Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 029 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

ALCOHOLICA Z ORKIESTRĄ - relacja / LUBIN 16.01.2016

wtorek, 02 lutego 2016 10:43
Skocz do komentarzy
Po kilku miesiącach uzasadnionej przerwy w kontakcie z symfonią grupa coverowa Alcoholica zapragnęła przerwać milczenie - pewnie poniekąd słusznie - by po raz drugi zatrudnić „Smyczkowych Młodych Zdolnych” i odpalić alkoholowy repertuar bez pardonu. „Fuckin On And Fuckin No Regrets!”, że zacytuję klasyka. Po raz drugi w historii z towarzyszeniem orkiestry wystąpił bowiem dnia 16 stycznia 2016 roku Zespół Pieśni i Tańca ze Świerklańca. Choć szczerze przyznam Sasim to ściemniacz, bo nie widziałem ani razu, żeby tańczył, bo pieśń to jeszcze mu w miarę wychodzi, choć czasami bokiem – jak to nieszczęśliwie zdarzyło się podczas pierwszego koncertu w październiku zeszłego roku. Na miejsce sztuki Alkoholica wybrała tym razem „miedziowe” zagłębie LUBIN. Nie mam nic do Lubina, a wręcz przeciwnie, mają super stadion i Klub i „Lubię to!” (nazwa miasta obliguje), ale nie ma z nim połączenia kolejowego z mego miasta. Nie mówię, że bezpośredniego, ale żadnego. Na sankach mi się nie chciało, bo to za daleko i mój pies, który waży 6 kg nie pociągnąłby na tym dystansie, więc wybrałem podróż łączoną: Metro / Autokar Polski Bus / PKS Wrocław. Na prywatny odrzutowiec aktualnie mnie nie stać, bo niedługo wydaję i wszystko zainwestowałem.
Cóż, zacznę w takim razie od początku, bo od końca jakoś tak głupio. Zabieram Was więc w podróż na koncert wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju! ALCOHOLICA & ORCHESTRA MIXTURA. Jako „KONDUKTOR” wystąpiła tym razem po raz drugi z rzędu Pani PAULINA ROGOWSKA, choć ku zaskoczeniu wszystkich teraz nazywa się nieco inaczej, i póki co jakoś tak jakby...hmm... inaczej wygląda! Tak, jest pełna sił witalnych i pozytywnej heavy metalowej energii. Wszystko za sprawą zawartego niedawną związku małżeńskiego, o czym Jaymz Sasimfield aka Wojciech Sasimowski (rhythm guitar and vocals) informował bez przerwy, non stop, w koło Macieju. Najlepiej pasuje mi tutaj jednak określenie: Dookoła Wojtek! Panie Wojtku, Pan to zawsze musi kogoś albo coś zareklamować! Ach te kontrakty, ciągle coś! Gratuluję! Masz pan głowę do interesów!
No to cóż! Here I Am, On The Road Again!
Wyszedłem o godzinie 6.07 rano i skierowałem się na stację metra, aby sprawnie przedostać się na dworzec Warszawa-Młociny skąd nastąpił (pełen) odjazd. Szczerze mówiąc, na to właśnie liczyłem, gdy podjąłem decyzję, aby wyruszyć w pojedynkę w podróż życia. Może nieco przesadziłem z określeniem „podróż życia”, ale wyobraźnia płata figle i zdolna jest do wszystkiego. Meniosy objeżdżają całą kulę ziemską, a ja pokorny chłopak wyruszam do Lubina z przesiadką we Wrocku i cieszę się jakbym leciał co najmniej TU-154 na koncert grupy Alcoholica na Galapagos, albo na Komodo do siedziby Waranów. A że Wrocław szczerze lubię i bywam tam dość często to jest to dla mnie wielka radość i satysfakcja pojawić się tam choć na chwilę. Przyznam, i chcę to na wstępie zaznaczyć, że ani we Wrocławiu, ani w Lubinie nie spotkałem ani Żółwi-Gigantów, tym bardziej Waranów, choć przechodniom przyglądałem się uważnie. Jedyny akcent z żółwiem to było natknięcie się w Lubinie na plakat Hemp Gru. Ci hiphopowcy nagminnie i ciągle „biją żółwie”. Takie przywitanie, cóż. Każdy wita się jak lubi. Eskimosi nosami, a metalowcy przybijają „piątkę”. Na przybicie „piątki” z Alkoholicą bardzo liczyłem, choć nie był to jedyny powód, aby wyruszyć.
