieliśmy iść do domu, gdy okazało się, że w sumie to jest fajnie, browarki lecą jeden po drugim, więc czemu nie zostać na drugą kapelę. Tak, i to było naprawdę coś. Ten koncert był fenomenalny, to znaczy zdziwiliśmy się, że czterech niepozornych gości może zagrać taki niesamowity set. Utwory były mocne i melodyjne, trochę reagge, do tego kilka coverów, m.in. Eye of the tiger oraz coś z repertuaru Limp Bizkit. Talent wokalisty był aż nadto widoczny, przy tym rzetelna robota pozostałej trójki. Zastanawiałem się potem długo czy oni rzeczywiście tak fantastycznie grali, czy ja już byłem taki pijany.

Po pewnym czasie natknąłem się na ich koncert z klubu Stodoła, do którego link znajduje się na tym blogu w dziale muzyka, i znów te ich utwory mnie powaliły na glebę. Uznałem, że oczywisty jest fakt, że są wyjątkowym zestawieniem muzyków, którzy rozumieją się bez słów i którzy czują odpowiednią wibrację, dotyk Boga. I tylko kwestia czasu, kiedy wejdą na szczyt. Może głupio tak sądzić o jakieś kapeli ze wsi Gąsawy Rządowe Niwy i od razu przesądzać, że tych czterech małolatów jest aż tak wyjątkowych, ale postanowiłem, że pierdolę opinię innych, i trzymam się własnego zdania, choćby nie wiem co, nie dam się nigdy przekonać, że przesadzam co do nich. I szczerze w to wierzyłem i wierzę do dzisiaj.

 

Nawet bardzo starałem się przekonać kiedyś grupę Hetman, aby Liquidzi mogli zagrać z nimi na jednej scenie w starej Progresji, ale ten mój plan, choć był bliski zrealizowania, definitywnie padł na tydzień przed koncertem. A potem już Liquid zawiesił niespodziewanie działalność na czas nieokreślony z przyczyn nieznanych, a może znanych.

 

Teraz zapraszam Was na teledysk, naprawdę fajny kawałek materiału. Niestety nadal nieczynna jest strona internetowa zespołu, dlatego adres, który widać na teledysku na ten moment chwilowo nie działa.

 

http://www.youtube.com/watch?v=dI3cEswV6BA

 

 

Panowie do dzieła odradzajcie się, twórzcie stronę www, reaktywujcie stary materiał i zacznijcie grać koncerty. Tego Wam z całego serca życzę.

 

Pozdro from Mazz

 

 

 

 

 

LIQUID SANITY:

 

 

Krzysztof Parszewski - bass

Krzysztof Wiśnios - perkusja

Jakub Gajewski - vocal

Kamil Parszewski - gitara

 

 


oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

MAZZ I HIP HOP, CZYLI HEMP MAZZ F(RAPUJĄCY)

poniedziałek, 15 czerwca 2009 15:07
 

W sobotę idę na koncert hip-hopowy. Nawet takie rzeczy się zdarzają. HEMP GRU. To nazwa zespołu. Słuchałem nowej płyty. Tytuł DROGA. Nawet niezła. Jak na ten nurt muzyczny. Powiem tak, pewnie bym nigdy po nią nie sięgnął, gdyby nie prezent od szwagra przyszywanego. A tak to sobie trochę posłuchałem i jak na teksy blokowiskowo - hwdpowe   zahaczające gdzieś tam o palenie zakazanego w Polsce zielska, stwierdzam, że jest to płyta generalnie MOTYWACYJNA. Lubić czy nie lubić hiphopu, trzeba jednak to docenić w owym wydawnictwie. Z resztą koncert, na który się wybieram, odbędzie się w Stodole. Aby choć w połowie zapełnić klub studencki z ulicy Stefka Bathorego, naprawdę trzeba mieć spora publiczność i posłuch wśród społeczeństwa. Jako support wystąpi thrash metalowa grupa Bathory. Żart. I ciekawe czy Hemp Gru się to uda, czyli czy w Stodole będą tłumy. Chętnie się o tym przekonam, jak bardzo popularny hip-rap w Polsce jest i wybiorę się w sobotę na kończące trasę show w Warszawie, Mokotowie, czyli w dzielnicy, w której urodzili się i tworzyli dwaj Hemp Goście, czyli Bilon and his friend Wilk WDZ. Ksywki w środowisku tym właśnie są cechą charakterystyczną i wszyscy ci, którzy gdzieś tam na naszym rynku się pojawili, w różnych składach, dzielnicach i miastach, znani są właśnie z przezwisk, które towarzyszyły im zwykle od szkoły podstawowej. Wydaje mi się, że takimi chcą pozostać, więc nie ujawnię prawdziwych personaliów wymienionej powyżej znakomitej dwójki przyjaciół z Mokotowa.


Wracając do płyty. Podstawą oprawy muzycznej jest perkusja i gitara basowa. Aranż utworów jest bitowy, momentami taneczny. Choć mało w tym gitar, które ja jako miłośnik heavy metalu na przykład, oczywiście bardzo lubię. No ale w tej muzyce zbyt wielu gitar ma nie być przeca. To nie Metal Heavy, ani tym bardziej Carlos Santana. Słucha się tego jednak dość przyjemnie.


Najważniejsza jest warstwa przekazu tekstowo-merytorycznego. Jest to album „hip-rymowany", że pozwolę sobie tak go nazwać. Nie chcę warstwy słownej ani specjalnie chwalić, ani specjalnie krytykować, bo sam sobie lubię coś tam od czasu do czasu napisać i też jednemu się podoba, a drugiemu przeciwnie. To indywidualna kwestia gustu każdego z nas. Może inaczej. Ten przekaz w większości do mnie akurat trafia, więc spełnia funkcję założoną zapewne przez twórców tekstów do tej płyty, czyli przede wszystkim Bilona i Wilka. Nie będę analizował wszystkich utworów po kolei, bo ich jest sporo i też nie o to tutaj chodzi. Może ktoś powiedzieć, że jest to uproszczony zbiór słów, ale jest to przecież prosta muzyka więc i naturalnie tak wygląda rymowanie w hiphopie.  Członkowie HG nie są przecież Adamem Mickiewiczem (którym z resztą nikt z nas nie jest, no może poza samym Adamem Mickiewiczem), tworzą po swojemu jak potrafią i jak szczerze czują.  W tej branży zdarza się sporo gównianych zlepków słów, ale są też i przypadki ciekawych rozwiązań. I do tych ostatnich należy, przynajmniej moim skromnym zdaniem, album HEMP GRU „DROGA". I w kwestii tekstowej jest dla mnie znacznie lepszy od pierwszej płyty, tego samego zespołu zatytułowanej „KLUCZ", którą także słyszałem lat temu kilka. Pierwsza płyta dostała m.in.nagrodę European Breaking Borders Award od Komisji Europejskiej w Cannes, ale jakoś specjalnie mnie nie zachwyciła. Natomiast "Droga" tekstowo i muzycznie jest dużo lepsza i mi dużo bardziej pasuje. Nawet sometimes very much.


Najważniejszy NA PŁYCIE jest kawałek numer dwa: 63 DNI CHWAŁY, czyli ten zaraz po intro. Jest to przepiękny ukłon w stronę Powstańców Warszawskich 1944. Tekst jest wzruszający i powalający. Za ten utwór należy się zespołowi HEMP GRU wielka pochwała, a nawet nagroda muzyczna Fryderyka, bo to majstersztyk i szczery przekaz, który ja jako rockmazz doceniam. Pozostałe bitsongi mają swoje lepsze i gorsze momenty (przeważnie lepsze) i są czymś, co określiłbym „chęcią pokazania wszystkim, którzy nie mogą się odnaleźć w swojej rzeczywistości, że watro żyć, być uczciwym, honorowym i że w ogóle nie należy się nigdy poddawać i załamywać, bo zawsze po ciemnej nocy, przychodzi dzień, na który warto czekać". Wydaje mi się, że ta płyta pomoże wielu osobom odbić się od dna. I to było najważniejsze zdanie, jakie tutaj napisałem o HG i o ich nowej płycie. Ten album ma wielką moc i skoro zauważyłem to ja, czyli ktoś kto na co dzień hemp-hopu nie słucha, to jest to mam nadzieję jakiś wykładnik. A przecież w większości przypadków, tak myślę, odbiorcami hip hopu są młodzi ludzie, którzy spędzają swoje dzieciństwo i młodość na ławce z alpagą, jointem i bijąc się z policją, gdzieś na warszawskim blokowisku. Nie mający specjalnych perspektyw na przyszłość, po przesłuchaniu płyty swoich ulubieńców mogą zrozumieć, że jeszcze nie wszystko stracone. Że wszystko zależy od Nas, i że jeszcze nie jest za późno, aby zmienić swoje życie na lepsze, uwierzyć w siebie i pokazać światu, że jesteśmy dużo warci, ale na chwilę o tym zapomnieliśmy. Może przez trudną sytuację rodzinną, może przez brak zainteresowania i miłości ze strony najbliższych. Ale to jeszcze nie koniec naszego życia, ono dopiero się zaczyna. Od dnia, w którym przesłuchacie DROGĘ, zaczniecie swoje nowe życie.

 

Jeśli jesteśmy w temacie hiphopu, to pozwolę sobie na koniec na kilka słów na temat największego wroga wszystkich chyba hiphopowców.

 

H.W.D.P. co to jest za brzydkie hasło?

 

Czy policjanci bywają skur...synami to nie wiem, bo nie miałem styczności. Znam kilka historii od różnych osób i nie pokazują one służb niebieskich w kolorowych barwach. Śpiewając „H.W.D.P." (CH...w d. Policji, może trochę za ostro, ale takie jest hasło przewodnie w hiphopie)  nie chodzi o to, aby policji nie było, bo być musi. Jest kwestia traktowania przez funkcjonariuszy obywateli, którzy są zatrzymywani przez służby umundurowane. Osoby z „środowisk stykających się dość często z The Police" twierdzą, że policjanci to zwierzęta i w większości przypadków zachowują się gorzej niż przestępcy. Spór zdaje się być nie do rozstrzygnięcia. Jako spokojny obywatel staram się w każdym razie unikać kontaktu zupełnie i myślę, że prawda leży gdzieś po środku. Tyle komentarza.

