Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 129 796 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

___PREMIERA KSIĄŻKI "MIRABELLA" MIKOŁAJ MAZIARZ___ EMPIK, Merlin.pl oraz ponad 60 księgarni internetowych

SERDECZNIE WITAM CIEBIE NA MOIM BLOGU!!! JESTEM CZŁOWIEKIEM Z WYBORU, KTÓRY PODĄŻA PRZEZ ŻYCIE REALIZUJAC NAJWIĘKSZE MARZENIA. PREZENTUJĘ ABSURDALNY HUMOR, SPECYFICZNY STYL PISARSKI ORAZ JESTEM WIERSZOKLETA SAMOISTNIE NARODZONYM PEWNEJ WRZESNIOWEJ NOCY 2004 ROKU. MAM SYNKA KTÓRY MA ZESPÓŁ ASPERGERA I DZIĘKI TEMU JEST TAK ORYGINALNY, ŻE CZASAMI NIE MOGĘ UWIERZĆ, ŻE BYWA ORYGINALNIEJSZY ODE MNIE SAMEGO, CO WYDAWAŁO MI SIĘ KIEDYŚ NIEMOŻLIWE. MA NA IMIĘ JULIAN I JEST DLA MNIE KIMŚ WYJĄTKOWYM. KOCHAM GO. A SAM JESTEM ARTYSTA-PISARZEM, KTÓRY ZAJMUJE SIĘ WYMYŚLANIEM INTERESUJACYCH HISTORII I TWORZENIEM Z NICH POWIEŚCI BELETRYSTYCZNYCH. MÓJ DEBIUT I KSIAŻKA "MIRABELLA" - SIERPIEŃ 2011. ZAPRASZAM NA MÓJ BLOG, KTÓRY PORUSZA WIELE TEMATÓW Z RÓŻNYCH SFER MOJEGO ŻYCIA. PEACE NAD LOVE. zapowiedź wydawnicza mojej powieści: http://www.piszesie.pl/mirabella

ALCOHOLICA - ZESPÓŁ PONIEKĄD SYMFONICZNY (since 10/18/2014)

wtorek, 21 października 2014 10:18

ALCOHOLICA POLANDZESPÓŁ ZE WSZECH MIAR SYMFONICZNO- INTELIGENTNY .:) TEATR CAPITOL. WARSZAWA. 18 PAŹDZIERNIKA 2014. :)

 

Ależ jest to inteligentny zespół!!! Niesamowicie to wymyślili!!! O kim mowa??? Oczywiście Alcoholica – krajowo-eksportowy coverband Metalliki, który oto w ostatnią sobotę zadebiutował formułą „Z Orkiestrą Symfoniczną”!!! Tak jak Metallica debiutowała 15 lat temu roku pod batutą Michaela Kamena, tak nasze kochane chłopaki z południa wysmażyli show w konwencji Heavy Metal with Skrzypce/Altówki/Wiolonczele/Kontrabasy. W rolę Michaela Kamena wcieliła się Paulina Rogowska z Orkiestra Mikstura. Podsumowując był to niezwykły koncert! Koncert w formule, której nikt się nie spodziewał i zapewne zostanie w naszej pamięci na długie, długie lata, a nawet do końca świata. „Dlaczego? Dlatego” (cytat z Jana "Wembley'a" Tomaszewskiego), iż po pierwsze, niesamowity pomysł, żeby zrobić coś, oczywiście na mniejszą skalę, czego dokonała kiedyś Metallica. Po drugie, zestawienie utworów bardzo różnorodne - choć spodziewałem się, że wszystkie kompozycje będą grane z orkiestrą, a nie tylko część z nich – ale absolutnie to nie zmienia faktu, że warto było taki wieczór przeżyć jeszcze raz, ponieważ dla mnie osobiście było to wspomnienie, retrospekcja koncertu Metalliki, który odbył się 19 listopada 1999 roku. Było to pierwszy i ostatni koncert symfoniczny Metalliki w Europie w jej dotychczasowej historii dlatego wracam do tego wydarzenia zawsze z wielką nostalgią. Mam nadzieję, że jeśli chodzi o projekt Alcoholica & Orkiestra Mixtura będzie dokładnie odwrotnie, czyli, że nie poprzestaniecie na pierwszym razie (choć wiadomo, ten pierwszy bywa najbardziej ekscytujący). Grajcie dalej i PROSZĘ: NIE WKRĘCAJCIE nas więcej!!!!  Bo Wy nas po prostu „wkręciliście”!!! Zostało to zrobione owszem: z batutą i z humorem, ale oto ja Was przejrzałem i zamierzam ogłosić to wszem i wobec!!! 

 

Otóż 18 PAŹDZIERNIKA 2014 to data historyczna, a scenariusz jaki zaproponowali nam „alkoholicy” na ten wieczór był majstersztykiem i zupełnym szokiem na naszych oczu i uszu. Wszystko było zaplanowane, wszystko było zaaranżowane, nie było przypadku w żadnym ruchu, słowie czy zachowaniu na scenie. Słusznie chłopaki doszli do wniosku, że jak robić taki koncert to oczywistą koniecznością jest osiągnąć przy tej okazji maksymalne zyski i to się im udało!!! Alcohollica to potęga PR-u, bo ludzie prawda jest taka, że Sasim i Spółka podpisali przed występem umowę reklamową z koncernem farmaceutycznym – z producentem Tantum Verde i zgarnęli po tym koncercie bajońską sumę, ponieważ na konto członków zespołu już w poniedziałek wpłynęło po 500.000 marek wschodnioniemieckich. Mr Sasimowski przeziębił się na niby (tak miał w kontrakcie) i co chwila udawał, że go swędzi w gardle i że jedynie właśnie Tandum Verde może mu złagodzić gardłowe cierpienia (artykuł zawiera lokowanie produktu). Natomiast to jak wspaniale frontman Alcoholliki zareklamował swojego najlepszego przyjaciela z orkiestry towarzyszącej zespołowi, czyli „Szymona”, to jest po prostu pełen profesjonalizm i czapki z głów dla pomysłu i sposobu jego realizacji. Cały trick polegał na tym, że chodziło o wsparcie tego młodego człowieka w zbliżających się wyborach. „Szymon” będzie wkrótce kandydatem w wyborach samorządowych i jest to początek kampanii, która rusza pełną parą. Wiadomo, że popularny już w całym kraju „Sajmon”, którego zdążyliśmy już świetnie poznać podczas koncertu, będzie w przyszłości propagował repertuar znanego nam wszystkim zespołu z U.S.A. i w przyszłości zostanie nie tylko samorządowcem, ale i posłem na sejm Rzeczypospolitej, a w dalszej perspektywie Premierem. Wtedy flaga Metalliki zawiśnie obok flagi RP na budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie.

 

Sam koncert był wspaniały i dzięki temu, że Sasim udawał chorego mogliśmy MY, FANI, pospolite metallikowe ruszenie, odśpiewać część kawałków za niego. Dziękujemy Panie Sasimowsky!!! Dlatego uważam, że pomysł tym całym kontraktem z koncernem był strzałem w dziesiątkę, ponieważ publiczność mogła pośpiewać pod profesjonalne podkłady, przychody dla zespołu znacznie wzrosły, sprzedaż Tantum Verde skoczyła od soboty o 235% w stosunku do danych sprzed weekendu!!! Panowie!!! Jesteście Wielcy!!! Dziękujemy!!! Kupcie sobie w końcu te Bentley’e, gdyż Wam się należą, a teraz Was wreszcie stać to nie ma się co w tańcu pierVolić :) :)

 

Am I evil? Am I RIGHT???

 

 

A sam koncert to w telegraficznym skrócie: „Pięknie, Pięknie, Pieknie!!!” (źródło: REUTER) Zestawienie utworów z przekroju repertuaru Metalliki (moje ulubione z koncertu to Fixxxer, Am I evil?, Wasting My Hate, Lepper Messiah oraz To Live is To Die), których wysłuchać po raz kolejny było naprawdę przecudownie. Muzycznie praktycznie i technicznie bez zarzutu, wokalnie – tak TERAZ SERIO :) oczywiście współczuję Sasimowi, że trafiło na ten akurat dzień, aczkolwiek mimo tego, że w pierwszej części było mu naprawdę ciężko – widać było, że spadła energia w całym zespole i to drastycznie – ale szacunek za to, że potem zdołali się wszyscy jednak podnieść, aby z podniesionym czołem odebrać mega owacje na sam koniec sztuki. Każdy z nas docenił ogromny (pomimo przeszkód) wysiłek i determinację, aby wyciągnąć z tegoż wyjątkowego wieczoru tak zwanego „Maxa”.

 

Jedynie co mnie trochę zniesmaczyło to nieadekwatne do miejsca i sytuacji okrzyki w przerwach między utworami, które dobiegały z prawej części sali. Szkoda, bo chłopaki potrzebowali wtedy raczej wsparcia, niżeli dodatkowej porcji dekoncentracji.:) To nie był zwyczajny koncert, a coś wyjątkowego, na scenie trochę więcej osób niż zwykle, wiele młodych muzyków na krzesłach (elektrycznych z okładki Ride The Lightning .:) ), atmosfera jednak podniosła, więc i wsparcie powinno być podniosłe i ze szczególnym uwzględnieniem stanu ducha chłopaków z Alcoholiki w tamtym konkretnym momencie. No ale to tylko taka mała dygresja, do której mam prawo. W końcu założyłem na ten wieczór krawat i marynarkę, a wiadomo, że fan w marynarce jest mniej awanturujący się :)

 

No, ale najważniejsze, że wyszli cało z opresji, dźwignęli to, zagrali na miarę swoich wielkich możliwości i w podsumowaniu porwali publikę na całego!!!