O 12.30 zawitałem do Bresslau, tam wciągnąłem trzema ruchami widelca pyszny obiad w restauracji przydworcowej za 7,50 zł + kompot gratis, a następnie wsiadłem do pamiętającego czasy późnego Jaruzela PKSu, który w jedyne 97 minut przewiózł mnie w „komfortowych warunkach” do miejsca docelowego. Wysiadłszy na Dworcu Autobusowym Skłodowskiej w Lubinie pomaszerowałem w kierunku hotelu z kupioną we Wrocku mapką. „Ale odludzie!” - na początku pomyślałem idąc przez miasto i wesoło pogwizdując Damage, Inc. Na ulicach zero ludzi, jakoś tak autentycznie odludnie, ale nie zrażając się wędrowałem ochoczo dalej. Od rana nie miałem piwa w ustach – w drodze czytałem Norwegian Wood Murakamiego i postanowiłem nie kupować browaru do autokaru. Postanowiłem w Lubinie nie brać też autobusu, ani taxi, a wybrałem przechadzkę przez całe miasto, co zajęło mi góra pół godziny, może 40 minut. Po drodze mijałem kolejne bloki, Centrum Kultury „Muza” przy którym sfotografowałem plakat z zapowiedzią wieczornego koncertu, a następnie udałem się przez park w kierunku Hotelu Skarbek, gdzie zamierzałem stacjonować.
Wreszcie pokój hotelowy. Uprzednio nabyłem 4 piwa więc jak tylko zasiadłem, aby odsapnąć po ponad 10 godzinnej tułaczce (w hotelu byłem o 16.30) od razu odpaliłem Beer no. 1 z mojego bogatego wachlarza trunków na ten wieczór. BEER’EM ALL – to hasło-slogan przyświecało mi i taki też był mój plan kolejne godziny. Szybki prysznic, w TV leciał film, który bardzo lubię i pijąc browar sobie go do końca obejrzałem. „Jutro pójdziemy do kina” to film fabularny, który zapoczątkował serię „Czas honoru” i który to mogę oglądać w kółko, czyli Dookoła Wojtek. Są filmy które nigdy mi się nie znudzą (to trochę tak jak Metallica) i ów do nich należy. Hotel bardzo schludny i polecam go, bo warto się tam zatrzymać, jeśli ktoś będzie jechał na mecz Zagłębia Lubin z jego ulubioną drużyną – stadion jest nieopodal hotelu – to jest to bardzo dobre miejsce na spoczynek po meczu tudzież w moim przypadku właśnie po koncercie.
Po godzinie 18.00 ubrałem się schludnie (w końcu ma być symfonicznie, nie?) i wyszedłem na ulicę Hutniczą, aby wyłapać jakąś drezynę tudzież taksówkę. Zaopatrzony w 100ml wódki-pomarańczówki wyruszyłem w kierunku miejsca koncertu. Uznałem, że wypite 3 piwa (1 zostawiłem w pokoju) plus pomarańczówka na koncercie w zupełności wystarczą, aby wprowadzić się w nieco bajkowy nastrój. Aby bawić się wyśmienicie, a nie być w stanie zwałki kompletnej.