 

UTWORY NA PŁYCIE:

  • 1. Intro / 2. 63 Dni Chwały / 3. Droga / 4. ...W Hemp Armii / 5. Strzał / 6. Skit / 7. Niespełnione Obietnice / 8. Wyrok Ulicy / 9. Właśnie Tak / 10. Im Szybciej Się Jorgniesz / 11. Skit / 12. H.W.D.P. / 13. Gram Va Banque / 14. Skit / 15. Dr.Joint / 16. Zachowaj Twarz / 17. Któregoś Dnia / 18. Outro

 

 

TYLE W TAK NIETYPOWYM DLA MNIE TEMACIE.

 

„ Polecam kawałek 'Niespełnione obietnice' z sentencją o naszym prezydencie"  - Mazz


 "Utwór  'Właśnie Tak' jest zabijający i wzruszający. Po Powstaniu Warszawskim, najlepszy na płycie" - Mazz


"Oczywiście raz po raz występują tzw. bluzgi, ale bez nich hihop nie byłby prawdziwy" - Mazz 



" Skity są to takie krótkie gadki w stylu, :Siem ziomuś, co słychać" jakby ktoś nie wiedział i stanowią przerywnik-urozmaicenie między utworami" - Mazz Encyclopedya



„Kawałek numer 12 widocznie musiał być skoro jest. Ale taka to specyfika." - Mazz



PODSUMOWUJĄC:

"Obywatelu, nie siedźcie tak na kamieniu, bo Wilka (i Bilona) dostaniecie (na urodziny)" - Stanisław Bareja&Mazz Cooperation


I TEGO WAM ŻYCZĘ PRZY PONIEDZIAŁKU!!! 

ZAPRASZAM NA "63 DNI CHWAŁY:


http://www.youtube.com/watch?v=UuJZtRcyIMQ&feature=related

 

 

  



 


oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

DR HUCKENBUSH W WARSZAWIE !!! 23.04.2009 !!!

piątek, 17 kwietnia 2009 13:39



KULTOWA KAPELA PRZERÓBKOWA DR.HUCKENBUSH WYSTĄPI W WARSZAWIE W PRZYSZŁY CZWARTEK. SZCZEGÓŁY NA OFICJALNEJ STRONIE:


http://www.dr.hackenbush.vn.pl


FRED STANDARD I WILLIAM KOX - TO KULTOWE POSTACIE MOJEGO DORASTANIA. ICH NASZPIKOWANE BRZYDKIMI WYRAZAMI KAWAŁKI BEATLESÓW, STONESÓW, KINKS I INNYCH WYKONAWCÓW BYŁY DLA MNIE CZYMŚ W RODZAJU ZAKAZANEGO OWOCU. KASETA Z KONCERTU KRĄŻYŁA PO POLSKIM PODZIEMIU W CZASACH KOMUNY LAT 80-TYCH I ROZBAWIAŁA MNIE SWOIMI TEKSTAMI, KTÓRE BYŁY CZASAMI TROCHĘ WULGARNE, ALE PRZEDE WSZYSTKIM ŚMIESZNE I JAJCARSKIE, PRZYNAJMNIEJ DLA MNIE. 

OTO INFORMACJA O ZESPOLE Z PORTALU INTERIA.PL:

Pamiętacie Dr. Huckenbusha?

Andrzej 'Zmora' Rdułtowski
Andrzej 'Zmora' Rdułtowski aka Fred Standard

Piątek, 17 kwietnia (06:40)


Kontrowersyjny i zarazem kultowy projekt Andrzeja Rdułtowskiego znów koncertuje.

Przypomnijmy, że Dr. Huckenbush to formacja powstała w 1981 roku. Grupa wykonywała covery znanych, światowych grup rockowych z własnymi, wulgarnymi tekstami. Rdułtowski podkreślał jednak, że chodziło jedynie o "luźną inspirację", a nie własne wersje rockowych klasyków.

Wśród najbardziej znanych i zarazem niesławnych kompozycji Dr. Huckenbusha były "Boli mnie cewa" ("Guantanamera" José Fernández Díaza), "Je*** Cię pies" ("No Milk Today" Herman's Hermits) czy "Mięgwa" ("Out of Time" The Rolling Stones).

Dr. Huckenbush jest często mylony z... Dr. Hackenbush pisanym przez "a" - również formacją Rdułtowskiego, jednak grającą całkowicie własny repertuar.

Zespół, który początkowo występował jako duet Fred Standard And William Kox, w 1984 roku zawiesił działalność.

Wokół lidera zespołu obrosło wiele legend. Mówiono, że Rdułtowski został złamany przez ówczesną władzę. Muzyków miano wcielić do wojska lub zamknąć na długie lata do więzienia. Inna plotka głosiła o zamieszkach na koncertach, które tłumiło ZOMO. Oczywiście żadna z tych informacji nie była prawdziwa.

Rozsiewano również legendę, że wszystkie płyty Dr. Huckenbusha to albumy koncertowe. W rzeczywistości większość płyt ma dogrywany głos publiczności, mający stworzyć wrażenie koncertu.

Obecnie Rdułtowski reaktywował zespół i wystąpi na swoim pierwszym koncercie w Warszawie po wznowieniu działalności (23 kwietnia w klubie Fonobar). Po występie wszyscy fani będą mogli zakupić płytę zarejestrowaną w trakcie koncertu.




oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

ALEKSANDER "OLASS" MENDYK NIE ŻYJE

poniedziałek, 01 grudnia 2008 10:02








ZDJĘCIE OLASSA ZE STRONY www.acid-drinkers.art.pl


                                                                                                                                                                        
 

W dniu wczorajszym około godziny 19, otrzymałem od kumpla wiadomość o śmierci gitarzysty Acid Drinkers, Aleksandra Mendyka. W dużym szoku jest się chyba zawsze, gdy odchodzi ktoś młody, twórczy i jeszcze gra w twoim ulubionym zespole, w tym przypadku chodzi właśnie o kapelę z miasta Poznań, która straciła wielkiego muzyka. Facet miał 29 lat. Jego życie wypełniło się w takim właśnie, krótkim czasie. Nie dotrwał do swoich trzydziestych urodzin, które miał świętować już za dwa miesiące. Na pewno też nie spodziewał się, że tak szybko przejdzie na „tamtą stronę". Tego nie spodziewał się nikt, a tym bardziej Tomek, Darek i Maciek, jego koledzy z zespołu.  Będąc w trakcie trasy koncertowej promującej album Verses Of Steel, jest to przykra wiadomość i szok dla tych facetów, którzy przyjęli w szeregi kapeli ...naście miesięcy temu, tego oto młodego człowieka, Olassa, jak Aleksander był zdrobniale nazywany. Trzeba przyznać, że wybór wzięcia go do składu był strzałem, nawet nie w dziesiątkę, ale było to totalne bingo, trafienie w samo sedno, bo takiego gościa, jakim był  na scenie, na próżno by szukać na rodzimej scenie muzycznej. Pasował to tego zespołu jak nikt inny. Perła i Lipa, nie ujmując ich zasług i talentów, nie stanowili takiego naturalnego monolitu, jak miało to miejsce w przypadku Olassa. Wkomponował się w ten zestaw osobowościowy idealnie. Potrafił po za tym swoim niesamowitym i głębokim wokalem wskrzesić na nowo wszystkie skomponowane i śpiewane przez Roberta „Litzę" Friedricha utwory, które ja osobiście bardzo lubię, a które wcześniej były rzadko grane na koncertach. Poplin Twist, Slow And Stoned, czy ostatnio I am the Mystic. Czekałem kiedy Aleksander będzie miał możność przedstawienia nam Solid Rock oraz Under The Gun. Takie były właśnie moje marzenia, aby kiedyś w przyszłości mieć możność usłyszenia na żywo kolejnych kawałków. W wykonaniu Aleksandra Mendyka na pewno już ich nie usłyszymy. Przynajmniej nie tutaj. Nie na ziemi.

 

Nie wiem dlaczego jest mi tak smutno, że człowiek ów odszedł, nie wiem dlaczego tak bardzo mi jest źle. W zasadzie to tak krótko był z kapelą. Trzy, cztery lata, może trochę dłużej, dokładnie nie pamiętam. Byłem na czterech,pięciu koncertach, w których uczestniczył już Olass i były to świetne sztuki, przy sporym jego udziale. To chyba dlatego, że ja się naprawdę cholernie bardzo cieszyłem, że taki ktoś zasilił Acid Drinkers. Byłem szczęśliwy, że dzięki tej świeżej krwi młodego Aleksandra, zespół odrodzi się i pokaże na co go stać, po paru latach lekkiego marazmu, także na rynku muzycznym, który nie miał zapotrzebowania na ciężkie granie. I w tym kierunku wszystko szło. Ostatnie koncerty były rewelacyjne, jakby wróciły stare czasy. Teraz przystanek i zastanowienie. Co dalej. Co dalej z zespołem.

 

Dlaczego mi więc tak smutno? Olass ujął mnie swoją osobowością, stał się w krótkim czasie kimś, kogo traktowałem jak pełnoprawnego Kwasopijcę, od pierwszego koncertu, na którym go zobaczyłem. Ci, którzy mieli przyjemność to widzieć, zapewne podzielają mój pogląd.

 

Co dalej? To już leży w gestii kapeli, czy będą kontynuowali działalność i jeśli tak to z kim w swoich szeregach. Za wcześnie na spekulacje, ale powiem Wam, że według mnie jedynym człowiekiem, który mógłby jeszcze go zastąpić i który spełni wszystkie warunki, aby znów być jednym ciałem z Drużyną Kwasową, czyli z Tomkiem, Darkiem i Maćkiem, jest Robert „Litza" Friedrich. Czy on teraz wróci do Acid Drinkers?

 

ALEKSANDER „OLASS" MENDYK - NIECH SPOCZYWA W POKOJU, TEN WARIAT SCENICZNY, KTÓRY TAK PIĘKNIE WYKONYWAŁ WHISKY IN THE JAR..., ku uciesze wszystkich fanów Metalliki i Thin Lizzy.

 
Wyrazy szczerego współczucia dla rodziny.

DZIĘKI ZA WSZYSTKO, CO ZROBIŁEŚ, OLO.