 

Teraz czekamy na projekt z Lou Reedem. fACET nie żyje, więc zadanie nie jest proste, ale wiem, że dla Was nie ma rzecz niemożliwych! However, swoją drogą historia pokazuje, że każdy kto zdecydował się na współpracę z Metalliką na szerszą skalę niestety zaraz potem przenosił się na tamten świat. :) Kamen, Reed. Obaj grają teraz w Niebie LULU z… Orkiestrą Symfoniczną. :) To musi być koszmar, no właśnie, nie z tej Ziemi :)

 

Chcę też napisać kilka słów na temat Orkiestry Mixtura. Wspaniała to mikstura młodości i profesjonalizmu! Napisałem kilka słów, konkretnie to sześć. Brawo Brawo Brawo!!! Razem będzie dziewięć. :) Plus Mr Szymon oczywiście jako wisienka na torcie!  

 

Kocham Was Panowie Alcoholicy i tak do deski grobowej!!! Na szczęście nie grozi mnie (mi) współpraca z Metalliką na żadną skalę, więc jeszcze trochę pożyję.

 

ALCOHOLICA & ORKIESTRA MIXTURA

FUCKING RULEZZZ!!!!

 

Niestety nie miałem możliwości zostania na afterparty, aczklolwiek następnym razem na pewno nie omieszkam pozostać z Wami, a tam poczęstować się Drinkiem ala Tantum Verde (podaję skład: 3 x psik spray’u Tantum Verde, 0,25l coca coli, 1 x łyżeczka miodu, 5 dkg zmielonych strun od wiolonczeli).

 

ALCOHOLICA POLAND – ZESPÓŁ ZE WSZECH MIAR INTELIGENTNY i OD SOBOTY (W NUTACH) OCZYTANY :)

 

Aranżacja muzyczna: Jerzy Fryderyk Wojciechowski

FUCK YEAH !!!!!

Tekst: JA, czyli  Docent WIESŁAW BATUTA

 


oceń
7
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"TO FALL IN LOVE WITH LIFE AGAIN" - wiersz by Mazz

czwartek, 16 października 2014 13:49

 

„To fall In love with life again”

 

 

Człeku, staraj się zrobić to z głową

Zakochaj się w życiu na nowo

Bywało, że z okien wyskoczyć się chciało

Ostatnim tchnieniem coś wyciągało

Nie byłem sobą, duchowym niemową

Pojąłem, że żyć trzeba naumieć się z głową

Nadszedł na wskroś idealny dzień

To fall in love with life again!*

 

 

Wymarły niektóre po-bliskie osoby

Przez moment żyłem tak sobie bez głowy

Czaszka na swoje miejsce wróciła

Daleką podróż niniejszym odbyła

Bywało, że samo-kaleczyć się chciało

W ostatniej chwili coś ratowało

Nadszedł na wskroś idealny dzień

To fall in love with life again!*

 

 

Każdy ma chwile, to bez wyjątku

Gdy tkwi w zburzonym stanie porządku

Zabiło? To musi odrodzić na nowo

Życie bezsprzecznie należy brać z głową

Zabiło! Lecz serce, co widzi nadzieję

Stuknęło jak młotem, wiatr w oczy nie wieje

Nadszedł na wskroś idealny dzień

To fall in love with life again!*

 

 

* ANG. „By zakochać się w życiu na nowo”

 

MIKOŁAJ MAZIARZ napisano 8.10.2014

Inspired by James Alan Hetfield

 

 


oceń
6
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"MIRABELLA" - MOJA POWIEŚĆ DO KUPIENIA TUTAJ!!!!!

wtorek, 07 października 2014 12:08

JEŻELI CHCECIE KUPIĆ OSTATNIE DOSTĘPNE EGZEMPLARZE MOJEJ FANTASTYCZNEJ POWIEŚCI O MIŁOŚCI I REALIZACJI MARZEŃ KLIKAJCIE (kopiujcie link) PONIŻEJ.:) MACIE CZAS DO 24 PAŹDZIERNIKA !!!!!!!!! POWIEŚĆ WYDANA ZOSTAŁA W 2011 ROKU.:)

 

http://allegro.pl/mirabella-mikolaj-maziarz-nowa-i4638647099.html

 

POZDRÓWECZKA!!!!!!!!

DR MAZZ

 

 


oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"SZCZĘKOWA" - poem

wtorek, 08 lipca 2014 12:41

 

„Szczękowa” - wiersz

(albo coś na jego kształt).:)

 

Zapoznać zechciawszy damesę szacowną

Minę miała radosną, fryzurę zbyt modną

A w sobie gnieździła takiego to diabła

Twarz na wieki wieków w mym sercu zapadła.

 

Zwariowałem, powstałem, umówić się chciałem

Wtem nagle z kopyta i ze łba dostałem

Okazało się bowiem - Przybyła nie sama

Biedy napytała mi prześliczna dama.

 

Powstałem z popiołów, nos w sztos przestawiony

Za jeden mój uśmiech do boksera żony

Dostałem niesłusznie, przestałem w nią wierzyć

Odwetem poszedłem mu karę wymierzyć.

 

Destrukcja obszarem swym ciało objęła

Delikwent wpław nosem trotuar wyciera

Zębami zahaczył o krawędź dywanu

Został się klawiatur bez przedniego stanu.

 

Podszedłem do zmęczonego Nie-Męża-Koguta

Zasmarkał się śmiesznie, wytarłem mu gluta

I mówię: ”Ty chłopie nie bądź zbyt wyrywny”

Uwierzył, choć z postury był wielce masywny.

 

Nauczkę chłop na życie otrzymał bolesną

Należy rozmawiać lub tłumaczyć gestem

Atrybut siłowy na koniec zostawić

By na Chir-Szczękowej dłużej nie zabawić.

 

Mikołaj Maziarz, napisano 8.07.2014


oceń
9
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

"SARENKA" - wiersz

piątek, 23 maja 2014 9:15

"SARENKA"

 

Wyskoczyła Sarenka z okienka

Zobaczyła ten świat, nie zmiękła

A oknem tym matki łono

Za studia zapłaci słono.

 

Obserwując miejsca i ludzi

W stolicy dziś się nie nudzi

Wdrapując się kurzem oblazła

Na dachu butelkę znalazła.

 

Miłość w butelce zastała

Napiła się, wytrzeźwiała

Solą tej ziemi Sarenka

Ta z matczynego okienka.

 

Pociąg ze stacji odjedzie

Ludzie ściśnięci jak śledzie

Wracaj tu prędko, Sarenko

Zajrzyj wnet w nasze okienko.

 

(...)

 

 


oceń
2
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MOJE ŻYCIE I ŚMIERĆ W... no właśnie!

czwartek, 24 kwietnia 2014 14:12

 

Uświadomiłem sobie we wtorek, że ma miejsce coś takiego:

 

1995-2013.

 

To jest życie i śmierć moja w THE METALLICA CLUB. Tak, moja przygoda z Metclubem dobiegła końca. Jeszcze 10-15 lat temu nie mógłbym żyć bez tego, ale wszystko się zmienia jednak i jak człowiek zaczyna mieć coraz więcej własnych spraw, pasji, zajęć to pewne sprawy schodzą na dalszy plan. Kiedyś było to moim całym życiem. Koncerty (do dzisiaj 18), wyjazdy, kolekcjonowanie koszulek, magazynów SO WHAT, których zgromadziłem od 1995(1996) całe stosy i zawsze będę do nich wracał czy choćby spotkania i rozmowy z chłopakami z zespołu, których nigdy nie zapomnę. To wszystko dzięki The Metallica Club. Spotkania z Jamesem (te najmilej wspominam, bo bywało że on mnie słuchał, a ja miałem łzy w oczach jak mówiłem mu, że trzymam kciuki za to, żeby jego rodzina się nie rozpadła przez jego nałogi itp. a ludzie dookoła patrzyli na nas z rozdziawionymi twarzami i zapadała totalna cisza na sali), Larsem, Kirkiem, Jasonem, Robertem, a także z Tonym Smithem (kultowa postać, założyciel i twórca metclubu), z nieżyjącym Robertem Reisingerem, z Niclasem Swanlundem, Tobym Stapeltonem. Wielu nie będzie wiedziało o kogo chodzi, ale wystarczy, ze ja wiem.J No i Hell Riders From Poland – pierwszy polski Local Chaprter of The Metallica Club, który współtworzyłem.

 

Przeżyłem dzięki METCLUBOWI niezapomniane chwile. Najważniejszym momentem jest dla mnie koncert z orkiestrą symfoniczną w Berlinie 19 listopada 1999 roku. To było coś jedynego, niepowtarzalnego, wyjątkowego, a zakończyło się afterparty i targaniem brody Larsa przez Łukasza vel Kobonga oraz obecność tam mojej małżonki i jej zdjęcia z Hetfieldem i Michaelem Kamenem (R.I.P..) oraz  oczywiście z Larsem na kanapie podczas wspólnego picia Heinekenów, plus ich spotkanie z Jasonem w kiblu - niesamowite przeżycia. Cóż, jednak konieczność przynależności do fan clubu Metalliki nie jest już dla mnie dziś „obowiązkową koniecznością”. Inne sprawy są na pierwszym miejscu i to się zmienia niewątpliwie i w naturalny sposób ewoluuje. Julek – przede wszystkim, rodzina oraz rzecz jasna własny zespół i tworzenie materiału, koncerty i oczywiście pisanie, czyli praca nad kolejnymi książkami. Bliski „dwudziestolecia” oświadczam, że w 2013 roku wypadła moja „osiemnastka” więc i tak nieźle się utrzymałem na powierzchni. Co prawda tak naprawdę do fan clubu zapisałem się we wrześniu 1996 roku natomiast w papierach mam rok 1995, ponieważ The Metallica Club z pewnych powodów w roku 2000 dokonało przeniesienia dat członkostwa o 10 miesięcy wstecz. Zapytacie po co? No tak to dziwne, ale już tłumaczę. Była to nagroda dla wybranych członków fanklubu, którzy wytrzymali „trudny okres” fanklubu spowodowany śmiercią córki Tony’ego Smitha – twórcy tego fanklubu i tour menagera zespołu. Pewnie większość z Was o nim nie słyszała. Chodziło o to, że w czasie tego trudnego okresu fanklub miał „zapaść” i praktycznie zawiesił działalność. Miało to ewidentnie swoje plusy. Przeniesienie wybranym osobnikom członkostwa o rok wstecz zwiększało szansę dostania się na backstage, czyli na spotkanie z zespołem przed koncertami. No tak, pewnie mało kto z Was pamięta, że kiedyś zasada była taka, że na backstage wchodzili przed koncertem ludzie zweryfikowani na podstawie stażu w fanklubie. Nie było losowania przez Internet (nawet mało kto miał Internet.) tylko przychodziłeś i metclub weryfikował Cię na miejscu „rocznikowo”. Nieźle co? Byłem „1995” więc w Polsce mogłem być na każdym backstage’u, tyle że koncerty były jak wiadomo co kilka lat. W Berlinie się nie załapałem niestety. Wiem tylko, że wtedy wyszedł na spotkanie z fanami jedynie Jason. (OLO tam był! Miał staż 1993.)