Na miejscu było już trochę ludzi z „branży alkoholowej”. Jedni stali do kasy, inni dyskutowali, a jeszcze inni zasiedli już chwilę wcześniej na sali koncertowej. Po przejściowych trudnościach z przeskanowaniem biletu wszedłem do środka i zająłem miejsce w 3. rzędzie skrajnie po prawej stronie. Ubrany w białą czapkę pragnąłem tym samym oraz wszem i wobec zaznaczyć, że czuję się „w czepku urodzony”, bo mogę być tego wieczoru z Alkoholicą w mieście Lubin i do tego mam w tylnej kieszeni spodni schłodzoną pomarańczówkę. Żyć, nie umierać! Scena duża, dość okazała, a na niej ustawione instrumenty smyczkowe, krzesełka dla muzyków oraz perkusja, basy, gitary i mikrofony. Klimat odpowiedni do konkretnej rozwałki, która miała dokonać się tego wieczoru. Mija kilka minut i wreszcie starsza młodzież symfoniczna zaczyna pojawiać się na scenie. Otrzymuje momentalnie gromkie brawa i owacje na leżąco! Zaraz po nich wchodzą główni bohaterowie: Jaymz Alan Sasimfield, Lars Skotniczny, Clifford Lee Flak oraz Kirk Kędzierski. Zaczyna się koncert i Mixtura rozpoczyna uwerturą Ecstasy of Gold, co nie zaskakuje nikogo, a wprowadza w prawdziwą ekstazę. Wszyscy mamy mokro i ślinimy się z radości. Robi się podniośle, ekstaza udziela się na twarzach osób znajdujących się na trybunach i po chwili rozbrzmiewają pierwsze dźwięki THE FOUR HORSEMEN. Jeżeli chodzi o metalikowy repertuar to nie mam i nie miałem nigdy większych obiekcji i łykam praktycznie wszystko, co mi na talerz podadzą. Owszem, po 20 latach w Metclubie, po 26 latach słuchania Metalliki dzień w dzień, jak to w najlepszym małżeństwie, są pewne kryzysy, ciche dni. No powiem tak, ostatnio po 19 latach wypisałem się z Metclubu na własną prośbę, nie miałem przez rok ochoty słuchać Metalliki, a teraz jak mi wróciło to właściwie słucham tylko pierwszych 4 albumów, które są ponadczasowe i nic ich nie przebije, wiemy o tym wszyscy doskonale. W międzyczasie przywrócili mnie w członkostwie, więc wszystko wróciło na właściwe tory. Znowu jestem tu, gdzie być powinienem i gdzie tak naprawdę byłem od dnie mych narodzin, ale jeszcze nie byłem tego świadomy. THE 4 HORSE to cudowny utwór Dave’a Mustaina z dopisanym środkiem (tę historię znamy na pamięć), uwielbiam go, jest genialny, rewelacyjny, rozwala mnie na glebę od dnia, w którym usłyszałem go po raz pierwszy w życiu. Alcohollica wespół z Mixturą zrobiła go fantastycznie i słuchało się tego genialnie. Nie jestem w stanie odtworzyć partii smyczkowych i pozostało tylko wrażenie, ale to było niewątpliwie mocne rozpoczęcie koncertu. W przerwach między utworami Sasim będzie cały czas reklamował Panią Paulinę Rogowską i non stop będzie starał się tym samym poprzez przekaz podprogowy powiedzieć wszystkim nam, że propaguje związki zalegalizowane. Cały czas próbował nam przekazać, że zachęca nas do zawierania małżeństw, i chce nas zniechęcić do życia „na kocią łapę”. Sasim to wielki przewodnik, prawdziwy mentor, bo nie tylko zagra i pięknie zaśpiewa (nie tańczy, fakt, ale pewnie kiedyś i w końcu się nauczy), ale i przekaże wiernemu ludowi wartości ponadczasowe. O naszą moralność nie musimy się więcej martwić :)
KING NOTHING poszło na drugą nóżkę. „Where’s Your Crown, King Nothing?” – pytał Nasz Polski James, ale nie widziałem, żeby ktoś na sali nosił koronę, więc odpowiedzi szukać było na próżno. Miałem co prawda czapkę, ale się nie odzywałem. Jeżeli ktoś przyjechał na koncert z Czech to mógł dysponować koronami czeskimi, ale nikt widocznie nie czuł się na siłach, aby dać odpowiedź. Niektórzy widziałem schylali się pod fotele i czegoś szukali, ale widocznie nic nie znaleźli. Utwory z Load można lubić, albo nie lubić, ale osobiście ten utwór jest mi bliski w jakiś nieokreślony sposób. Wyszło w porządku! Mixtura szalała, kobiety mdlały, panowie je cucili. Normalne na koncertach Alkoholica & Pani Paulina with Jej Wysokość Starsza Młodzież Thrash Violin Band. Dalszy ciąg zdarzeń to kultowa, a moja ulubiona i ukochana ballada Metalliki, FADE TO BLACK. W utworach lirycznych szczególnie uwypukla się obecność symfonii w aranżacji, dlatego FADE wyszedł cudownie i bardzo się cieszę, że zagrali ten właśnie hicior z Ride the Lightning w pierwszym rzucie. Nie chcąc jednak popaść w stan zbytnio depresyjny, a tym bardziej samobójczy przypominam sobie słowa NO ONE BUT ME CAN SAVE MYSELF..., ale żeby nie dopuścić do stanu „TOO LATE” wyciągam pomarańczówkę i biorę większy łyk. Uff!!!! Cudownie się czuję, bo wprowadzone uprzednio do mego krwioobiegu 3 piwa w połączeniu z wysokoprocentowym trunkiem ostatecznie odganiają czarne myśli. Ależ życie jest piękne!!!