                                                                                        

 



                                                                                                                    


oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

ACID DRINKERS - EMPIK 24.07.2008 + Iron Maiden Short Note

piątek, 08 sierpnia 2008 12:13

                                                                                                                                    

 

W czwartek 24 lipca 2008 udałem się do Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki na koncert rock bandu ACID DRINKERS. W towarzystwie kolegów moich Lukasa i Przemasa (ziomale dopisali) spędziłem ten miły wieczór metalowy heavy. 65 minut na scenie, wąska grupa fanów, bardzo głośno i Tytusowe „PASI???” to kwintesencja wieczoru. Lukas i Mazz to dwaj goście, którzy dostali dożywocie na Acid Drinkers i jak sami stwierdziliśmy podczas wolnej wymiany zdań, my dwaj, nas dwóch, just we two, chyba  już zawsze będziemy chadzać na ich koncerty. Wspominamy sobie zwykle będąc na „Ejsidach”  (choć prawidłowa wymowa słowa ACID, jest „asid”), jak to popularnie nazywani są ci czterej panowie z Poznania, nasze pierwsze doświadczenia z tym zespołem i odbyte razem bądź osobno koncerty kapelki. Osobiście uczestniczyłem w pierwszym koncercie jaki band zagrał w Warszawie, a tenże odbył się z tego co pamiętam 10 lutego 1992 roku w nieistniejącym już klubie Fugazi. Był to czas, w którym Acid mieli dwa albumy na koncie i wykonywali kawałki właśnie z tych dwóch płyt. Szły same hity: Fuck The Violence, I am the Mystic, Megalopolis, Barmy Army, Woman wit Dirty Feet - te zapamiętałem z ich pierwszej płytki zatytułowanej ARE YOU A REBEL??? oraz utwory Smoke on The Water, Acid Drinker, Max-He Was Here Again, Street Rockin, Flooded With Wine, Too Many Cops oraz zagrany na bis utwór Yahoo, kompozycja-żart o kumplu Tytusa. Popcorna, Ślimaka I Litzy. Yahoo Pies, o którym jest kawałek, wystąpił tego wieczoru na scenie w jednym albo dwóch kawałkach i zagrał na gitarze rytmicznej. Poznawałem dopiero kapelę, przed koncertem przesłuchałem ze 4 razy album Dirty Money, Dirty Tricks i może jeden raz pierwszy krążek Are you a rebel???. Usiedliśmy na krzesłach kinowych, pozostałości po nieistniejącym już wtedy kinie W-Z, przed nami siedzieli Popcorn i Litza. Fajnie było ich zobaczyć i za chwilę po raz pierwszy ocenić ich zdolności sceniczne. Ciekawostką jest, że po pierwsze bilety na koncert zdobyliśmy rozwieszając po dzielnicy plakaty z informacją o serii koncertów, które wtedy właśnie zimą 1992, odbywały się w klubie Fugazi. Chodziliśmy małą grupą metalowców i punkowców (był to czas rozkwitu subkultur, ale te dwie nie były antagonistycznie wobec siebie nastawione zbytnio) z tymi plakatami i z klejem w słoiku i naklejaliśmy to gdzie popadnie. Na słupy, mury, ściany i generalnie, gdzie się tylko dało. Drugą informacją dość interesującą jest to, że w klubie pracował wtedy mój kumpel z bloku, ziom z dzieciństwa, niejaki kolega Szuler Roberto. Akurat tak się złożyło, że miał on za zadanie pomagać przyjezdnym z poznania w noszeniu sprzętu, czyli podczas pobytu w stolicy wszędzie z nimi jeździł. Na samym koncercie zaś pełnił rolę ochroniarza, który niesfornych fanów, próbujących stage-divingu, uczył dobrych manier, spychając ich co i róż ze sceny. Podczas powrotu z koncertu, jechali sobie w pięciu (Titus, Litza, Ślimak, Popcorn i Szuler) samochodem obok naszego domu i nagle wesoły lider zespołu Robert Friedrich, pseudonim Litza, wystawił nagle przez okno swój goły zad, w ramach żartu oczywiście, strasząc przechodzących nieopodal przechodniów. Taka to historia wiąże się z tamtym koncertem, w której bezpośrednio nie uczestniczyłem, a o której Robert From My Block zdał mi potem relację.

Generalnie sam koncert naprawdę bardzo, ale to bardzo mi się podobał. Panowie pokazali jak się gra koncerty, byli niesamowici. Od tamtego dnia zostałem ich wielkim fanem i ze sztuk które potem zagrali w Warszawie, a zagrali w latach 1993-2008, opuściłem bodajże 2, a byłem na 20-25ciu w sumie licząc. Tak mi się wtedy spodobali. A tuż po koncercie Szuler mi załatwił autografy na białej koszulce, którą ze sobą przyniosłem. Na moich oczach Panowie się wpisywali, sam trochę wstydziłem się podejść, 16 lat, trema i takie tam. Mam tą koszulkę po dziś dzień i zawiera ona także unikatowy podpis kolegi, o którym wcześniej wspomniałem, czyli Mr. Yahoo Pies też się zautografował. Ten t-shirt jest dzisiaj tak brudny, że ledwo widać  podpisy, ale z wiadomych względów nie mogłem go nigdy uprać... sprały by się. Kiedyś wisiał u mnie w pokoju na ścianie, zrobiłem sobie taki klimat jak w Hard Rock Cafe hehe, no ale po kilku latach zmieniłem ekspozycję i poszedł do szafy.

 Utwór Yahoo był też gwoździem programu koncertu z 24 lipca 2008 roku, bo 16 lat później usłyszeliśmy ten song znowu na bis. Była to spora niespodzianka, bo naprawdę już potem nie grali tego go na koncertach. Samego głównego bohatera historii nie było na scenie i generalnie nie wiadomo za bardzo, kto to tak naprawdę jest. A cały koncert promował album VERSES OF STEEL. Podoba mi się ta płyta, choć nic nowego nie wnosi do twórczości zespołu. Jest to powrót stylistycznie do płyty HIGH PROOF COSMIC MILK, ostatniej płyty z udziałem Litzy, tego koleżki, który pokazał dupę przejeżdżając obok kościoła Św. Wojciecha w Warszawie, około godziny 23.30, dnia 10 lutego 1992 roku. Teraz Litzę zastępuje Aleksander „Olass” Mendyk i jest to świetny gość, który potrafi niesamowicie śpiewać. Na koncertach jest niezastąpiony. Świetnie wkomponował się w zespół. Setlista z tego ostatniego wieczoru to” najpierw 8 wybranych utworów z VERSES i potem już same hity: DANCING IN THE SLAUGHTER HOUSE, THE JOKER, DRUG DEALER, PUMP UP THE PLASTIC HEART, FUCK THE VIOLENCE, SMOKE ON THE WATER no i na koniec YAHOO:

                                                                                                                      

 

Specjalne pozdrowienia dla Sebastiana Parulskiego. Stary, ale Ty także masz dożywocie na Acid hehe!!! 

                                                                                                                              

 

Wysłałem do Ślimaka maila z prośbą o tekst do utworu Yahoo w wersji polskiej, ale jeszcze mi nie raczył odpisać. Taak, bo w Fugazi śpiewali to po polsku na 100%. Jak dostanę to opublikuję. Pewnie nie może znaleźć.

                                                                                                                            

  

http://www.acid-drinkers.com/

                                                                                                                                                   

                                                                                                                                                

 

 

                                                                                                                                   

  

                                                                                 

 

Natomiast wczoraj byliśmy z Kubusiem na IRON MAIDEN. Bilety zanabyliśmy w dość atrakcyjnej cenie 60 zł za sztukę. Pełny stadion, masa hitów, wzruszyłem się autentycznie przy THE TROOPER, uroniłem łezkę i stwierdziłem że ten kawałek jest genialny. No i oczywiście w kulminacyjnym momencie koncertu pojawił się EDDIE – ten śmieszny bądź co bądź potwór-symbol zespołu. Bruce Dickinson miał wczoraj 50 urodziny, ale jak mu co chwila publiczność śpiewała STO LAT, jakby nie rozumiał przesłania, pewnie nikt mu nie powiedział o co chodzi i w zasadzie dopiero pod koniec koncertu załapał. Ależ z niego niekumata trąba jerychońska... hehehe..... Ze znajomych spotkałem Gawrona Pawła i jego sympatycznego kumpla, z którymi z resztą jechałem na Metallicę ostatnio. Widziałem również spieszących się z wejściem na koncert państwa Mandarynę i Macieja Lisieckich vel. Lisów. Co jeszcze mi się podobało??? Na pewno utwory z mojego ulubionego albumu PIECE OF MIND – szczególnie Revelations wypadło genialnie, żeby nie powiedzieć rewelacyjnie.

Słychać było nawet nieźle, jak na warunki stadionowe. Jedynie, co mi uciekało, to wokal od czasu do czasu, ale to standard na takich koncertach.

                                                                                                              

 

Ogólnie podsumowując, fajnie tutaj być.

                                                                                                                              

 

Take care.

                                                                                                    

               

www.ironmaiden.com

                                                                                              

                                                                                                                                                                                                            

     
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

"NIGHT RIDER" W HARD ROCKU - 18 KWIETNIA 2008

wtorek, 22 kwietnia 2008 14:24

 