 

Mój numer członkowski w Metclubie już zawsze pozostanie dla mnie kultowy. To oczywiście #15 303. To były czasy, w których do Metclubu należały dosłownie 3-4 osoby w Polsce (wiem, bo kumpel Alek „OLO” Pogorzelski był też na backstage’u w Spodku 8.09.1996 i były tam tylko 3 osoby w tym Paweł Kukiz.), tzn. mówię o latach 1995-1996 , natomiast w 1999 roku tych osób było już około 30. Mógłbym rozpisywać się godzinami o tym co przeżyłem z Metallicą i pisałem o tym wielokrotnie. O tym ile siły do życia dał mi ten zespół na przestrzeni 1989 i 2014 roku to już sami wiecie. Zresztą, przecież zawsze kocham i będę kochał Metallicę, słuchał jej, ale nie mam potrzeby wewnętrznej do Metclubu dłużej należeć, choć mój tatuaż metallicowy na zawsze pozostanie na mojej skórze i zabiorę miłość do Metalliki ze sobą do grobu. Ale to dopiero za 62 lata, gdyż planuję żyć 100 lat. Chcę spełnić życzenie tych, którzy śpiewają mi STO LAT corocznie na urodzinach. (!!!)

 

Choć, z drugiej strony... nie chcę zamykać sobie drzwi. Może za kilka lat narodzę się w nim na nowo??? Will see!

 

 

 


oceń
9
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

TRIBE feat. PAWEŁ"KILJAN"KILJAŃSKI - LIVE "TRUST"

czwartek, 30 stycznia 2014 13:06

 

 

ZAPRASZAM NA KOLEJNY UTWÓR MOJEGO ZESPOŁU "TRIBE" TYM RAZEM Z GOŚCINNYM UDZIAŁEM PAWŁA "KILJANA" KILJAŃSKIEGO /NIGHT RIDER, ex-HETMAN/

 

TYTUŁ UTWORU "TRUST"

 http://www.youtube.com/watch?v=n_OVljQ9Ze4

DO USŁYSZENIA!!!

WASZ MAZIK

 


oceń
14
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

TRIBE - ANYTIME - Z KONCERTU 17.12.2013

wtorek, 07 stycznia 2014 14:11

 

 

OTO NAGRANIE LIVE Z KONCERTU MOJEGO ZESPOŁU ROCKOWEGO TRIBE - KONCERT ODBYŁ SIĘ W KLUBIE INDECKS 17 GRUDNIA 2013!

 

ZAPRASZAM!

 

http://www.youtube.com/watch?v=gFkR3RyCYtI

 

www.facebook.com/HeavyTribeRock

 

 

 

 


oceń
15
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

TRIBE - MÓJ ZESPÓŁ ROCKOWY Live BAROCK 14.09.2013

czwartek, 26 września 2013 13:09

Oto twórczość, którą się aktualnie zajmuję. Grupa TRIBE zaliczyła drugi koncert w BAROCK, WARSZAWA dnia 14 września 2013 roku. Gramy coraz więcej, tworzymy nowe utwory i staramy się cieszyć tym co robimy. Tak więc obecnie realizuję się muzycznie, dokształcam się wokalnie, a wkrótce także gitarowo będę się dalej rozwijał, a literacko też cały czas jestem w fazie twórczej i powstają kolejne wersety moich kolejnych powieści.

 

Oto zdjęcie z naszego koncertu w BAROCKU wraz z plikiem mp3, który zawiera w pigułce to co tworzymy i jest to urywek z koncertu ostatniego.

 

http://pu.i.wp.pl/bloog/93692629/287208/DSC_4807_cp_thumb.jpg  http://pu.i.wp.pl/bloog/93692629/287208/DSC_4713_bs_thumb.jpg  http://pu.i.wp.pl/bloog/93692629/287208/DSC_4767_My_thumb.jpg

FOT. Magdalena Juszczyk

Skład zespołu:

Cezary Jakubowski - perkusja

Sebastian Węgrzecki - bass

Mikołaj Maziarz - wokal/gitara 

 

MP3 TRIBE BAROCK MEDLEY 4 SONGS: 

/MORE STRONG-INSIDE ME-IF YOU WANNA LIVE FOREVER-AT MY SIDE/

 

 

www.facebook.com/HeavyTribeRock

Zapraszam!

 


oceń
22
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

ZAPOMNIAŁEM NA ŚMIERĆ

piątek, 23 sierpnia 2013 15:20

Siemanko zapomniałem na śmierć ostatnio o własnym blogu i że należałby od czasu do czasu coś wpisać i oto kilka słów proszę bardzo życie idzie do przodu rozwijam się w moim zespole TRIBE https://www.facebook.com/HeavyTribeRock

 

zachęcam do odwiedzin i do przybywania na nasze koncerty najbliższy pod koniec października i mogę to powiedzieć z dużą dozą pewności aczkolwiek strona pisarska nadal funkcjonuje piszę powieść trzecią gdyż druga w obróbce a w międzyczasie piszę teksty komponuję muzykę dla zespołu odwiedzam poradnię foniatryczno-audiologiczno-logopedyczną i uczę się śpiewać a poza tym mój syn JULIAN idzie do szkoły a właściwie do zerówki w oddziale przedszkolnym co jest dla nas wszystkich a szczególnie dla niego samego dużym przeżyciem wiadomo na początku zmiana otoczenia itp. Będziemy Julka wspierać i pomagać mu ponieważ kochamy go bardzo.

 

kończą się wakacje zaczyna nowy rok szkolny otwierają się nowe możliwości i perspektywy na przyszłość bardzo miło byłoby gdyby klub polski awansował do ligi mistrzów chciałbym również być zdrowy i jak najbardziej szczęśliwy wraz z całą moją rodziną czego i Wam z całego serca życzę

 

obiecuję że będę pisał więcej i częściej. Ostatnio zespół TRIBE pochłonął mnie doszczętnie stąd braki we wpisach. Ale nie bójcie się przecież pamiętam, że przede wszystkim jestem pisarzem, takim się urodziłem i taki umrę za 235 lat. Choć życia bez muzyki życia tez sobie już nie wyobrażam !

 

BLESS!

 

MAZZ

 

 

 

 


oceń
12
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"ZŁOTA RYBKA" - wierszokletyzm

środa, 22 maja 2013 14:23
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


oceń
11
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Julek nasz syn i jego kumpel Asperger - cz.2

wtorek, 30 kwietnia 2013 11:23

  

Po otrzymaniu diagnozy lat temu trzy, diagnozy stwierdzającej, że moje wyśnione, wymarzone dziecko nie będzie nigdy zwyczajnym chłopcem, potem nastolatkiem, a wreszcie mężczyzną i że zawsze będzie różnił się od rówieśników - było nieuświadomioną do końca, acz kompletnie degradującą mnie wewnętrznie wyniszczającą od środka traumą. Ewidentnym szokiem, zupełną rozpaczą, kompletną bezsilnością, oczywistą bezradnością. Wszystko to przypuszczalnie starałem się ukryć przed otoczeniem, rodziną, znajomymi, przyjaciółmi. Nieuświadomiona rozpacz okazuje się dzisiaj jednak normalnym stanem rzeczy, plus dochodzą inne towarzyszące temu odczucia takie jak m.in.: poczucie winy (dlaczego tak się stało i to może moja wina?), poczucie krzywdy (dlaczego akurat mnie to spotkało?), złość, stany depresyjne oraz niska samoocena. Wiele rodziców spotyka się z zarzutem ze strony społeczeństwa o niewłaściwe postępowanie wobec swoich dzieci, gdyż one wyglądają normalnie, zwyczajnie, a poprzez swoje specyficzne zachowania (tzw.„niegrzeczne”), na które nie mają wpływu ani rodzice ani dzieci, są źle przyjmowane przez społeczeństwo, a to potęguje poczucie winy u rodziców. Często musieliśmy się tłumaczyć paniom na ulicy, że dziecko ma autyzm (Zespół Aspergera) i dlatego tak się zachowuje i że to nie jest jego wina, iż proszę się hamować z komentarzami. Poziom świadomości społeczeństwa jest zerowy niestety.