Alkohollica przerzuca stronę tej pięknej księgi zatytułowanej „ALCOHOLICA%ORCHESTRA MIXTURA - LUBIN 16.01.2016 – LIVE SHIT, BULL SHIT” na utwór TURN THE PAGE, który okaże się potem jedynym coverem tego wieczoru i który nie dość, że coveruje Metallica, gdyż to utwór Boba Segera, to jeszcze teraz Metallikę coveruje Alcoholica. Nie widziałem na sali Boba Segera, ale jestem przekonany, że jakby zobaczył wykonanie Alcoholiki zapragnąłby z-coverować swój własny utwór. Wtedy można powiedzieć, że temat zamknąłby się w jednej wielkiej rodzinie obarczonej metalowym alkoholizmem. „On a long and lonesome highway, east of O-LUBIN…” – nucę sobie pod nosem i delektuję się uczestnictwem. Sasim znowu coś o małżeństwie, ale już tylko lapidarnie, aby podtrzymać przekaz. Pani Paulina rozbawiona, młodzież skupiona, ale wyraźnie widać, że niektórym muzykom trudno jest ukryć grymas rozbawienia. Niektórzy wyglądają, jakby wręcz chciało im się z tego wszystkiego zapaść pod ziemię, zniknąć w niebycie, więc zgodnie z prośbą wyrażoną myślami wybrzmiewają pierwsze takty I DISAPPEAR. „Do you bury me when I’m gone, Do you teach me while I’m here…”. “Motywy śmierci w twórczości Metalliki”. Wyobrażam sobie, że jest możliwy taki temat na maturze. Ale to bardziej w Liceum Ogólnokształcącym im. Cliff’a Burtona w Świerklańcu w klasie o prawdopodobnym profilu Biol-Chem. CHEM dlatego, że między chłopakami z Alkohoiliki jest prawdziwa „chemia” i to wisiało w powietrzu, a BIOL...??? Hmm...Nie wiem, qrwa. Możliwe, że w szkole z biologii mieli dobre stopnie.
FIXXXER – „Dolls of Voo Doo, Stuck with Pins-aaaaaaa....”. No tak laleczka voo doo kojarzy mi się jedynie z WÓDĄ, czyli znowu nawiązanie do nazwy zespołu. Myślę, że tym razem Sasim i Spółka Alkoholowa Z Nieograniczoną Nieodpowiedzialnością tak wykwintnie dobrała repertuar na ten wieczór, że chylę czoła. MARKETING oraz PR mamy tutaj znowu na najwyższym światowym, ba, a nawet powiatowym, poziomie. Po wysłuchaniu tego utworu, aż chce się człowiekowi „na nowo zakochać w życiu”. To niniejszym czynię i wychylam kolejny łyk pomarańczówki. „To fall In love with life again, to fall In love, to fall In love, to fall In love with life again!!!!!” – śpiewa Św. Wojciech ze Świerklańca i śpiewa tak, że niewiastom stringi spadają, a mnie samemu kopar(k)a opada. Muszę przyznać, że wokal na tym koncercie był znacznie, ale to znacznie lepszy niż w Warszawie. Nie mówię tutaj oczywiście o braku tym razem infekcji gardła, ale ogólnie widać, że nasz front-chłopak mocno się przyłożył. Na wysokich partiach bywało ciężko, ale Hetfield również na koncertach często wygląda tak, jakby miała mu krtań wypaść. Więc szacunek dla Kierownika Tego Pierdolnika Zdzśka Sasimowskiego w tym temacie!