:8Siema siema pozdrawiam wszystkich zgromadzonych w ostatni weekend na koncercie w Srebrnych Balkonach i za moment poznacie odczucia moje skromnego chłopaka czyli co czyli nic czyli jedziemy trzeci koncert zespołu w tym miejscu spodziewałem się oj God knows what the fuck ale było wesoło przyjemnie simpaticznie w miłym gronie spędzić wieczór to podstawa w szczególności cieszę się iż była ze mną mother karmnik Ania moja i w końcu biedna dziewucha wyrwała się z domu po raz drugi od dwóch lat pierwszy koncert jaki zaliczyła po tym poście towarzyskim Nuśka Anuśka to był Hetman Live At Radio Luxemburg ale tamto to raczej był niewypał i stracone pieniądze a tutaj ryzyko było niewielkie gdyż wjazd był darmowy i można było się skusić bez problemu i większego bólu o to że chłopaki zagrają do dupy choć o to raczej byłem spokojny no może znakiem zapytania był nowy gość w zespole czyli owiec-klawisz Paweł któremu jak się szybko okazało Bóg talentu nie szczędził a przy tym chłopak skromnością grzeszy pozytywne jest wrażenie ogólne ale czy wkomponował on się w zespół no właśnie oto jest pytanie ale zacznijmy od początku początki są zawsze trudne dlatego z Anusią wpadliśmy do klubu równo o 21.00 myśląc że pierwsze takty Ucieczki już wybrzmiewać będą od klubu tegoż skromnych progów do ceny piwa się już przyzwyczaiłem i nie będę więcej psioczył a tu cisza i stoi tylko Jack Mayers i się wesoło śmieje ależ miło zobaczyć faceta po tak długiej przerwie witam się przy tym z całą jego rodziną córka babka żona sąsiadka i już czuję się na Wigilię zaproszony prawie jak dostrzegam w tłumie Bibasa który przyszedł podpatrzeć jak grają koledzy z konkurencyjnej kapeli ciekaw jestem jak mu się podobało lub nie podobało nota bene spotykam jeszcze kilka osób zanim koncert się rozpoczął udało mi się jak również i Ani zamienić więcej niż kilka słów z nadciągającymi hordami znajomych naszych i nie tylko czyli z tym się pogada z tamtym się pogada i się punkty za aktywność łapie zupełnie jak w peletonie z wyścigu pokoju pozdrowię wszystkich na końcu oczywiście przy barze spotkałem Bodzia z którym próbowałem przez dłuższy czas zamówić piwko a Bodek mi się zwierzył że ostatnio czekał tu na browar 25 minut uuppsss nie nie ale zaraz pani ładna nas dostrzegła gdyż obaj jesteśmy przystojni i rzucamy się w oczy zamówilim więc co chcielim i lecimy dalej koncert się zaczął oczekiwaną Ucieczką czyli po pierwszym browcu zachciało mi się niespodziewanie siusiu i uciekłem do toalety niepostrzeżenie tam natknąłem się na jednego Pis-uara to chyba był Jarek K. i zrobiłem na niego co mu należne a swoją drogą to co tam robił gość do dziś się zastanawiam jak wróciłem i wyzwoliłem się ze szponów tej hydry łazienkowo-propisowskiej od razu poczułem Smak Wolności i uwolniłem się jakby wewnętrznie na moment stałem i delektowałem się wydobywającymi się ze sceny dźwiękami instrumentarium nightriderowego zastanawiając się jak widzi mi się ten nowy styl z pierwiastkiem chopinowskim w domyśle ale jeszcze to przemyślę pomyślałem a na razie kasa mi się zaczęła kończyć i doszedłem do wniosku że dobrze by było podskoczyć do kasyna i coś wygrać a tu jak na zawołanie chłopcy jako trzeci numer zaserwowali nam Casino obstawiłem zobaczyłem zwyciężyłem i na horyzoncie pojawił się herszt grasujących w tatrach zbójników zwany potulnie Harnasiem na schodach ukazał się Paweł Harnaś Kołodziej który zaszczycił swoją osobą ten piątkowy wieczór a chłopacy nie mieli już nic innego do zrobienia jak tylko dać ognia w jednym ze swoich trzech bokserskich kawałków który napisali specjalnie dla Pana Kołodzieja no i widzę chłopcy szykują się do akustycznych zagrywek wymieniają instrumenty gitarzysta i basista ale nie między sobą i serwują nam balladkę o ciekawym tytule Pamięć Jak Stary Dom jest to premierowy utwór który mnie trochę znudził powiem szczerze bo miałem tego wieczoru ochotę wyłącznie na ostre granie następnie poleciały Skrzydła kawałek nadal mi się podoba potem Wiatr Pustyni w którym Kili Guy przywdział kontrowersyjne lekko mówiąc gadżety choć w zamyśle miało być poważnie inaczej ale mnie akurat i mojego kolegę Wodza ten image niezmiernie rozbawił nie wiedzieć czemu sam utwór bardzo mi się tego wieczoru podobał i fajnie było sobie go wysłuchać live następnie Blisko Ty potem Zmieniam Się tu szybko albo jeszcze szybciej no i doczekaliśmy się solowego recitalu keybordzisty kolega Penksa Paweł wykazał się w nim wyjątkową wirtuozerią i nawet taki głuchy laik jak ja był pod wrażeniem umiejętności tego jegomościa szczególnie rozbawiła mnie końcówka piano setu w której usłyszeliśmy coś na kształt wejściówki do W Starym Kinie poczym zespół powrócił na finał z czterema utworami szlagierami czyli Miejsce ten to może najmniej bo go jeszcze tak dogłębnie nie zdążyłem poznać choć to melodyjny ciekawy utwór singlowy rzekłbym potem najfajniejszy kawałek ze wszystkich czyli Do Końca świetna kompozycja mocna szybka melodyjna i choć słyszałem ją pierwszy raz zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia bądź odsłuchania raczej i naprawdę super rzecz a na finał Grosza Nie Mam bez komentarza pierwszy i przedostatni powrót do czasów hetmanowych i płyty z przeróbkami Jako czternasty song to oczywiście ten song który jest o nim czyli o Nadchodzącym Byku nie był tak mocny jak poprzednio bywało a dlaczego nie był już mówię mnie osobiście podsumowując wieczór bardzo brakuje drugiej gitary i nie przekonałem się jak na razie do słuszności pomysłu zamiany wiosła na klawisz który tak sobie średnio było słychać a gitary bardzo brakowało inna sprawa że jakby człowiek nagłaśniający koncert ustawił Radka trochę głośniej i skonfigurował to wszystko trochę inaczej to może nie odczuwało by się braku tej drugiej ścieżki na krążku generalnie co do muzycznej strony wszystko w jak najlepszym porządku według mnie jeśli chodzi o umiejętności indywidualne każdego z chłopaków jednak co do realizacji dźwięku to tak perkusja i bas dobrze czyli głośno wokal głośno ale jakoś mało wyraźnie i to nie z winy Kiljana klawisz w większości utworów jakoś w ogóle do mnie nie docierał w ścianie dźwięku nikł po prostu nie wiem może jestem głuchy albo stałem w niewłaściwym miejscu albo po prostu oczekiwałem że będzie głośniejszy ale takie jest moje subiektywne zdanie a największym smutkiem była właśnie gitara która dla mnie osobiście zawsze i wszędzie jest tym wiodącym instrumentem szczególnie w kapeli metalowo-rockowej jaką jest Night Rider Były jeszcze dwa bisy i one wypadły najlepiej Perfect Strangers z repertuaru Deep Purple ze świetnym bardzo dobrze słyszalnym klawiszem ala Hammond który swym charakterystycznym brzmieniem wyróżniał się pośród reszty instrumentów na koniec Easy Rider dedykowany zmarłemu niedawno Januszowi Kosie Kosińskiemu który zakończył swoją radiową karierę w Antyradiu mającym jak wiadomo swoją siedzibę w Hard Rocku na pięterku na którym to podczas tego przedweekendowego koncertu urzędował kolega Piotr Makak Szarłacki i skakał tam sobie na górze w rytm puszczanej przez siebie jakiejś ostrej muzy czym raz po raz również rozbawiał zgromadzoną publikę a przynajmniej Anię Wodza i Mnie a także Szweja choćby obiecałem że wszystkich na koniec pozdrowię więc pozdrawiam wszystkich na koniec jak zwykle także pokuszę się w podsumowaniu o krótką charakterystykę chłopaków naszych drogich których przecież wszyscy bardzo kochamy

                                                                                                              

 

 [:-|] Jack „Wypasione Gary” Zieliński – gary 

No na takim sprzęcie to można się wykazać choć Jacek już od dłuższego czasu trzyma poziom bardzo wysoki co prawda odniosłem wrażenie ale mogę się mylić że w którymś z kawałków przytrafiła mu się niewielka malusieńka wpadka bo jak to usłyszałem to zauważyłem jak Radek tez się uśmiechnął i było tak jak powinno być czyli swojsko i przyjacielsko więc podsumowując pieprzyć wszystkich perfekcjonistów liczy się serce do muzyki i przyjaźń międzyludzka przede wszystkim 

                                                                                                               

 

serce  Paweł „Arafatka” Kiljański – wokal 

Brother Paulus nie kwasi roboty nigdy i tym razem znów i jak zwykle dał z siebie wszystko ale ksywka za komiczne przebranie mam nadzieję że w tym stroju także wystąpi na kolejnym koncercie w wawie nieśmiało proponował bym jeszcze do kompletu trochę piachu na scenę ze dwa wielbłądy dwugarbne i Jerzego Wiatra na chórki jak szoł to szoł a co tam a po koncercie aftershow party w składzie Wodzu Kiljan Mazz było owocne wpieprzyliśmy 2 kg sushi i Kiljan zjadł sam 4 pudełka lodów bambino bez pudełek  

                                                                                                                                                                

 

:-D Paweł „W Starym Kinie” Penksa – inst.klawiszowe 

Chłopak tak jak wszyscy widzieli to piekielnie zdolna jednostka żeby nie powiedzieć bestja choć spokojnie kolega Paweł może o już sobie mówić „Best Ja” choć pewnie nie powie bo to pokorny i skromny młody facet który twardo stąpa po matce ziemi a to cecha przynależna ludziom pokroju choćby Kubicy

                                                                                                          

 

obcy Jarek „Jezus” Michalski – bass 

Świetna gra na czterostrunowcu a obecny image Jarka jednoznacznie sugeruje podobieństwo do tejże postaci boskiej ciekawe czy Christ Jesus zagrałby tak na basie

                                                                                                                

 

:-% Radek „Pogadamy Kiedyś” Chwieralski – gitara 

 Pseudonim czyli jego geneza jest prosta otóż jak zawsze zadaję mu pytanie „co w końcu z tym pajacykowem” odpowiada mi kiedyś pogadamy i tak to się kręci temat a pajacyków hasa i hasa od sasa do lasa bezkarnie w kwestii muzycznej jak zwykle super tylko szkoda że tak cicho ale jestem upierdliwy sorry winetou 

                                                                                                       

 

Pozdróweńka everyone!!!!                                                                                                                  


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

SERJ TANKIAN W WARSZAWIE, CZYLI System Of A Down VOCALIST

poniedziałek, 14 kwietnia 2008 13:53

                                                                                                                                                                                                                              