 

CDN.


oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

JULEK NASZ SYN I JEGO KUMPEL ASPERGER - CZ.1

piątek, 12 kwietnia 2013 13:39

 

MÓJ JULEK MA ZASPÓŁ ASPERGERA ZDIAGNOZOWANY W 2010 ROKU. GENERALNIE PIERWSZY OKRES JEST SZOKIEM DLA RODZICÓW I TAK SAMO BYŁO W NASZYM PRZYPADKU. FACHOWO PIERWSZE KILKA MIESIĘCY PO OTRZYMANIU DIAGNOZY NAZYWANE JEST TZW. „OKRESEM ŻAŁOBY”. NIKOMU Z NAS NIE JEST ŁATWO POGODZIĆ SIĘ Z FAKTEM, ŻE NASZE DZIECKO NIE BĘDZIE ZWYKŁYM DZIECKIEM I JEST I BĘDZIE ZAWSZE ZGOŁA INNE OD SWOICH RÓWIEŚNIKÓW. W TAMTYM OKRESIE NIE DOCIERA DO NAS, ŻE PRZY AUTYŹMIE WYSOKOFUNKCJONUJĄCYM I PRZY ZESPOLE ASPERGERA DZIECI FUNKCJONUJĄ NA GRANICY, NAZWIJMY TO, „POZORNEJ NORMALNOŚCI” I ŻE TO NIE JEST TRAGEDIA, A NA POCZĄTKU TAK SIĘ NAM WŁAŚNIE WYDAJE I PYTAMY SIĘ SAMYCJH SIEBIE: DLACZEGO JA MAM DZIECKO Z AUTYZMEM? NA TO PYTANIE ODPOWIEDZI SZUKAĆ NA PRÓŻNO, BO JEJ NIE ZNAJDZIEMY. NASZE DZIECI SĄ SPECYFICZNE, CHOĆ FAKTEM JEST, ŻE CIĘŻKO OSOBIE Z ZEWNĄTRZ STWIERDZIĆ W OGÓLE, ŻE Z NASZYM UKOCHANYM MALUCHEM JEST COŚ NIE TAK. PRZY TYM DZIECIAK JEST NIEZWYKLE BŁYSKOTLIWY I INTELIGENCJĄ BARDZO PRZEWYŻSZA SWOICH RÓWIEŚNIKÓW. DOPIERO PO DŁUŻSZYM POBYCIE Z NASZYM MŁODZIAKIEM, TZN. PO DOGŁĘBNYM JEGO POZNANIU COŚ MOŻNA STWIERDZIĆ I ZAUWAŻYĆ CHARAKTERYSTYCZNE ZACHOWANIA. UCZĘSZCZAM AKTUALNIE NA WARSZTATY DLA RODZICÓW DZIECI Z AUTYZMEN I Z ZESPOŁEM ASPERGERA I RODZICE W WIĘKSZOŚCI PRZYPADKÓW MAJĄ DZIECI DOPIERO CO ZDIAGNOZOWANE (U NAS TO MIAŁO MIEJSCE DAWNO TEMU) I NIEKTÓRZY SĄ NADAL W OKRESIE „ŻAŁOBY”. DZIWNIE TO BRZMI, ALE FAKTYCZNIE COŚ W TEJ NAZWIE JEST, ŻE PRZEZ CHWILĘ WYDAJE SIĘ NAM, RODZICOM, ŻE TO DZIECKO TO NIE JEST TO DZIECKO, KTÓRE MIAŁO BYĆ, JEST JAKIEŚ INNE TO NASZE, A TAMTO UMARŁO. TAK, PEWNIE DLATEGO NAZYWA SIĘ FACHOWO TO „OKRESEM ŻAŁOBY”, CHOĆ TAK NAPRAWDĘ NIKT NIE UMARŁ.

 

CDN.

 

 

 


oceń
9
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

AKTUALNOŚCI KULTURALNE

piątek, 08 lutego 2013 10:14

  

Chciałbym ogłosić, że po pierwsze, wydawnictwo Pisze Się Padło Na Twarz więc MIRABELLA nie będzie na razie dostępna w sprzedaży. Końcówka nakładu jest jeszcze teraz wyprzedawana w Internecie na niektórych księgarniach internetowych, więc jeżeli ktoś chce się zaopatrzyć to proszę bardzo.

 

Chciałbym oznajmić, że po drugie, mój blog ma awarię KOMENTARZY i wszystkie komentarze są widoczne tylko przeze mnie jak zaloguję się do „wnętrza bloga” natomiast nie wyświetlają się pod wpisem (również te stare). Także nie dziwcie się Państwo Szanowni Moi Kochani, że gdy wpiszecie komentarz on się potem nie pojawi pod wpisem przeze mnie dokonanym. Mam nadzieję, że Wirtualna Polska usunie wkrótce ten defekt i wszystko wróci do normy. Na pewno przeczytam wszystkie Wasze komenty, a w sprawach pilnych, bądź w przypadku chęci kontaktu ze mną w jakiejkolwiek kwestii proszę śmiało pisać na adres vel.krawczyk@wp.pl

 

 

statystyki stan na 8.02.2013

 

Odwiedziny: 112802

Wpisy
 
liczba: 208
  • komentarze: 647:-D
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Księga gości: 55
Bloog istnieje od: 2257 dni

 

 

Mam nadzieję, że obejrzeliście film o Mistrzostwach Świata w Patagonii 1942. To pozycja obowiązkowa.

 

Julian, mój syn, skończył 1 lutego 6 lat. Super z niego gość. Nic się nie zmieniło w tej kwestii. Kocham Tego Mojego Chłopaka!

 

W kwestii tworzenia kolejnej powieści wszystko idzie zgodnie z planem. Pomału, mozolnie, dokładnie i twórczo. Choć ostatnimi czasy przewagę nad tworzeniem piórem zdobyło nieco tworzenie na instrumentach strunowych dlatego jestem w tej chwili rozdwojony i działam na dwa pokrewne, artystyczne fronty. Muzycznie oczywiście to pierwsze kroki, dopiero uczę się umiarkowanego profesjonalizmu, ale wkrótce spróbuję pokazać moją twórczość kompozytorską przy udziale moich kochanych przyjaciół z dawnych lat. Jeżeli chodzi o kreatywność zwykle tworzenie samo mi przychodziło, przylatywało do głowy, co starałem i staram się nadal realizować. Pomysłów mi nigdy nie brakowało, czy to na powieść, czy to na kompozycje muzyczne, więc postaram się stworzyć coś zespołowego na jako takim poziomie i pokazać to światu. Zespół powstał i przygotowuje autorski materiał. Za czas jakiś zaprezentuję skład wraz z pierwszym nagraniem demo. Kapela rockowa składa się z trzech osobników i ma już nawet swoją nazwę. Szczegóły wkrótce!!!

 

Julian to chłopak jest bombowy, odlotowy, najlepszy w świecie, jeździec bez głowy!

 

Nasze Plemię Pozdrawia!

 

Newsy gorące z przedostatniej chwili:

 

 

Grupa HEMP GRU zawiesza działalność studyjną i możliwe, że także koncertową! Trwa właśnie ich ostatnia (prawdopodobnie) trasa. Wpadajcie na koncerty, kto zainteresowany. Warszawa Klub Stodoła 19 kwietnia.

www.hempgru.pl

 

ALCOHOLLICA - COVERBAND: koncert w Warszawie 23 lutego Klub Herezja.

www.alcoholica.pl

 

 

ACID DRINKERS koncert Warszawa 8 marca Dzień Kobiet. Panowie na pewno przebiorą się za kobiety i przyjmą goździki oraz róże wiatrów od swoich wieloletnich fanów.

 

www.acid-drinkers.com

 

Take care yourselves!!!

 


oceń
15
1

komentarze (3) | dodaj komentarz

MISTRZOSTWA ŚWIATA W PIŁCE NOŻNEJ W 1942 ROKU - FILM

piątek, 11 stycznia 2013 13:46

  

Napiszę o filmie dokumentalnym, który ostatnio przypadkowo mi się trafił. To niezwykła historia NIEOFICJALNYCH MISTRZOSTW ŚWIATA W PIŁCE NOŻNEJ, które odbyły się podczas trwania II WOJNY ŚWIATOWEJ W 1942 ROKU. Niezwykłość tego filmu polega na tym, że nie mówi tylko o futbolu, ale przedstawia również całą otoczkę, dokumenty, zdjęcia, wypowiedzi, jak doszło do zorganizowania turnieju w Ameryce Południowej przy akceptacji FIFA, kto go osobiście zorganizował i w jakim kraju, dzięki komu zachowały się filmy z tamtych spotkań, kto brał udział, kto zwyciężył i jak to wszystko wyglądało. Powiem tak. Brało w nim udział 12 krajów, w tym...Polska. Nie domyślicie się nigdy w życiu, kto wygrał ten turniej! Powiem Wam jeszcze tylko tyle, że picture jest naprawdę niesamowity. Opowiada historię osób z różnych zakątków świata, niektórzy żyją do dzisiaj i mogli się wypowiedzieć. Cała historia kończy się równie niesamowicie jak się zaczyna, dlatego każdy z Was musi to zobaczyć. Bez względu na to czy interesujecie się piłką nożną czy też nie. A już historia w jaki sposób odnalezione zostały materiały dowodowe na to, że taki turniej w ogóle się odbył skłaniają mnie to stwierdzenia po raz kolejny: ŻYCIE JEST PIĘKNE! FAJNIE TUTAJ BYĆ! Cała historia nasycona jest nie tylko sportową rywalizacją plus trudną sytuacją polityczną, ale i pasją, miłością i wszystkim czego mogłem się spodziewać od profesjonalnego filmu dokumentalnego o tych niezwykłych mistrzostwach, których fakt odbycia się dopiero niedawno został niezbicie udowodniony. Znaleziono faceta pod ziemią po 60 latach, a właściwie same po nim kości i... no właśnie. ZAPRASZAM NA PROJEKCJĘ!!!

 

Oto link:

http://www.youtube.com/watch?v=g0yb4EuPN0A

 

 

 

 

 


oceń
19
5

komentarze (3) | dodaj komentarz

12.12.12. czyli Pszczólka Maja

piątek, 07 grudnia 2012 11:38

 

Ostatnio pisałem same kolosalne głupoty na tej stronie i w związku z tym, żeby nieco zrównoważyć klimat w dniu dzisiejszym napiszę śmiertelnie na poważnie. Grudzień 2012 to czas oczekiwania na koniec świata. Od lat wiadomo, że ten moment musi wreszcie nadejść, ale dlaczego 21 grudnia, w piątek, na początek weekendu taki afront? To przecież jest przegięcie pały całkiem dużego kalibru. Prośba o przesuniecie końca świata na poniedziałek.