Druga część koncertu rozpoczęła się instrumentalnym, patetycznym TO LIVE IS TO DIE. To utwór wyjątkowy, bo jest w nim zawarty duch Cliffa Burtona i to czuje się zawsze, gdy się go słucha. „When a man lies He murders some part of the World…” mówi z zaświatów Cliff i nad tym należy się skupić. Osobiście tego wieczoru ani razu nie skłamałem, poza tym, teraz wszystko, co piszę to też prawda (subiektywna) i w ogóle wiadomo nie od dzisiaj, że prawda w oczy kole, więc ogólnie rzecz biorąc: doPRAWDY, iście cudowny to był wieczór, a potem poranek (o tym za chwilę). Kolejno dalej poleciały (wahadłowcem): DON’T TREAD ON ME oraz MY FRIEND OF MISERY z Black Albumu, a zaraz po nich mój ukochany WASTING MY HATE from Load Album. Cały zestaw powyższych utworów w ciekawej, mixturowej aranżacji zaspokoiły moje oczekiwania, połechtały zmysły i lubię wymienione 3 utwory muszę przyznać z radością. Widomo, że w moim rankingu era BLACK/LOAD/RELOAD pozostawia something do życzenia, jeśli chodzi o niewyrównany poziom, aczkolwiek powyższe jak najbardziej dały radę :)
ONE poszedł „Bez Pyrotechnics” ze względów bezpieczeństwa. Poza tym kryzys światowy, spadły obroty, trzeba ciułać grosz do grosza, będzie kokosza. Sasim pamiętał koncert Metalliki w Montrealu w 1992 roku, w którym James Hetfield został mocno „przygrillowany”, gdyż stanął chłop w niewłaściwym miejscu. Zastępował go oczywiście John Marshall. Sasim chwilowo nie ma technicznego, więc obawiał się, że nie będzie miał kto wypełnić lukę na gitarze rytmicznej. John’a Marshalla najprawdopodobniej nie było tego wieczoru w Lubinie, a poza tym z tego co się orientuję przeszedł na muzyczną emeryturę. Odwiedzają go wnuki, siedzi spokojnie i brzdęka na pudle jakieś covery Sipińskiej. Zbliżamy się do końca koncertu i zapowiedziany zostaje ostatni utwór, którym oczywiście jest ENTER SANDMAN. Osobiście nie jestem jakimś wielkim fanem tegoż kawałka, ale wiadomo, że zawsze jest klimat, gdy wybrzmiewa, a ludzie skaczą zajadle. W tym momencie postanowiłem ponagrywać trochę i sfilmowałem telefonem cały utwór. Może potem zamieszczę, bo są wesołe ujęcia. Atmosfera już sięga zenitu, bo wszyscy wstają z siedzeń i podchodzą pod scenę. Za chwilę na bis jadą 2 utwory czyli autorski BEER’EM ALL oraz para-monumentalny i klasyczny w swojej wymowie SEEK AND DESTROY, który odegrany jest przy zapalonych światłach. BEER’EM ALL to już klasyk z TURBO TOP, ale uczciwie powiem, że bardzo lubię ich pierwszy, oficjalny utwór autorski. Przypomina klimatem mieszankę stylów Mustaine-Hetfield-Beyond Magnetic-N.W.O.B.H.M.-Frąckowiak-Wodecki i słuchało mi się go na koncercie (Z ORKIESTRĄ!!!) wyśmienicie. Solo i całość jest super i gratuluję chłopakom weny twórczej.
Jedno, co uważam za skandal (ale może po prostu za dużo pomarańczówki) i jestem zawiedziony i poproszę Książkę Skarg i Wniosków, że Anesthesia(Pulling Teeth) nie została zaaranżowana z orkiestrą. Toż to idealny utwór na symfonię. Kompletnie tego nie rozumiem i wyrażam zupełną dezaprobatę w tym temacie. Zamiast promować basistę, to oczywiście Jaymz Sasimfield ma największe parcie na szkło i się lansuje na potęgę, ale żeby kolegę z zespołu wypromować to już nie. Nie mówiąc o tym, że Michała Skotnicznego umieścił w akwarium, choć trzeba obiektywnie przyznać, ze nasz LarsFish Scott Nitzny grał miażdżąco i nawet z tak daleka potrafił pokazać wachlarz swych metallikowych możliwości (a Fisza Była Bez Ości). Zupełnie lekkostrawna!