SYSTEM OF A DOWN - TOXICITY – tak, słuchałem tej płyty dość często, a było to jakoś w 2001 roku. Album ten zjechałem do tego stopnia w tamtym okresie, że do wczoraj praktycznie nie wyjmowałem go ze stojaka z płytami. Jest to niewątpliwie wybitnie fajny nigger krążek. Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do sedna sprawy. Wokalistą i znakiem firmowym zespołu jest niejaki Sir SERJ TANKIAN, na którego koncercie dość przypadkowo i niespodziewanie się znalazłem w piątek 11 kwietnia 2008 roku, czyli przed-przedwczoraj. Miałem przyjemność wybrać się tam w towarzystwie pewnej atrakcyjnej i sympaticznej kobiety, która spędza pół życia na poczcie wysyłając zegarki Bóg wie gdzie. Wychodzi na to, że sporo ludzi chce wiedzieć, która jest teraz godzina i stąd taki popyt na wyroby Fabryki Zegarów Biologicznych Okoń&Okoń Kapellmistrz Incorporated i Synowie (Półku). Niewiasta owa wystąpiła w płaszczu z Gwiezdnych Wojen, bez szpady, i wyglądała imponująco na tle tych wszystkich monotonnych czarnych koszulek metalowców zebranych w klubie Stodoła, nie mylić z oborą. Podjechaliśmy limuzyną pod klub i po chwili byliśmy już w środku. Przed gwiazdą wieczoru występował jeszcze support i był to zespół 3-osobowy o nazwie InMe, rodem z Wysp Brytyjskich. Słowo support mnie denerwuje. Może zespół rozgrzewający, albo rozgrzewacz, ewentualnie zespół otwierający koncert, no nie wiem trudno znaleźć jednoznaczny odpowiednik, ale jakby przetłumaczyć dosłownie to byłby to „wspieracz” W czasie rozgrzewki poszliśmy w pobliże stanowiska barowego i czekaliśmy na gwoździa programu, nie wsłuchując się zbytnio we tegoż wspieracza, popijając piwko i wodę mineralną, w zależności od upodobań. Simpatico my pogadali, Mickey and Mouse pod szyldem hasła “talk is cheap” stali i gadali, aż spotkali kolegę Marcina Mentela, byłego gitarzystę Night Rider, tego który tak lubi chodzić na Legię i kibicować stołecznej drużynie. Ale współczuję serdecznie Marcinowi i wszystkim innym zagorzałym kibicom, jeśli okaże się wkrótce, że Legia przehandlowała zeszłe 3 sezony hehe… Wtedy pozostaje tylko wystąpić do sądu o odszkodowanie i przerzucić się na żużel albo curling.

Ten InMe skończył grać około 20.30, wiec trochę jeszcze postaliśmy przy barze i jak tylko usłyszeliśmy dźwięki żywych instrumentów dobiegających from amplifiers,  poszliśmy ustawić się pod scenę. Stanęliśmy po jej prawicy, jakiejś 6-7 metrów od barierek, w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu. Okazało się, że nie tak szybko, take it easy, guys, bo koncert wystartował dopiero o 21.20 więc postaliśmy sobie w tłumie spoconych lekko serj-heads jeszcze jakiś czas. Tak, talk is cheap więc się nam nie nudziło. W końcu na scenie pojawiło się 6 gości w cylindrach i we frakach, którzy wprowadzili w dziki szał zgromadzoną publikę, zakochaną w Serj Tankianie, co od razu można było bez trudu zauważyć. Jako, że nie znałem w ogóle solowych dokonań tego pana, postanowiłem spokojnie wsłuchać się w dźwięki nowej dla mnie muzyki i cieszyć się z tego, że się tam znalazłem. Nowej jak nowej, bo okazało się szybko, że na płaszczyźnie stylistycznej, jest to ten sam wykurwisty „system style”, z domieszką dźwięków fortepianu i obsługiwanych przez Sir Serj’a  (zwanego potocznie Serkiem) skreczująco-elektronicznych pokręteł, przymocowanych do statywu mikrofonu. Pierwszy utwór, którego nazwy nie podam, bo nie znam, był bardzo ujmujący, klimatyczny, potem mocny i bardzo heavy. Bardzo mi się spodobał. Potem kolejne kawałki przeplecione jedynym utworem System Of A Down, też tytułu nie pamiętam, oraz jednym coverem Dead Kennedys zatytułowanym Holiday In Cambodia, który znałem ze składanki punkowej Bandit Rockin nagranej przed laty przez Titusa, Petera z Vadera i basistę niejakiego Parawino, podobno strasznego pijaka. Po za tym nie znam w zasadzie twórczości punkowej. Punks not dead ale bez zbędnej podjarki…Się da napić.

W kilku utworach Serj Tankian grał na trzeciej gitarze, ale w większości bawił się tylko mikrofonem. Tańczył, biegał, uśmiechał się słodko, przypominając mi mojego przyjaciela z Górna, Romka Smolaka, który ma podobną fizjonomię, bródkę i jest tak samo pozytywnie naładowany energią. Pomiędzy utworami od czasu do czasu serwował różnej maści krótkie monologi. W jednym z nich nawiązał do Solidarności i walce o niepodległość, o którą Armienia od dawna walczy. Serj Tankian jest Armeńczykiem, żeby nie powiedzieć, Ormianinem, bo to wyświechtane słowo. Wie co oznacza być satelitą, ba, co znaczy być częścią Rosji, jaką my byliśmy przed uwolnieniem się spod jarzma Związku Radosnego. Więc gdy wypowiedział to zdanie i zabrzmiało w jego ustach „…bla la bla of the Soviet Union”, cała sala wykrzyknęła aprobujące „yeah” co było bardzo fajnym momentem koncertu. Potem już usłyszałem tylko „…of the fucking Geogre W. Bush” i nie miałem wątpliwości jakąż sympatią Serj darzy tego amerykańskiego polityka. Generalnie nie znam tytułu żadnego z zaprezentowanych z debiutanckiej płyty utworów, ale domyśliłem się, że jeden z nich ma tytuł „Praise the Lord, place the amunition”, po tym jak wokalista próbował udowodnić, że to co mówią i robią politycy, zaprzeczając sami sobie, to „…fucking hipocrity”. Po czym krzycząc w refrenie „Praise the Lord…” wystrzelił kawałkiem, który miał niezłego kopa i wykopał mnie prawie pod sam sufit. Wszystkie utwory, a było ich z tego co naliczyłem 13-14, miały coś takiego w sobie, co pozwoliło mi nawet uronić łezkę wzruszenia, uzmysłowić sobie jakim niesamowitym i nieszablonowym facetem jest tytułowy bohater tej historii, jakie ponadprzeciętne możliwości wokalne zaprezentował na żywo śpiewając w piętnastu hiba oktawach i nie wypuszczając z gardła ani jednej fałszywej nuty. Ostatni kawałek był na samo piano i wokal, po czym w tej nostalgicznej aurze, zespół SERJ TANKIAN zakończył koncert po 70 minutach ostrej jazdy na wysokim poziomie. Godzina dziesięć, niby trochę krótko, ale jako, że mają jeden album na koncie, a nie chcieli widocznie grać Systemu za dużo, to taki koncert niedługi, acz treściwy i warty wydanych pieniędzy. Choć akurat bilet na koncert otrzymałem w prezencie od przyjaciela mojego KiliBrosa, wynajęty jako bodyguard i szoferka guy dla szanownej małżowiny, której czas personalia odtajnić. Otóż ten miły wieczór spędziłem w towarzystwie Bogumiły Mysińskiej, właścicielki ekskluzywnej restauracji KLUSKI Z JOGURTEM INN www.kluskizjogurtem.pl , która jest wielką fanką twórczości zarówno S.O.A.D. jak i solowych dokonań jej wokalisty Tankiana Serka. Niewiasta owa swoim heroicznym czynem pokoncertowym zyskała sobie mój wielki szacun, „wkręcając się” bez kolejki po nasze kurtki i oszczędzając przynajmniej 30 minut naszego drogocennego czasu.

W końcowym akapicie chcę poruszyć jeszcze dwie sprawy. 11 kwietnia 2006 roku zmarła moja babcia Helenka. W dni koncertu była druga rocznica jej odejścia, więc był to dla mnie dodatkowo wyjątkowy dzień. Po drugie, mojego kochanego Kubusia nie podejrzewałem o fanowanie Serkowi i przykro mi, że nie znalazł się on tam na przykład za mnie, choć przyznam szczerze, że bardzo się bym się nie ucieszył, jakby zabrakło mnie tego wieczoru w warszawskim klubie Stodoła. Był to jeden z najlepszych klubowych koncertów jakie w życiu widziałem. I stwierdzam to na podstawie pierwszy raz usłyszanych utworów, a to wiele mówi o kapeli. Są jakieś pytania??? SERJ TANKIAN ŻĄDZI!!! Warto nadmienić na koniec, że jest to naprawdę bardzo zdolny gość. Na potwierdzenie te tezy powiem, że sam jeden skomponował ten materiał oraz na płycie sam zagrał w studio na wszystkich instrumentach. Multiinstrumentalista, wybitny jegomość i przesympatyczny rockman z przesłaniem walki o wolność. Taki właśnie jest SIR SERJ TANKIAN, którego fanem od soboty bezwzględnie jestem. FUCk yeaH!!!!         

                                                                                                                                     

   

 

  

 


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

NIGHT RIDER - HARD ROCK CAFE 19.20.2007

sobota, 27 października 2007 18:20

NIGHT RIDER - HARD ROCK CAFE 19.10.207

 