 

Człowiek przeżywa czasami niezawinioną niemoc twórczą tudzież zastój pisarski. Jeżeli ta niemoc nie powoduje aktywacji w innej sferze sztuki to jest niedobrze, a wręcz nie jest dobrze. Moja niemoc twórcza spowodowana jest między innymi tym, że moja szanowna prawa ręka nie ma czasu hehe, aby przeglądnąć i czai się mocno do działania. Nie mogę jej namówić na analizę stronic. Jestem cierpliwy, a poza tym na fali kryzysu nie ma sensu wydawać książki. Wydawnictwa, however, to szczwani kombinatorzy, ale to historia na inną opowieść. Jednakże, liczę na to, że w końcu temat ruszy i to z kopyta jeżeli nie przed końcem świata, to chociaż po nim, czyli już w zaświatach. Natomiast nie martwię się tym zupełnie, ponieważ uaktywniłem swoje poprzednie zainteresowania i tworzę chwilowo w innej gałęzi sztuki. Jest to bardzo przyjemne pobrać do ręki „to coś” i wydobyć z tego kilka „czegoś tam”. Nazwa projektu to TRIBE. Szczegóły after the end of the world. Jeżeli oczywiście koniec świata okaże się wiarygodny w co szczerze mówiąc mocno wątpię. Majowie dużo jarali mocnego stuffu to mogli się pomylić na przykład o 3187 lat... Mogli? Jasne, że na sto procent się pieprznęli w tym nostradamusowaniu za 5 groszy. I love Pszczółka Maja.

 

Wczoraj miałem imieniny i napływały życzenia zewsząd, a nawet z zagranicy oraz z wyższych i niższych sfer niebieskich. Wszystkim, tym którzy pamiętali oraz także tym którzy zapomnieli, serdecznie dziękuję za pamięć i niepamięć. Niepamięć częstokroć bywa tak samo szczera i potrafi sprawić, że czuje się wiele ciepłych słów, które pozostają jednakże niewypowiedziane. Milczenie w tym wypadku staje się złotem. Wrzeszczenie wydaje się być złotym zębem and so on.

 

Chcę jeszcze napisać, że nasz syn Julian ma się świetnie i 1 lutego skończy 6 lat. Ten czas niesamowicie szybko zleciał powiem szczerze, że ten mój słodziak jest już strasznie wielki. Kocham go bardzo i staram się bardzo być dla niego najlepszym tatą jakim tylko być potrafię. Ogromną pracę w jego rozwój, wychowanie i terapię wkłada Julka Mama - Ania, która wykonuje niesamowitą, niezwykłą i ponadludzką robotę będąc cały czas z Julkiem i dając mu wszystko co ma najcenniejszego, a przede wszystkim swoją miłość, cierpliwość i niesamowite wsparcie każdego dnia. Oboje staramy się bardzo dawać mu miłość i zaplecze psychiczne, które w przyszłości musi zaowocować, nie ma innej opcji. Kocham Cię, Juliś, My Beloved Boy!!!!

 

Właśnie, a propos kolosalnych głupot, uwielbiam je wymyślać i tworzenie ich jest prawdziwą przyjemnością od dnia w którym się narodziłem. Zauważyłem, że mój syn jest jeszcze bardziej „wykręcony” i widzę dla niego świetlaną przyszłość w związku z powyższym. Tak, niedaleko pada jabłko od szarlotki. W przyszłości chłopak mój pokaże się z jak najlepszej strony jeszcze nie raz. Kochany, cudowny i strasznie śmieszny gość z tego mojego Julka, mówię Wam: ISTNY VARIATUS POSPOLITUS!!!! Bywa wkurzający hehe sometimes wiadomo, jak każdy młodzieniec w jego wieku, a już jeżeli ma przyjaciela Zdzicha Aspergera to już tym bardziej. Cóż, wkurzający to bywam i ja sam i to nawet dość często. W ogóle to life is beautiful as always!!!

 

Z po(d)ważaniem (mojej opinii)

Docent Mazz


oceń
12
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

MAZIK I CZESŁAW MOZIL W KAMIENIU 4.10.2012

piątek, 12 października 2012 10:30

KAMIEŃ. WOJEWÓDZTWO PODKARPACKIE. NAJPIERW GÓRNO. PODDASZE U ROMANA. DRINK JEDEN. DRUGI DRINK. NIE MAMY LODU. ELA WCZORAJ ROZMRAŻAŁA LODÓWKĘ. DŻAZDEK.ZŁOTY CHŁOPAK. JAGERMAEISTER. 2 KIELISZKI. TRZECI MI NIE WCHODZI. ZIMNE PIWO. RAFAŁEK I ULA. JEDZIEMY. W ULI BRZUCHU SZEŚCIOMIESIĘCZNE MALEŃSTWO. BĘDZIE MOGŁO POSŁUCHAĆ NA ŻYWO CZESŁAWA. PO RAZ PIERWSZY. ZAPEWNE NIE OSTATNI.

 

DOM KULTURY. ZBUDOWANY PRZED WOJNĄ. UROKLIWY. PIWO Z BAGAŻNIKA. WCHODZIMY Z DZAZDKIEM I ROMANEM. CZESŁAW JUŻ NAWIJA. ZA CHWILĘ STOPUJE SWĄ WYPOWIEDŹ I NAS POZDRAWIA. UMYŚLNIE ZAŁOŻYŁEM MOJĄ BIAŁO-NIEBIESKĄ CZAPKĘ. CZAPKA ALA CZESŁAW. MAŁA ALA, ŚLICZNA CÓRECZKA ULI I RAFAŁKA ZOSTAŁA W DOMU. JEST ZA MAŁA NA HAŁAS TAKI. NA SALI KSIĄDZ – TO TAKI FACET NA CZARNO. DUŻO MŁODZIEŻY, ALE I OSOBY STARSZE. SPECYFIKA MUSI BYĆ. CZESŁAW MOZIL SOLO ACT. KAMIEŃ, 4 PAŹDZIERNIKA 2012. KAMIEŃ ZNAJDUJE SIĘ RZUT KAMIENIEM OD GÓRNA. GÓRNO TO MOJA KOLEBKA. O TYM WIECIE. CZESŁAW MOZIL PLUS KAMIEŃ TO KAMIEŃ MILOWY.

 

KONCERT WYŚMIENITY. KLAWISZ, HARMONIA I CZESŁAW W SWOIM ŻYWIOLE. CZESŁAW WSKAZUJE GESTEM NA MOJĄ CZAPKĘ. ODPOWIADAM: „ŚCIĄGNĄŁEM POMYSŁ ŻYWCEM OD CIEBIE”. ŻYWCA NIE PIJEMY. TYLKO LEŻAJSK. SOLO AKT TO SWOISTY „CZESŁAW – STAJLI” KABARETON MUZYCZNY. MUZYKA OWSZEM LECZ TAKŻE SKOLKO MAX WYKWINTNYCH WYWODÓW ALA CZESŁAW. ALA W SWOIM DOMKU NIEUSTANNIE. TUTAJ KRÓLUJE ‘CZESŁAW VIBE’. JEŻELI KOCHASZ TAKI STYL TO ODDASZM MU CAŁE SERCE. NIE WSZYSCY ZROZUMIEJĄ. KSIĄDZ POD KONIEC WYCHODZI. NIE WYTRZYMAŁ BIEDAK. SZKODA, KSIĘŻE PROBOSZCZU. OJ JAKA SZKODA. JEDNAKŻE GRATULUJĘ ODWAGI. NIE KAŻDY DAVID DUCHOWNY WYBRAŁBY SIĘ NA CZESŁAWA. CZESŁAW TO CIEKAWY EGZEMPLARZ. DOCENIAM ORYGINALNE POSTACI. SAM SIĘ SUBIEKTYWNIE ZA TAKĄ UWAŻAM. MOŻE NIEPOTRZEBNIE. MOŻE PO PROSTU JESTEM URODZONYM IDIOTĄ. MOŻE DLATEGO ROZMUMIEM TEŻ INNE CIĘŻKIE PRZYPADKI. CZESŁAW NA SZCZĘŚCIE WŁAŚNIE DO TAKICH NALEŻY. WE TWO ARE  FUCKIN’ CRAZY. I MUST ADMIT.

 

SPOTKANIE W SALI OBOK. KONCERT ZAKOŃCZONY. ZDJĘCIA. PODPISY. BIORĘ PLAKAT. DUŻY PLAKAT. PROSZĘ PANIĄ Z OBSŁUGI O PINEZKĘ. PRZYNOSI SZPILKĘ. DZIĘKI MÓWIĘ. PRZYPINA MI PLAKAT NA BRZUCHU. POSTER ZAKRYWA MNIE OD SZYI W DÓŁ. WIDAĆ TYLKO BUTY I GŁOWĘ. TAKI ŻART. ABSURDAL JOKE. JESTEM (Z DŻAZDKIEM) JEDNYM Z OSTANICH W KOLEJCE. CHCĘ TAKIM BYĆ. CZESŁAW MÓWI, ŻE CHYBA SIĘ ZNAMY. TAK SĄDZI I PYTA CZY TO PRAWDA. ODPOWIADAM, ŻE W PEWNYM SENSIE OWSZEM. TŁUMACZĘ, ŻE SPOTKALIŚMY SIĘ 2 RAZY. OSTATNIO W STAREJ PROCHOWNI I GADALIŚMY O MOJEJ KSIĄŻCE. PYTAŁ CZY WYDAŁEM. MÓWIĘ, ŻE OWSZEM TAK. WYRAZIŁEM SĄD NA TEMAT JEDNEJ PANI. NAKRĘCIŁEM FILM. NA FILMIE PLAKAT WYGLĄDA JAKBYM MIAŁ NA SOBIE T-SHIRT. PAMIĄTKOWY MOTION PICTURE. PRZEPROWADZAM KRÓTKI WYWIAD. TAK DLA ZUPEŁNEGO ŻARTU. CZESŁAW SIĘ PIĘKNIE WYPOWIADA. JAK ZWYKLE CZESŁAW IS FUCKIN’ COOL. DZIĘKI MISTRZU. WIDZIMY SIĘ NEXT TIME. I NASTĘPNĄ POWIEŚĆ PRZECZYTAJ, PODPISZ. OBIECAŁEŚ HE. ODJEŻDŻAMY Z RAFAŁKIEM, ULĄ I MALEŃSTWEM W MATCZYNYM ŁONIE. MIJA GODZINA I ZNÓW SPOTYKAMY SIĘ. W MIEJSCOWYM PUBIE. KILKA OSÓB ZALEDWIE. PIWKO. WHISKEY. SZAFA GRAJĄCA. CZESŁAW W SWOIM ŻYWIOLE. SŁOWOTOK. POZYTYWNY. MAX OVERTALKED. GADUŁA. SIEDZI PRZY OKRĄGŁYM STOLE Z MIEJSCOWYMI BYWALCAMI  PUBU. WYCHODZĘ PO ANGIELSKU. WIDZIMY SIĘ. SOONER THAN LATER. SEE YA SOON MISTER CRAZY DANNISH CZESSLAFF!!!