I niech Sasim w końcu coś zatańczy :)
A Public Relations…hmm… Nie lubię się powtarzać, ale...WOW!!! Wprowadzając „Motyw Śmierci” do setu koncertowego panowie już 16 stycznia 2016 roku wprowadzili nas „podprogowo” w nadciągający niczym burza piaskowa singiel FOR THOSE WHO LEFT. Nadchodzi burza i nadchodzą tym samym piaskowi ludzie z drugim utworem. W oczekiwaniu na nowy song odtajnię zagadkę. Bohaterem wieczoru i piłkarzem meczu (zastosowałem nomenklaturę ME w Piłce Ręcznej) została oczywiście PAULINA ROGOWSKA-SERWA. Gratulujemy!!! Nagrody prześlemy pocztą!!!! A nowy song już miał swą premierę. Panowie! Rewelacja! Się da napić!
Koncert skończył się i w związku z tym, że chłopaki zaraz „po” uciekali czym prędzej do Świerklańca, ogarnąłem szybkie zdjęcia pamiątkowe, a następnie postanowiłem wypić jeszcze 1 bardzo duże piwo w przylegającej do sali koncertowej restauracji. Akurat odbywał się tam dancing, więc wbiłem się i zamówiłem piwo i tosty. Sącząc browarka przyglądałem się przez jakieś 40 minut tańczącym i miałem niezły ubaw. Powracając przed północą do hotelu snułem się po rynku, oglądając Lubin podświetlony i sympatyczny, choć ciągle żywego ducha na ulicy. Ani żywego, ani nawet umarłego. To bardzo spokojne miejsce. W hotelu poszedłem po godzinie spać i nad ranem szykując się do wylotu obejrzałem sobie powtórkę walki Artura Szpilki. Bambus straszliwie go złoił. Po tym nokdaunie udałem się na śniadanie do restauracji hotelowej, gdzie spotkałem sympatycznych ludzi z Siedlec, którzy rozpoznali moje zamiłowanie do Metalliki po koszulce z Metclubu i zagadali do mnie, więc miło się gawędziło o koncercie, na który oni oczywiście również przyjechali specjalnie samochodem i mieli przecież jeszcze dalej ode mnie, więc szacuj wielki! Dla siebie samego też podziw, że chciało mi się przyjechać :)
W pociągu powrotnym wspominałem koncert i ten krótki, acz treściwy, wypad do Lubina. Słuchałem mp4-ki (na niej pierwsze 4 albumy Mety) i na zmianę czytałem Norwiegian Wood Murakamiego. Tuż przed wyjazdem kolega zgrał mi ten materiał i po załadowaniu go na odtwarzacz okazało się, że mam automatycznie taką oto kolejność: 1. BATTERY 2. FIGHT FIRE WITH FIRE 3. HIT THE LIGHTS 4. BLACKENED 5. A.J.F.A. 6. MASTER OF PUPPETS 7. RIDE THE LIGHTNING 8. 4 HORSE 9. FOR WHOM... etc. czyli zagadka i klucz do niej myślę prosty :) Utwory poukładały się w kolejności 1,2,3,4 etc więc „jedynki” z 4 albumów miałem na początku. Ropierdol! Przesłuchałem materiał, doczytałem książkę (pozycja warta uwagi-polecam!!!) i na sam koniec jak już byliśmy blisko Warszawy, stojąc w korytarzu, aby rozprostować kości, na słuchawkach miałem Oriona i tak sobie myślę, jakby tutaj spuentować ten wyjazd, czym by go tutaj inteligentnie podsumować. Hmm... Patrzę w dal i nagle widzę na korytarzu stoi sobie kobieta oparta o wejście do przedziału. Trzyma na ramieniu dużą, czarną torbę z białym napisem, który wprawił mnie w osłupienie i kosmiczne rozbawienie. Nadrukowane wielkimi literami było: „PÓŹNE RokoKOKo” :)
 
Podsumowanie strzał w dziesiątkę!
 
ALCOHOLICA POLAND :)
 
STYL: PÓŹNIE ROKOKOKO
 
W SKŁADZIE PORCELANY:
Jaymz Alan SASIMfield – gr, voc
Lars SCOTT NICZNY - drums
Clifford Lee FLAK – bass, backing voc
Marcin „Kędy Idą?” KIRKdzierski – lead gUITAR
 
FUCK YEAH!!!!!!!!
 
Written by Mikołaj Maziarz
oceń
6
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

sobota, 24 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  612 087  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

KONTAKT: velkrav@gmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 612087
Wpisy
  • liczba: 237
  • komentarze: 17064
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 3854 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Komediowo.pl