Piątkowy wieczór to znakomity czas na zrelaksowanie się w przemiłym gronie przyjaciół, znajomych, tudzież nieznajomych. „Kafeja Mocno Rockowa” jest odpowiednim miejscem. Tak mówią. Umówiłem się tam więc z pewnym druhem – piłkarzem, z którym kiedyś grałem w Sarmacie, Danielkiem B. vel Ogórem, znanym również w niektórych kręgach jako Kurczak Wielkanocny, aby pokazać chłopaczynie jak wygląda prawdziwy rockowy koncert, bo biedak był tylko 2 razy podobnej imprezie i były to gale disco polo w Kongresowej. Z imprez kulturalno-oświatowych od czasu do czasu wpada do Burger Kinga. Ja poniekąd też lubię spożyć trochę plastiku from tajm tu tajm. Wypilimy najsamprzód po piwku i weszlim do środka. A tam masa ludzi i pełno dymu papirusowego. Cel szczytny zbiórka pieniędzy dla kolegi harley owca, który porusza się na wózku inwalidzkim. Spotykam od razu sędziwego, acz duchem młodego Mr Leszka S., z chwilę Sir Jacka Mayersky. – „ja jestem menago, sto zarobię nago” i od razu robi się goło i wesoło. Kapela schodzi się powoli, oj nawet rzekłbym bardzo powoli, bo najpierw przychodzi Jacek Stopa z małżonką, chwilę później Radek również z połowicą i reszta kapeli zbiera się do kupy przed godziną 21.00. Impreza się rozpoczyna. Night Rider wykonuje 7 utworów przeplatanych 2 przerwami dla prowadzących koncert panów Ostrowskiego i Kosińskiego z Antyradia, którzy licytują gadżety na szczytny cel harleyowy. Ucieczka, Skrzydła, Casino, Miejsce(nowy numer), Easy Rider, Tylko Ty, Nadchodzi Byk  i koncert kończy się nagle i niespodziewanie. Zabrakło kilku utworów, m. in. Grosza Nie Mam, Wiatr Pustyni czy Enter Sandman, ale ze względu na przekaz imprezy i przeprowadzane aukcje, zespół został poproszony skrócenie setu, jak pisała potem prasa poranna. Wśród ekipy koncertowej była cała plejada gwiazd, że aż jej nie wymienię, bo nie starczy liter. Pozdrawiam Wszystkich!!! Szczególnie utkwił mi w pamięci Mr Bibas oraz Pani Gosia Stingopiór w Peru(ce). Nie powiem, „zrobiłem się” konkretnie przyjmując na żołądek kilka piwek i byłem w szampańskim nastroju przez cały wieczór. Co do samego grania to było w porządku, bardzo okej nawet rzekłbym, ale z drugiej strony...hmm jakoś tak dziwnie, inaczej, nie wiem jak to określić. Ledwo zdążyłem się rozkręcić, a już było pozamiatane. Cóż widocznie tak musiało być, skoro było. Czekam na kolejny koncert i mam nadzieję, że nastąpi to nie później, niż prędzej. Po Night Riderze wystąpił jeszcze jakiś zespół bluesowy, który pogrywał coś Steve Ray Vaughana z tego, co pamiętam i podobne bluesowe standarty, a na koniec Katarzyna Gaertner zaprezentowała swój materiał. Ta pani okropnie się spieniła i grała sobie potem na pianie już do końca. I tak to właśnie wyglądało moi drodzy. Sad But True. Ale za to Mój Synek jest najpiękniejszy i tego się trzymam na resztę dnia. Pozdro Night Fans!!!!

                                                   P.S. Nie może mi wyjść z głowy kawałek „Skrzydła” i ciągle gra w mojej świadomości od ostatniej soboty. I jeszcze Casino oraz Byczek Nadchodzący. A po za tym fajnie jest jeździć do roboty kolejką po mięso all fucking month long. Full Stop. Do Not Fuck All.            
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

LIQUID SANITY - NOWY KAWAŁEK I BONUS LIVE SHOW'2005

piątek, 11 maja 2007 20:50

                                                                                                                                 

 

LIQUID SANITY jest jednym z moich ulubionych zespołów i większość z moich znajomych o tym wie. Chłopaki z Szydłowca są mi bardzo bliscy mentalnie i ich muzyka do mnie w prosty sposób trafia. Choć nie mają jeszcze na swoim koncie wydanego albumu, to zasługują wegług mnie na szczególną uwagę. W skład kapeli wchodzi czterech skromnych chłopaków FOUR K.  (Kuba, Krzysiek, Kamil i Krzysiek), którzy oddają tej muzyce serce i to słychać w każdym dźwięku. Grają wspólnie od 2004 roku i supportowali już m. in. Kat, Lady Punk czy Oddział Zamknięty. Mam nadzieję, że kiedyś wystąpią przed Night Riderem i zmiażdżą zgromadzoną publikę. Prezentuję niniejszym ich najnowsze dokonanie studyjne:

                                                                                                                            

 

Liquid_Project.mp3

                                                                                                                           

Zapraszam równiez do DEGUSTACJI ich koncertu ze Stodoły z 2005 roku, gdzie uczestniczyli w przeglądzie młodych kapel z pozytywnym skutkiem wystąpienia potem w koncercie  finałowym. Show zaczyna się ulubionym moim utworem tego zespołu, czyli kawałkiem ALL I NEED. Potem mamy także m. in. LIES, BLOW, JUMP GET THE FUCK UP, EYE OF THE TIGER, DOBRO, JAMAICA oraz NEVER FALL IN LOVE. Każdy z tych utworów bardzo lubię i chętnie polecam dzisiaj Wam wszystkim. Zapraszam więc!!!!!!!!!!!!!

                                                                                   

http://www.neostrada.pl/tpsa/run?n=msi_muzyka_tvfly_tekst&p1=27838


oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

NIGHT RIDER - HARD ROCK CAFE 13.04.2007

poniedziałek, 16 kwietnia 2007 16:05

                                                                                                                    

Piątek trzynastego…Nigdy nie byłem specjalnie przesądny, lecz po tym jak po wejściu do klubu zamówiłem piwo i barman „krzyknął” mi... 11 złotych, nieco spokorniałem i od tamtego dnia obiecuję sobie, że będę wierzył już w czarne koty, fioletowe psy, rozsypaną sól i tym podobne. Ale nie, żeby itp. Nie nie nie. Ale hola hola kolego - powiedziałem po chwili sam do siebie – nie przyszedłeś przecież do byle podrzędnego baru osiedlowego, lecz do ekskluzywnego lokalu rockowego z wieloletnią tradycją. A tu na ścianach niesamowite gadżety. Czarne pepegi B.B. Kinga, w których sam King w trzeciej klasie podstawówki wystąpił na pierwszej w swoim życiu dyskotece szkolnej. Ranne kapcie (postrzał z pistoletu) Marlona Brando z filmu Ojciec chrzestny 4. Oraz gitara prowadząca do ołtarza Jimiego Hendrixa. Niestety jak wiadomo biedak wcześniej zaćpał, zszedł i nie doszedł do owego ołtarza. Wybranką serca miała być ulubiona gitara mistrza – Defil 412D, którą wygrał w pokera na obozie harcerskim w 1952 roku i od tego momentu już się z nią nie rozstawał. Serwis powyższych gadżetów, ba, nie boję się powiedzieć, ikon rockandrola, to roczny wydatek rzędu...hmmm, no jest to w każdym razie niezwykle kasochłonne, dlatego rozumiem, skąd taka, a nie inna cena za szklankę Żywca. Ale wróćmy do meritum, czyli do tego, po co zebraliśmy się w ten piątkowy wieczór. Koncert grupy Night Rider w Hard Rock Cafe Warsaw to cel numer jeden. Na antresoli siedziało już kilkunastu harleyowców, którzy licznie przybyli do klubu wysłuchać przede wszystkim utworu „Easy Rider”, który był im właśnie dedykowany. Generalnie Harley Davidson był sponsorem tej imprezy, więc głupio by to wyglądało, jakby na sali zabrakło przedstawicieli grupy motorowych szaleńców z pod znaku Motorynki i Rometa typu „Ogar”. Szczerze mówiąc, to nie widziałem nawet, żeby ktoś z gości restauracji „przyciął” choćby przysłowiowego „Komara” (tam sama fabryka) i na przykład usnął przy stoliku, po przedawkowaniu wspomnianego przeze mnie browaru, w dobrej cenie notabene. Nic takiego nie miało miejsca. Pełna kultura. Koncert numer dwa w stolicy był moim zdaniem lepszy od Progresyjnego. Brzmienie było dużo pełniejsze, choć jeszcze można by się trochę przyczepić do partii solowych, które jakoś znowu były jakby w tle. Pozostałe instrumenty i wokal były bardzo dobrze ze sobą zsynchronizowane. Setlista była podobna do Progresjii. Jedynie „Easy Rider” zamiast przedostatni, był jakoś w środku setu. Nie było także sola gitarowego Radka Chwieralskiego. Co zapamiętałem z TEGO koncertu, co utkwiło mi w pamięci tym razem? Przede wszystkim utwór „Nadchodzi Byk”. Jest tak świetny, że mało co się nie posikałem w portki z wrażenia. Już nawet tekst mi się podoba. Jest to utwór niesamowity i najlepszy według mnie z repertuaru NR. Ma ,z przeproszeniem, pierdolnięcie młota pneumatycznego i zmiata z powierzchni niczym tornado. Tu w zasadzie mógłbym zakończyć. Dzięki cześć!!!!
Albo dobra, polecimy dalej... Po drugie, secik akustyczny bardzo mnie ujął. Balladka na bas, gitarę i wokal pt. „Eutanazja” jest fajnym utworem i ujmuje swoją delikatną, acz głęboką w swej treści szatą liryczną. A zaraz po tym cover Whitesnake’a „Sailing Ships” – również mocna pozycja, choć przyznam, iż twórczość w/w zespołu nie jest mi zupełnie znana. Jestem kurewsko ograniczony i od lat słucham w zasadzie w kółko tylko Metalliki, Manu Chao, Acidów, Stonesów, Sacred Reich, George Michaela, Slayera, Testamentu, nie bójmy się użyć tego słowa - Hetmana i teraz NR i jakoś na Whitesnakea mnie nigdy nie naszło. Ale kto wie może kiedyś sięgnę. „Wiatr pustyni” to kolejny song, który bardzo mi się podoba. Zawiera częste zmiany tempa, w stylu starej Metalliki, co mi bardzo odpowiada powiem szczerze. Tematyka na czasie, czyli „po chuj nasi giną w imię cudzych, bo bushowskich, aspiracji do złóż ropy na bliskim wschodzie, pod przykrywką rzekomego posiadania przez pana ś.p. Hussaina broni biologicznej, której nigdy tam nie znaleziono, a konsekwencje tego już są i będą jeszcze bardzo długo. Brawo Panie Kiljański – o takich rzeczach trzeba i należy głośno mówić. W ręku oręż w postaci mikrofonu i jazda na przód do walki o sprawiedliwość i pokój na tym naszym padole łez. Oczywiście „Skrzydła”, na których miło jest się wzbić w przestworza wyobraźni i słuchać tego, co mają nam do powiedzenia. Lubię ten utworek. „Enter Sandman”, z racji mojej zdeklarowanej miłości do czterech chłopaków rodem z Miasta Aniołów, jak zwykle pięknym momentem jest. Hush little baby don’t say a word…Ostatni kawałek to „Cassino”, którego nie słyszałem w Progresie. Sympaticzny utworeczek na zakończenie. Skoczny, melodyjny i trzymający poziom. Nie można się przyczepić. Podsumowując, krócej niż dwa tygodnie wcześniej, ale jeszcze mocniej i jakby bardziej wzniośle na poziomie duchowym. 
                                                                                             


Wnioski końcowe:
                                                                                          