 

 

OTO 2 FILMY:

 

1.CZESŁAW MOZIL MUZYK I CZESŁAW MIŁOSZ: WIELKI PISARZ - TAK MÓWIĄ. CZYTAŁEM MIŁOSZA I NIE KUMAŁEM ZA BARDZO TEJ JEGO KSIĄŻKI HEHE, CÓŻ, MOŻE TO I ZALETA? CZESŁAW WYJAŚNI. OTO MONOLOG CZESIA.

http://www.youtube.com/watch?v=8J-mxE241cI&feature=youtu.be

2.CZESŁAW MOZIL MUZYK I MIKOŁAJ MAZIARZ PISARZ POCZĄTKUJĄCY, ALE PIERDOLĘ. TEŻ IDĘ NA NOBLA. MOJEJ TWÓRCZOŚCI TEŻ NIKT NIE ZROZUMIE WIĘC MYŚLE, ŻE TEŻ MAM SZANSE HEHE.

 http://www.youtube.com/watch?v=IubWvVSmWfY&feature=plcp

DZIĘKI WSZYSTKIM Z GÓRNA ZA TEN WIECZÓR. DZIĘKI ROMEK, DZIĘKI DZAZDEK, DZIĘKI RAFAŁEK I ULA, DZIĘKI WSZYSCY INNI! I DZIĘKI MALEŃSTWO ORAZ DZIĘKI ALA. CÓŻ, NIE DOTARŁEM, WYBACZ. DO NASTĘPNEGO RAZU!!!

UNCLE MIKUŚ SENDIN’ OUT A HUGE KISS FOR YA!!!@)-->-->--

 

A TO MÓJ WŁASNY WIERSZ O MIŁOSZU:

„LEKTURA”

MIŁO SZukając drogi jest własnej

Trafić wprost w Nobla, choć na drodze niejasnej

Nagrodę i sławę, co nie byle chłystek

Przygarnął nasz Czesław w dorobku wieczystem.

Reymont, Szymborska, Pan Czesio literat

Uznanym był został, laury tym zbierał

A w Wielkiej Trójcy Autorskiej będąc

Talentem swym sprawy uzyskał sedno.

Umysł uwolnił, co był zniewolony

Zostawił on w tyle poświat czerwony

Przemienił za życia w barwę nadziei

Kolor traw, liści, tak duszę wybieli.

Mleka smak duszy, lic blask purpurowy

Rok jedenasty to czas całkiem nowy

W rocznicę piątej do Nieba wyprawy

Dolewam dziś mleka do czarnej mej kawy.

I choć to pozycja, jak mówią, ciekawa

Od w sen tak zapaści uchroni mnie kawa

Nie od dziś wiadomo, choć kawa to lura

Odrzuca człowieka na hasło „lektura”.

 


oceń
14
2

komentarze (0) | dodaj komentarz

"KOBRA" - wierszydło

środa, 29 sierpnia 2012 11:02

 

 

"KOBRA"

 

Dywan, podłoga, tupnęła noga

A nad podłogą sąsiadka sroga

Strofuje, kotłuje, do szału sprowadzi

Wszystko kobiecie na klatce wadzi.

 

Gibnięta maszyna, zmoczona sprężyna

Kot który się zsikał, bo psa napotykał

Wszystko na opak, gdy ktoś drzwiami trzaśnie

Terminator w spódnicy podsłucha i wrzaśnie.

 

W zeszłym tygodniu bawiły się dzieci

Nosiły na zmianę trzy kubły na śmieci

Staruszka przez szybę złowrogo spojrzała

I wszystkie przez okno donośnie skrzyczała.

 

Natychmiast zleciała z półpiętra, strop niski

To w windzie wysypał się piasek z walizki

Pamiątkę znad morza ktoś przywiózł koleją

Babinie z tych nerwów już włosy siwieją.

 

Przez życie przechodzi w półstanie agonii,

Rozbita na klatce doniczka begonii

„Wyrwała” jak dzika na schody i kopie

Wtem patrzy, że sama ma glebę na stopie.

 

W swej starczej nerwicy, nie myśląc ot wcale

Zmiażdżyła donicę swą nogą niedbale

Kończyna, co kiedyś złowieszczo tupała

We własną pułapkę się oto schwytała.

 

Ileż dam wiekowych w bycie sfrustrowanym

W tańcu autodestrukcji wraz z jadem wylanym

Onegdaj w dniu narodzin dziecina była dobra

Dziś w skórze gadziny tli jadem jak kobra.

 

 

Mikołaj Maziarz, napisano 28 sierpnia 2012 r.

 

 

 


oceń
10
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

MIĘSO Z KROPKĄ

poniedziałek, 20 sierpnia 2012 14:01

 

Tak się zastanawiam i wygląda na to, że na moim blogu jest zbyt mało bluzg z kropką.

 

W takim razie czas to zmienić.

 

Na początek może zacytuję Mędrca:

 

„PIER.OLĘ  każdego polityka w tym kraju, który oszukuje, kradnie, mataczy, bierze łapówki, załatwia, kombinuje, nadużywa władzy, podpisuje przestępcze umowy, udaje, że ma pojęcie o tym co robi, choć tak naprawdę niczego sobą nie reprezentuje. Polityk to największa zgnilizna tego świata. (...). cytat: Eustachy Z. De GUSTA

 

To tytułem wstępu, a na polityków jestem „cięty” od kiedy nauczyłem się myśleć.

 

Bluzg można użyć w wielorakich okolicznościach, ale przydają się w sytuacjach skrajnych, gdy potrzebujemy podkreślić znacznie naszych słów.

 

Oto przykład:

 

Pod sklepem z piwem zaczepia nas nabzdryngolony w cztery dupy ochlej. Chce pieniędzy na wino marki wino Bordeaux Chautex Bą. Mówimy mu tak:

 

„Ty w zad je.any pajacu. .pierdalaj na drzewo w trąbkę golony złamasie z moczem wielbłądzim zamiast mózgu, który ci wypalił spirytus sanktus de la patataj”

 

Podczas przechadzki w parku napotykamy nieokrzesanego wyrostka, który wyzywa nas od najgorszych. Odpowiadamy:

 

„Jak ci przypier.olę w ryło Ty w czapkę dmuchany poje.ańcu to znajdziesz się na śmietniku historii pośród ziemniaczych obierek i starych serów z pleśnią z powybijanymi zębami i z powyłamywanymi nogami od stołu do krojenia kiełbasy suszonej! ” uff!

 

Bywają również zdarzenia nieprzewidziane jak przykład autentyczne historia z parku z placem zabaw dla dzieci. Pytasz dziecko bawiące się w piaskownicy czy to jego foremki, a ono odpowiada:

 

„Obszczypiczu osz ty niewydymańcu odpierdol się od mojej jebanej foremki” (tutaj akurat była wersja „bezkropkowa” – dzieciak był wyjątkowo milusiński, pochodził z rodziny patologicznej).

 

Takich przypadków jest bowiem coraz więcej...

 

„Czy należy swawolnie przeklinać?” – zapytał Mędrzec.

 

„Na bambus!” – odpowiedział dzielnicowy podchorąży w stanie spoczynku Janusz Konopka-Ojczenasz.

 

W zeszłym wcieleniu był recydywistą, sadystą i nie przeklinał. Nauczyli go koledzy w szkole oficerskiej, choć pierwsze „a idź w ch.j” poznał już w podstawówce na zajęciach Wiedzy O Społeczeństwie, w skrócie W.O.S.

 

„A gówno W.O.S. to obchodzi, łotdefak!!!” – nawiązał docent Radomir Gumiś.

 

No i powiedzcie mi, któż w tym kraju nie wali mięchem prosto w oczy przy każdej okazji się nadarzającej??? Są tacy, znam paru, ale to margines.

 

Nawet budowlańcy-murarze zaczęli ostatnio kląć jak szewcy, a szewcy jak krawcy, krawcy jak dygnitarze, dygnitarze jak niemowy, a niemowy jak sowy.

 

Pozwólmy sobie na odrobinę luksusu i klnijmy ile wlezie.

 

Zacznijcie od dzisiaj. A jak Wam się któregoś dnia znudzi to wróćcie do języka owszem aksamitnego jak pupcia niemowlaka.

 

The End

Wasz Mazz dla przyjaciół Jerzy Kwas, dla nieprzyjaciół Hans Słodowy. Bless, Bitch!

  


oceń
11
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

PTAK

poniedziałek, 16 lipca 2012 15:45

Zwykle zdarza się w życiu tak, że nadlatuje bezwładnie i przypadkiem wielki ptak i tak czy siak pokaże nam wyraźny znak że należy wypaść z obiegu w momencie dogodnym dla nas kiedy w gardle stanie dorodny ananas bo zapomnieliśmy zdjąć z niego warstwy ochronnej pogrążeni w miłości płonnej niespodziewanie i nagle jedziemy walcem po diable aby w porę dostrzec w jego ręku szablę szabelkę którą wojował niejeden rycerz ale się schował bo się wystraszył życia zamiast ruszyć natychmiast do walki zatrzasnął się w łonie matki i na zawsze tam pozostał na koniec wyszedł na osła i życie zakończył w niebycie nie zapomniał jednak o tym co przeżył spadając z wysokiej wieży nagle przypomniał sobie że człowiek jest tym co ma sam w głowie umysłem zwycięży każdą przeciwność losu zdobędzie wszystko co zechce i na początku drogi zrozumie dlaczego ptak nie narobił na niego a człowiek sam podjął ryzyko i nie była to droga donikąd odważnie wpełznął pod ptasie drzewo genealogiczne czy wszystko co piszę jest logiczne lub nie-genea-logiczne? zwykle zdarza się w życiu tak...ciekawe co na to sam Zdzisław Ptak. Zygmunt Wrona. Staszek Wróbel. Kazimierz Gil. Edward Sikorka. Hubert Surojadka. Jacuś Bocian itp. Albo po prostu Władysław Kutas. W końcu to też Ptak, choć:

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Kutas_(element_ozdobny)

 

Koniec wywodu, nudziłem się i sobie napisałem.

 

Porucznik habilitowany Marian Xsawery Dziąsło.

 


oceń
8
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

NIE WIEM CO NAPISAĆ...

poniedziałek, 25 czerwca 2012 14:20

Gdybym wiedział, co mam napisać dawno bym to uczynił. Nie będę tworzył na siłę. Jak się pojawi pomysł to wyrzeźbię kilkaset liter i dokonam kolejnego wpisu. Najbardziej brakuje Koko Euro Spoko krążek leci hen (ang. Kura) wysoko. Jakoś przeżyję. Dam radę otworzę szufladę. Wiem, że słoneczny dzień nadejdzie i zakryje chmury jarzębinowe. Kiedy 28 lat temu skakałem na wf-ie przez kozła, a potem od razu przez konia, nie przypuszczałem, że tak się to wszystko rozegra. Cały ten czas spędziłem jak nietoperz wisząc do góry nogami. Krew spłynęła i wypłynęła na szerokie wody. Wszyscy krewni oddali co należne i udali się na zasłużoną emeryturę do sąsiedniej wioski. Żyrafy wyszły z szafy, pawiany ze ściany, pająki opuściły swoje domki oraz pajęczyny i inne www. Któregoś dnia budzę się rano, patrzę i nie wierzę własnym oczom. Pożyczyłem więc oczy, żeby nie musieć wierzyć własnym, od koleżanki w szortach, miała na imię Genonyfar Deyna i zawczasu także nie zawierzyłem w to co zobaczyłem. Byłem człekiem małej wiary w to, że wszystko się może zdarzyć i każdy może się zważyć. Wystarczy taka wódka, piwo, wino, dr. Joint, wino marki wino, wódka marki wódka, piwo marki wino i piwo Marky Mark, jeśli wiesz o czym ja mówię. Nie będę pisał skoro nie mam pomysłu i nie wiem co mam napisać, więc nic nie napiszę, aby nie siać fermentu i zamętu. Każden który dotknął konia przez kozła może stać się kozłem i koniem ofiarnym. Wszyscy którzy byli i widzieli co zrobił ten zawodnik i trener, będą wiedzieli o co chodzi i (Maciej) Biega. Pozdrawia z Tłokowisk Docent Krzysztof Lebiega. Specjalne podziękowania dla Polskiego Związku Piłki Możnej za to, że wypłacą należne premie, a sukcesu jak nie było tak i nie ma. Byłem rano w kawiarni i zamówiłem sobie przepyszną Cafe Latte ala Gregory Latto. Ten to ma kurwa tupecik. Niech go chuj strzeli.

 


oceń
9
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

REFLEKSJE OGÓLNO-WIELORAKIE W TEMACIE BYNAJMNIEJ OKREŚLONYM

czwartek, 26 kwietnia 2012 15:29

  

Myślę, że lubię życie. Jakie by ono sporadycznie nieprzyjemne nie było, nadal je lubię i cenię jego dary. Piękny poranek. Wstaję i patrzę na rozłożyste, pięćdziesięcioletnie drzewo wyrastające pod moim balkonem i myślę, że kolejny dzień będzie naprawdę wartościowy i niepowtarzalny. Niezwykły, wyjątkowy – jeżeli tylko sam tego będę bardzo pragnął. Kładę się spać i przed zaśnięciem wyobrażam sobie najpiękniejsze miejsca i ludzi jakich znam. Zapominam o sytuacjach, miejscach i ludziach, którzy nie są czymś lub kimś o czym chcę myśleć, ponieważ nie sprawia mi to przyjemności. Nie myślę o niczym co mogłoby sprawić, że czuję się niespokojny. Przywołuję w pamięci tylko to co jest ciepłe, wesołe, kojące, uspokajające i wszystko co tworzy w mojej głowie obraz tego świata pozytywny. Nie słucham polityków w żenujących programach publicystycznych. Przełączam wtedy na jakikolwiek kanał o pozytywnej tematyce. Nie konsumuję kolejnych tragedii wpijających się w moją podświadomość wieści o kolejnym seryjnym zabójcy albo wojnie na Bliskim Wschodzie. Wyłączam odbiornik telewizyjny i wychodzę na spacer skonfrontować samego siebie z własnymi myślami. Z myśli moich powstają pomysły na kolejne powieści.  W powieściach moich krzewię pozytywny przekaz. Staram się bardzo, aby każdy kto skonsumuje którąkolwiek z moich powieści dojdzie do wniosku, że życie jest jeszcze bardziej pozytywne i wartościowe, niż było dotychczas. Chcę nieść moim przekazem nadzieję i wiarę w to, że po pierwsze wszystko jest możliwe jeżeli czegoś bardzo chcemy. Po drugie, że tak naprawdę nic nie kończy się wraz ze śmiercią, a ona jest dopiero początkiem wszystkiego, co najpiękniejsze. Na facebooku powstał profil Mikołaj Wojciech Maziarz – pisarz. Opisane w nim zostało w jaki sposób narodziłem się jako pisarz. Narodziny w bólach, ale jestem najszczęśliwszym człowiekiem. To dopiero pierwszy krok. Jest pięknie, prześlicznie i magicznie. Rozwój idzie we właściwym kierunku. Jestem dumny z tego, że jestem tym kim jestem. Z tego, że mam tak szlachetne i wielkie dziedzictwo. Kilka lat temu zostałem zaproszony na obchody rocznicy powstania SGGW. Występowałem jako wnuk jednego z głównych protoplastów rozwoju uczelni w latach 70-tych, twórcy Polskiej Szkoły Andragogiki Rolniczej Czesława Maziarza. To było miłe, gdy wyczytywano przybyłych gości, a mnie wyczytano wraz z wnukiem Władysława Grabskiego –  dwukrotnego premiera II RP, jako dwóch znamienitych osobników, działaczy i naukowców, którzy przyczynili się do rozwoju uczelni w różnych okresach XX wieku. Na profesora się nie nadaję, na premiera tym bardziej nie, ale na pisarza jak najbardziej i z tego jestem dumny. Tego mi nikt nie zabierze. Mój dziadek planował pisanie powieści na emeryturze, ale nie zdążył swego marzenia zrealizować, ponieważ przeszedł niespodziewanie na drugą stronę. Kultywuję te niezrealizowane tradycje mego dziadka, którego pamiętam dość dobrze pomimo, że w dniu jego śmierci miałem zaledwie 10 lat i 5 miesięcy. Często o nim myślę i czuję jego obecność. Ciężko to wytłumaczyć, ale pozytywny przekaz mojego literackiego powołania okraszony obecnością mojego Grandfathera from Górno Town i moją specyfiką osobową daje zaczyn na powstanie w przyszłości niezwykłych pozycji książkowych, których mam zamiar zostać autorem.

 

A Górno zobaczę bardzo niedługo...

 

Pomimo dni, o których wolę nie pamiętać zawsze przychodzą okresy, w których zakochuję się w życiu na nowo. Życie naprawdę może być i jest jedyne i niepowtarzalne. Młodzi ludzie powinni korzystać z życia, realizować marzenia, poświęcać się pasjom, robić wszystko, aby skorzystać z życia maksymalnie oraz aby podtrzymywać w sobie na co dzień dobry nastrój, spokój wewnętrzny, poczucie, że życie jest piękne i że każdego dnia można wiele dokonać. Młodzi ludzie nie powinni mówić, że nie ma perspektyw, bo one zawsze są tylko trzeba wierzyć w siebie i w to, że to wszystko ma sens i że życie jest niezwykłe zawsze i wszędzie. Każda porażka jest początkiem. Coś się kończy i coś się zaczyna. Tak patrz na świat, Młody Człowieku!

 

Czy ja powiedziałem „Młody człowieku”?

 

Zupełnie jakbym sam już... był dziadkiem hehe

Póki co wszystko przede mną.

Kocham Cię, Juliś, mały mój smoku diplodoku.

 

Julian to oczywiście mój najukochańszy syn, który jest najwspanialszym facetem na świecie.

 

 

To oczywiście ten Pan!!! W lekko krzywym zwierciadle!!!Take care yourselves!!!