1. Panowie!!! Grajcie w tym miejscu częściej, gdyż więcej osób zawsze się zjawi. Progresja trochę daleko i części nie udaje się zwykle dojechać. jEST to przeca takie fajne miejsce z rockowym klimatem. Po za tym wjazd za darmo i niespotykanie tani browar.
2. Jacek Zieliński jak zwykle moc!!! Nadaję więc mu nowy pseudonim „CIĘŻKA STOPA”. Ciekawe czy jako kierowca samochodu osobowego też potrafi tak „depnąć” hehe??? Jedyna wpadka (pewnie nie wszyscy zauważyli) to to, że podczas Entera nieoczekiwanie puścił bonka. Mikrofon to zebrał i mieliśmy niezapowiedziane fajerwerki, których sam Jacek mógł nie słyszeć, gdyż nie poszły w odsłuch. Ale w sumie przy Enter’ze to było nawet wskazane.
3. Pozostali...hmm – obywatel Kiljański Paweł całkiem ładnie, czysto i tak jak trzeba. Obawiam się, że Kiljan po prostu śpiewał z play backu, dlatego nie było ani jednej fałszywej nuty. Ale o tym sza!!!!! Mr. Fred – również choć nie śpiewał, bo nie wiedzieć czemu nie podstawili mu mikrofonu, to dawał z siebie wszystko na scenie i widoczne było jego zaangażowanie duchowe w kapelę. Samuraj rulezzzz!!!!!!!!!!!!
4. Radek i Jarek rządzili po prawej stronie sceny i widać było, że dobrze się rozumieją. Generalnie fajnie jest patrzeć na pięciu szczęśliwych facetów, którzy z widoczną przyjemnością i z wyraźną ochotą do wspólnego grania, angażują się w projekt o nazwie Najt Rajder.
5. Jeśli chodzi o skład koncertowy, to jak zwykle była silna grupa pod wezwaniem, z która spędziłem miło czas. Chcę więc z tego miejsca pozdrowić m. in.: Cały zespół Night Rider, Jacka Majerskiego, Betty&Mysz (siostry sisters), Mandarynę z Małżonkiem, Czarka bez Dziabego, Wodza z Pszczółką, Kasię Duran Duran, „której się zmniejszył biust, gdyż schudła” i jej brata Dariusza, który z kolei tak jak ja, organicznie brzydzi się palenia papierosów, Krzycha, tego co ma długie włosy i jego kolegę z piaskownicy Rogala, Ireneusza – syna marnotrawnego, który powrócił i to powrócił w wielkim stylu oraz jeszcze takiego jednego kolegę z pod sceny, którego imienia nie znam (możliwe, że Mateusz), a z którym przybiłem „piątkę”, gdyż tak jak ja był chyba na wszystkich koncertach Hetmana, jakie odbyły się ciągu ostatnich 5 lat i jeszcze wszystkich pozostałych równie sympatycznych, których nie wymieniłem, a z którymi tego wieczoru miałem przyjemność porozmawiać.
6. SPECJALNE POZDROWIENIA I UCAŁOWANIA DLA MOJEJ ANI, KTÓRA AKTUALNIE JEST TROCHE BIEDNA I JAKO MATKA KARMIĄCA, NIE MA JAK SIĘ RUSZYĆ ZDOMU NA DŁUŻEJ NIŻ 30 MINUT, CO WYKLUCZA UCZESTNICTWO W KONCERTACH NIGHT RIDERA. NO I W SZCZEGÓLNOŚCI DLA NASZEGO 2,5 MIESIĘCZNEGO SYNKA JULIANA, KTÓREGO BARDZO BARDZO OBOJE KOCHAMY!!!                                                                                                                                                                        


 


Do następnego koncertu, Przyjaciele,!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                                                              


oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

NIGHT RIDER - PROGRESJA 30.03.2007

wtorek, 03 kwietnia 2007 15:33

                                                                                                                                

 

 

...miło było zobaczyć ich po raz pierwszy w mieście Warszawa. Nocny Jeździec potrzebuje osłony nocnej księżycowej aury, by pokazać pełnię swojej możliwości. Pięciu Jeźdźców Księżyca pojawiło się więc na scenie klubu, którego nazwy nie wymienię, bo wszyscy ją znają i zaprezentowało swój dziewiczy repertuar. Nowo powstałe utwory, które zapewne znajdą się na debiutanckim albumie grupy, poznaliśmy właśnie tej ostatniej marcowej soboty A.D.2007. Była to ostatnia właściwie chwila, ostatni moment dla okolicznych kotów, aby się jeszcze trochę pomarcować, (jako, że w kwietniu już się będą kwietniować raczej) w rytm dobiegającej z owego klubu, którego nazwy z przyzwoitości nie wymienię, rockowej muzyki. Filemon wdzięczył się więc do Lukrecji, Pafnucy stymulował w tańcu ogonek innego, przypadkowo napotkanego kota, mieszkańca pobliskiej klatki schodowej. Zabawa na całego innymi słowy. Około godziny 21.00 planowane było rozpoczęcie koncertu. I  trochę później wszystko się zaczęło. Usłyszeliśmy intro, które z zwiastować miało początek nightriderowego grania. Co tu dużo mówić fajnego grania i mocnego uderzenia. Nie pamiętam nawet wszystkich utworów zaprezentowanych (skorzystam z setlisy), jednak w ogólnym zarysie było to coś naprawdę mocnego i innego od twórczości zespołu, z którego wywodzi się trzech członków Night Ridera i którego nazwy też przez grzeczność, nie wymienię. Nie lubię wyrazów na h i ch (czytaj CE HA). No właśnie co jest, co będzie CE Hą charakterystyczną nowej kapeli rockowej Night Rider? Już zaraz miałem się o tym przekonać. Stojąc z piwkiem w przedsionku toaletowo-barowo-szatniowym i miło konwersując, nagle ni z tego ni z owego usłyszałem, że z głośników wydobywa się kompozycja, która potem okazała się wstępem do koncertu. Inwokacja. Intro. Wstęp. Zwał go jak zwał. No i zaczęło się. Chwilę wcześniej spotkałem Radka, który wydawał się być w nie najlepszym nastroju, lecz taktownie nie zapytałem go o powód. Wymieniliśmy grzecznościowe „dzieńdobry cześć i czołem” i nie drążyłem tematu. „ Zaraz gramy” – rzucił Chwieral, ubrany w swoją mega wyczesaną koszulę, dzięki której doskonale widać go na scenie. Powiem szczerze, że sam mam w swojej kolekcji kilka równie wypasionych, according to pattern variety, fajnych koszul na lato ala Pizza Hawajska, dlatego rozumiem chłopaka i jego doń zamiłowanie. Z resztą Kirk Hammett od lat kreuje metalową modę wykraczającą poza schematy czarnych „gumek” i koszuli z trupią czaszką i pokazuje się bardzo często w tego typu garderobie. Taki intelektualna mieszanka świetnego, wysublimowanego technicznego grania oraz z drugiej strony naprawdę mocnego uderzenia. Radek jest sobą i to mu się chwali. Keep on fuckin’ rockin, man!!!! Lecimy z koksem więc. Pierwszy utwór to instrumentalne granie, które było szybkie, chwytne i ...mocne, co było lekkim zaskoczeniem powiem szczerze. Nie spodziewałem się, że będą brzmieli tak heavy metalowo i z dużą głębią w tle. Potem był kolejny kawałek, którego nie znałem (Smak wolnośći), który bardzo chętnie posłuchał bym jeszcze raz. Jako trzeci song – „Skrzydła” – znany już trochę ze strony zespołu. Świetna kompozycja i tak jak się spodziewałem – w wersji na żywo wypadła naprawdę nieźle. Cały czas jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gitara Radka jest zbyt mało słyszalna i solówki były mało wyeksponowane na tle ściany dźwięku, która płynęła z loudspeakerów. No właśnie... ŚCIANA DŹWIĘKU!!!! Kolejny kawałek „Zmieniam się” utwierdził mnie w przekonaniu, że zespół Night Rider do kapeli na h..., której nazwy ponownie nie wymienię, ma się jak karampuk do wielbłąda. Ridersi grają kurewsko mocno i bardzo heavy metalowo. Przy kawałku „Zmieniam się” napomknąłem do kumpla, z którym stałem pod sceną: „Kurde, czy jesteśmy na koncercie Slayera?”. Ten utwór zapadł mi w pamięć jeszcze z jednego powodu. Gra Jacka Zielińskiego mnie po prostu zabiła. Nie miałem pojęcia, że ten skromny jegomość, potrafi grać tak rewelacyjnie. Nie wiem dlaczego, ale w swojej poprzedniej kapeli prezentował 50% swoich możliwości. Chłop - widać to jak na dłoni – był zdaje się bardzo ograniczony w obrębie zespołu, w którym nie pozwalano mu się w pełni realizować i rozwijać. Dave Lombardo po tym koncercie mógł by mu buty czyścić i wydaje mi się, że nie tylko ja odniosłem takie wrażenie. To był majstersztyk... Utwór numer 5 to napisany specjalnie dla boksera Tomka Bonina, który przybrał pseudonim BYK utwór pt. „Nadchodzi Byk”. Riff w tym utworze jest bardzo melodyjny i rozwala po prostu swoją siłą. Bardzo lubię  ten SONG („Jest o nim ---- Nadchodzi Byk”), choć jeśli chodzi o tekst, jest on z wiadomych wzglądów trochę monotematyczny. Jednak nie ma się co czepiać, gdyż jak sobie przypomnę tekst, jaki Kazik Staszewski napisał do utworu pt. Andrzej Gołota, to te słowa są całkiem do rzeczy. Po za tym słowa mają zagrzewać do walki samego Bonina. Utwór wykonywany jest przez zespół przed walką boksera i o to tutaj chodzi. „Blisko ty” balladka niczego sobie. Powiem szczerze, że refren jest dużo lepszy od zwrotki i bardziej wpada w ucho. Myślę, że na kolejnych koncertach bardziej przekonam się nie tylko do tego kawałka, ale i do wszystkich pozostałych nowych piosenek. No i mamy chyba najbardziej wzruszający i niesamowity punkt koncertu. Pochodzący z płyty grupy ...etman z przeróbkami rockowymi kawałek „Grosza Nie Mam” nie był nigdy grany na koncertach przez tegoż Manheta. Jako, że jest to naprawdę świetny kawałek, Kiljan i spółka postanowili, aby narodził się na nowo. Wypadł świetnie tego wieczoru. Zagrany z wielkim uczuciem i to się czuło. Chwila oddechu. Solo Radka, które trwa kilka minut. Po nim „Wiatr Pustyni”, w którym znów rządzi Jacek STOPA Zieliński i przechodzimy to setu akustycznego. Na scenie pojawiają się dwa krzesła barowe, na których zasiadają Kiljan i Chwieral. Ten ostatni oczywiście z gitarą akustyczną. Wykonują najpierw kawałek „Pozwól mi zasnąć” a zaraz po nim cover grupy Whitesnake „Sailing Ships”. Powiem szczerze, że po takiej dawce ostrego łojenia, uśpił mnie trochę ten akustyczny mini koncert. Poszedłem więc w tym czasie po piwko i złapałem parę łyków na wzmocnienie. Wracam i słyszę pierwsze takty utworu Enter Sandman, nadchodzi cover mojego ulubionego zespołu, którego nazwę z przyzwoitości oczywiście, że wymienię – hmm chodzi oczywiście o Bayer Full. Szalałem pod sceną i śpiewałem ile wlezie. Utwór ten z Kiljanem wykonywał chłopak trochę podobny do mnie, nie wiem, czy nie był to jakiś mój krewny. Muszę zbadać jego DNA na najbliższym koncercie. Gitary szły idealnie z wersją Metalliki, oczywiście solo i efektowne zakończenie – tak, był to mocny punkt programu. Tłumy szalały pod sceną, fanki mdlały, sanitariusze nie nadążali z uzupełnianiem złocistego napoju i wody ognistej. Siła, moc i ogień!!!!!!! Uff!!!!!  I mamy drugi zaczerpnięty z twórczości wiadomej kapeli, której nazwy, jeszcze nie wiem właściwie dlaczego, na razie nie wymienię - utwór pt. Easy Rider. Kamień milowy – hymn wielu formacji motocyklowych w naszym kraju i nie tylko. Myślę, że publika czekała na ten moment i nie zawiodła się, mogąc wyśpiewywać kolejne wersy tej wspaniałej pieśni. Jak zwykle Kiljan zaśpiewał dla kilku osób, najwierniejszych fanów z pod sceny oraz dla swej ukochanej małżonki „Dla ciebie......I dla Ciebie..... I dla kogo jeszcze? - Śpiewam toooooooooo!!!!!!!!!!!! Jeeeejjeeieee!!!!!”. I ostatni utwór, którego zupełnie nie pamiętam (Casino), gdyż udałem się to toalety publicznej, zahaczając po drodze o bar i tworzy się koło zamknięte. Człowiek staje się niepostrzeżenie niewolnikiem, nie przymierzając, kibla i beczki z piwskiem i tak w kółko macieju dookoła voytek. KONIEC KONCERTU!!!!!!!!!!!!!!! KONIEC WYWODU!!!!!!!!!!!!!!!!!! Podsumowując – milo było i czekam na kolejny występ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Chcę jeszcze na koniec napisać parę słów o new kids on the block, czyli o gitarzyście rytmicznym Marcinie”Freddim” Mentelu i o basiście – Jarku Michalskim. Jarek prezentuje wysoki poziom muzyczny niewątpliwie. Fajnie jak ktoś gra na takim luzie na bez progowym basie i ogólnie wrażenie pozytywne. Marcina miałem sposobność poznać jakoś we wrześniu 2006 na urodzinach Radka w Biker’s Place, gdzie znalazłem się przypadkowo. Zamieniłem z nim trzy słowa na krzyż na tematy footballowe i odniosłem pozytywne wrażenie. Ciepły to i wielce energetyczny jegomość, przy okazji zagorzały fan drużyny stołecznej Legii, który stanowi duże wzmocnienie dla bandu. Pozytywny duch. Patrząc na tą stronę sceny, gdzie kiedyś stał obywatel Jarosław H., odnoszę wrażenie, że wraz z przyjściem Marcina, nastał w zespole niezbędny spokój, potrzebny to powstania w nim twórczej atmosfery i magicznej wibracji, niezbędnej do tworzenia prawdziwej, szczerej muzyki. A ta muzyka płynie prosto z serca i to się czuje... Jacek napier....a  z szybkością światła i na pełnym czadzie, Radek na luzie „czesze” rozmaite sola, no i Kiljan nie schodzi z wysokiego poziomu i widać po nim radość grania, inną niż w czasie, gdy wszyscy byli członkami kapeli, której nazwy już po raz ostatni dzisiaj nie wymienię. Tak trzymać Panowie. NIGHT RIDER WYMIATA!!! Pozdr.MM

                                                                                                                   

                                                                                      www.nightrider.pl
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

PRZYBYWAJCIE NA KONCERT GRUPY "NIGHT RIDER" 30.03.2007

piątek, 09 marca 2007 14:19

                                                                                                          

SŁUCHAJCIE MOI KOCHANI!!!!!  ISTNIEJE SOBIE OD NIEDAWNA TAKA GRUPA ROCKOWA O NAZWIE "NIGHT RIDER", KTÓRA WYŁONIŁA SIĘ Z INNEJ KAPELI O NAZWIE "HETMAN". TRZEJ CZŁONKOWIE "HETMANA" (PAWEŁ KILJAŃSKI, RADOSŁAW CHWIERALSKI I JACEK ZIELIŃSKI) ZAŁOŻYŁO WŁASNY BAND, GDYŻ NIE MIELI PRZYJEMNOŚCI I CHĘCI DALSZEJ WSPÓŁPRACY Z JAROSŁAWEM HERTMANOWSKIM. DO NICH DOŁACZYŁO JESZCZE DWÓCH INNYCH JEGOMOŚCI: JAROSŁAW MICHALSKI ORAZ MARCIN MENTEL (ten ostatni transferował się z grupy Closterkeller) I ICH DEBIUTANCKI KONCERT W STOLICY ODBĘDZIE SIĘ WŁAŚNIE 30 MARCA 2007 W KLUBIE PROGRESJA

                                                                            

 

www.progresja.com 

                                                                           

 

PANOWIE PRZYGOTOWALI JUŻ SPORO WŁASNEGO MATRIAŁU, KTÓRY WYKONAJĄ NA KONCERCIE W WARSZAWIE. OPRÓCZ TEGO SPODZIEWAMY SIĘ TAKŻE KILKU UTWORÓW MACIERZYSTEGO "HETMANA"  ORAZ 1-2 COVERY, W TYM "ENTER SANDMAN" W MISTRZOWSKIEJ ARANŻACJI. DRUGI COVER TO NA RAZIE TAJEMNICA, ALE PODOBNO TO COŚ SPECJALNEGO, CO WARTO BĘDZIE ZOBACZYĆ NA ŻYWO. NIEOFICJALNIE POWIEM, ŻE WŁAŚNIE PRZED CHWILĄ SŁYSZAŁEM PRÓBKI NOWEGO MATERIAŁU I POWIEM SZCZERZE, ŻE JEST TO NAPRAWDĘ NIESAMOWITA MUZYKA W KONWENCJI HEAVY METAL-ROCK-CO ROCK TO PROROCK. NAPRAWDĘ, AŻ MI DECH ZAPARŁO JAK TO USŁYSZAŁEM. MUZYKA ŻYWA, SZCZERA I Z NIEZŁYM CZADEM. PARĘ OSÓB (A SZCZEGÓLNIE JEDNA) SIĘ NIEŹLE ZDZIWI, JAK TO USŁYSZY. MOIM ZDANIEM TYM KONCERTEM GRUPA ZAMKNIE USTA WSZYSTKIM SCEPTYKOM I NIEDOWIARKOM, KTÓRZY TWIERDZĄ, ŻE W GRUPIE "HETMAN" TYLKO JAROSŁAW HERTMANOWSKI BYŁ DOBRYM KOMPOZYTOREM. JAK SIĘ OKAŻE 30 MARCA - NIE KONIECZNIE...HE HE

                                                                      

ZAPRASZAM WSZYSTKICH GORĄCO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                                         

JAKO SUPPORT WYSTĄPI GRUPA "LEAVE" Z CHEŁMA GRAJĄCA COVERY IRON MAIDEN.

                                                      

www.nightrider.pl

                                                                                     

                                                                       

 


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

John@Richie - mistrzowska zagrywka nie tylko dla zakochanych

sobota, 09 grudnia 2006 17:02

Posłuchajcie tej magicznej gitarowej zabawy. Magia chwili za dotknięciem boskim. Coś pięknego nawet dla fanów Obituary!!!

http://www.youtube.com/watch?v=eBtriuI2BqA


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

JOHN LENNON 1940-1980

piątek, 08 grudnia 2006 11:21

John Lennon to postać, która towarzyszy mi od czasów wczesnego dzieciństwa. Od kiedy tylko zainteresowałem się muzyką w ogóle (to było w wieku 5-6 lat) i od kiedy zacząłem słuchać płyt i kaset ulubionych wykonawców(o tym innym razem), jego postać była postacią wiodącą w moim rankingu małego muzycznego zapaleńca. Był kimś o kim zawsze myślałem: kURDE to ten wielki John, który był motorem napędowym kapeli wszechczasów o znanej wszem i wobec nazwie DE BITELS. Zawsze w tym dniu jakim jest 8 grudnia wspominam tego niesamowitego gośćia, który się hajtnął, albo chajtnął (fajny wyraz swoją drogą) z pewną japońską niewiastą o imieniu Yoko, co miała skośne oko. Znamy tą historię bardzo dobrze. Czy ktoś tą panią lubił czy nie w tamtych czasach, trzeba podkreślić, że zrobili oboje sporo dobrego, krzewiąc w ludzkich umysłach idee pokoju i zrozumienia. Ale najważniejsze jest to, iż John Lennon razem z Paulem MacCartneyem napisał tyle genialnych w swej prostocie kawałków beatlesowskich. Za to pomnik się należy. Chyba mu postawię na podwórku u nas. Szkoda chłopa, bo dostał kulkę i odszedł z tego świata. Ale myślę sobie, iż widocznie już spełnił swą rolę na ziemi i Bóg chciał go mieć u siebie. Był pewnie potrzebny do skomponowania kolęd...Swoją drogą fajnie by było, aby kiedyś poczciwy Johny przyszedł do nas po kolędzie przebrany za kostuchę i zaśpiewał Stand By Me i Silent Night....Tu wszystko jest możliwe przeca. Zwierzęta są szczęśliwe. A dzieci wiem coś o tem. Latają Aerofłotem. :)

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 21 września 2017

Licznik odwiedzin:  679 328  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

KONTAKT: velkrav@gmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 679328
Wpisy
  • liczba: 238
  • komentarze: 17068
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 3943 dni

Więcej w serwisach WP

Komediowo.pl

Pytamy.pl