 

 

 


oceń
13
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

ALCOHOLICA - PIASECZNO 24.03.2012

poniedziałek, 26 marca 2012 10:21

 

FRONT RHYTHM SAS

CANDY MARTINEZ

HARRY POTTER

BIRTHDAY MISIEK

 

W takim oto klasycznym składzie wystąpił na deskach piaseczyńskiego klubu 8 BALL „zespół pieśni i tańca ze Świerklańca” (cytat z klasyka) ALCOHOLICA wykonujący utwory grupy Metallica, że niby to lubią repertuar i dlatego stworzyli coverband. Nic bardziej mylnego. Grają z przyzwyczajenia, bo nie mają niczego ciekawszego do roboty, a tak naprawdę kochają zupełnie inne style muzyczne, jak choćby disco z lat 70, a także Modern Talking czy C.C. Catch. Ledwo wybrzmiał ostatni dźwięk, a na parkiecie zagęściło się momentalnie. Zaczęli pojawiać się na nim wyżej wymienieni i od razu zrobiło się arcyciekawie. Prym wodził Martin, który od razu wszedł w odpowiedni układ taneczny i zaprezentował szeroki wachlarz możliwości, wręcz połączenie wielorakich stylów i układów. Wcześniej tylko jakiś przypadkowy przechodzień pląsał w towarzystwie napotkanej małolaty w koszulce Pungent Stench, która wpadła do klubu przypadkowo, i tak oto jej przygoda z Metalliką rozpoczęła się na dobre. Wcześniej nie słyszała o zespole, gdyż od urodzenia mieszkała w puszczy (i w pustyni) i dopiero w ostatnią sobotę jej oczom i uszom objawił się wybitny poniekąd repertuar, który rzecz jasna z playbacku zaprezentował nam zespół Alcoholica. Pomiędzy nimi biegał też jakiś idiota w różowej koszulce z facjatą Hołdysa namalowaną na froncie klatki piersiowej. Takich psychicznych była cała plejada i dlatego koncert się udał i naprawdę będę wspominał go z radością i z łezką w oku. Okazało się, że Martin był zawodnikiem w dyscyplinie „piłka nożna” i od razu nawiązała się dyskusja, wróciły wspomnienia i prawie już szliśmy do nocnego po piłkę kopaną i o mało co nie zaczęliśmy tam grać, no mówię wam, po prostu flow i to taki, że kapcie góralskie spadają i wpadają do Nysy Łużyckiej. Po tym jak SAS dolał mi wódki do piwa odwalać zaczęła mi palma kokosowa i rozpocząłem wykonywać na parkiecie kosmiczne figury w poszukiwaniu Kasi Figury z jej najlepszych lat, ale nie było laski w tym klubie się okazało i cycka Pani Katarzyny również nie szło tam uświadczyć. Sam koncert jak to koncert. Nic „specjalnego”, gdyż chłopaki przyzwyczaili mnie do tego że rozpierdalają w drobny mak każde miejsce, w którym się znajdą, także byłem przygotowany na porcję maksymalnie kopiącego dupę, profesjonalnego i fenomenalnego heavy metalu z domieszką uranu, a nawet oranżady owocowej z czasów komunistycznych, która smakowała niepowtarzalnie, miała specyficzny kapsel-korek, dostępna była w warzywniakach, a za którą człowiek tęskni i chciałoby się więcej. Najpiękniejsze dla mnie osobiście momenty koncertu to Blackened, Orion oraz Until It Sleeps. Zawsze czekam na The Shortest Straw, ale tym razem okazało się, że solówka w tym utworze jest w tempie 160, więc Kędziorowi nie chciało się z tym pierdolić, żeby nie powiedzieć pieprzyć pieprzniczką zakupioną w sieci Ikea. Zostawił chłopak zasoby energii na afterparty przy rytmach Boney M. I tak trzymać, Sir!!! Reszta chłopaków rządzi „na wsi, w mieście, w Budapeszcie”. Niektórych dopada tzw. pomroczność jasna(cytat z klasyka), inni mają tego dnia urodziny i śpiewa im się „STO LAT” pod melodię Fight Fire With Fire. Choć to ostanie to zmyśliłem albo zwyczajnie mi się przyśniło. Pan Kleks, a właściwie Adaś Niezgódka miał sen o siedmiu szklankach to ja miałem swój sen o Four Horsemen from Silesia – jeźdźcy jadą po bandzie i wielkie dzięki za to, że grają i że oddają serce na scenie!!! Jedyna uwaga: w stolicy nie raz na pół roku, a wystarczyłoby raz w tygodniu i nikt nie miałby pretensji, do kurwy nędzy i ta dalej i tym podobne. Przepraszam, że przeklinam, ale jakoś tak wyszło samo, rzesz ty w dziuple kopane.

 

Wielkie FUCK YEAH! dla ekipy, która przybyła ze mną na ten koncert. Mieliśmy wesoły powrót. Ale o tym w następnym odcinku W-11.

 

Panowie i Panie oraz członki grupy Alcoholica - pozdrawiam serdecznie i do następnego (w przyszłym tygodniu)!!!

 

Mazik – największy członek (penis) w historii Metclubu.

17 lat w klubie wybiło mi w tym roku. Nie lubię się chwalić, ale kurwa raz się pochwalę. Za trzy lata wybije dwudziestka, wiec rozumiem, że zorganizujemy to wspólnie. To znaczy Wy mi zagracie z playbacku za darmo u mnie pod blokiem, a ja dam Wam poprzeglądać stare SO WHATY!!!!

 

Hehehehe ten dowcip to mi się udał muszę przyznać. !!!! FUCK YEAH!!!!! PIASECZNO PORZĄDZIŁO!!!!

 


oceń
6
2

komentarze (0) | dodaj komentarz

MIRABELLA - POLECAM!!!

wtorek, 13 marca 2012 15:59


oceń
16
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

W ZESZŁYM WCIELENIU

czwartek, 23 lutego 2012 12:22

 

W zeszłym wcieleniu byłem wcielone ciele. Tak sobie wymyśliłem, że to możliwy scenariusz. Ciele pokorne czy niepokorne – oto jest pytanie...I jeżeli nawet coś ssie, to przecież dwie matki, choć może chodzić tutaj o kasetę-matkę lub opcjonalnie o firmę-matkę. Słyszałem stwierdzenie, że dziecko przecież musi mieć ojca. Owszem, ojca mieć powinno, ale w sytuacji kiedy ojciec i matka nie stosują się do podstawowych zasad BHP i podczas zbliżenia z planetą Arous nie używają ubiorów ochronnych, to powiadam co wtedy? Co wtedy?

 

Ach, gdyby odpowiedź na to pytanie była oczywista, nie siedzielibyśmy dziś przed ekranem monitora naszego telewizora i nie zastanawialibyśmy się nad powszechnie głoszoną tezą, że „pokorne ciele dwie matki ssie, a bywa że i do ojca się przyssie i wszystko z niego wyssie”. Każdą tezę można obalić pod warunkiem, że antyteza nie zostanie najsamprzód obalona przez inny autorytet w dziedzinie tegoż ssania-wyssania. Ssanie narodziło się w 84 wieku przed naszą erą i zostało zapoczątkowane przez pierwszych jaskiniowców pospolitych, kiedy to powstał pierwszy model pojazdu typu „sanie” używanego do transportu płozowego w okresie zimowym, gdzie po raz pierwszy zastosowano tak zwane „ssanie”. Chodziło o to, że jak było zimno i pojazd nie chciał odpalić, to uruchamiano „ssanie” (nowoczesna automobile mają już bezpośredni wtrysk paliwa) i maszyna ruszała z piskiem płozy. Gablota „jak ta lala” na zimne, mroźne poranki i wieczory, kiedy niejeden z nas jest chory, bo dzień wcześniej „dał w rurę” (wydechową).

 

Czy więc możemy tutaj mówić o prowokacji?

 

O tym w następnym odcinku...ach, chociaż może, hmm...

 

Z wyrazami szacunku

Kłaniam się w pas!

Prof. Wacław Hieronim Mazz

 


oceń
9
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

ARMENIAN ROCK BAND 36.6 - CZĘŚĆ 4 - MIDNIGHT TRAIN

wtorek, 31 stycznia 2012 13:00

 

 

ARMENIAN ROCK BAND 36.6 – CZĘŚĆ 4. – MIDNIGHT TRAIN /ON THE RAILWAY TRACK AGAIN/

 

Pisałem oniegdaj o jednym z utworów autorskich grupy muzycznej 36.6 BAND, który uważam za mój ulubiony, a jego tytuł to MIDNIGHT TRAIN. W swojej pierwotnej wersji kawałek ten towarzyszył mi przez ostanie 15 lat mojego życia i zawsze słucham go z zainteresowaniem, uwielbieniem i podziwem dla kompozytora, ponieważ takie złote strzały zdarzają się nie tak znowu często. Utwór zaaranżowany po mistrzowsku, a każdy kto po raz pierwszy odsłucha powyższy utwór muzyczny autorstwa zespołu from Armenia zastanawia się czy aby na pewno jest ich kawałek, czy może jest to cover Carlosa Santany lub jakiegoś innego genialnego twórcy. 36.6 BAND jest w swoim zamyśle zespołem coverowym i większość repertuaru jaki prezentują na żywo składa się z utworów innych wykonawców. Natomiast zawsze chętnie słucham ich autorskich kompozycji prezentowanych od czasu do czasu podczas występów scenicznych. Można ostatnimi czasy usłyszeć choćby utwór ON THE WAY, instrumentalną kompozycję z płyty MIDNIGHT TRAIN, która została teraz rozbudowana o partie solowe na gitarę oraz klawisze i zespół wykonuje go obecnie pod zmienionym tytułem NIGHT WALK.

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=OwDjwvz1cbw&feature=related

 

 

Chciałbym usłyszeć kiedyś na żywo także inne utwory z pierwszego autorskiego longplay’u MIGNIGHT TRAIN, choćby mój ulubiony HARD TO END z hard rockowym szlifem, świetnym riffem i ciekawym aranżem, a także GAMBLIN’ HOUSE czy YELLOW CAT, które zawsze mam w pamięci i bardzo lubię i tak już do śmierci w 2098 roku (planuję żyć 122 lata). Kto wie, może to kiedyś nastąpi, wszystko jest możliwe. Powracam jednak po raz kolejny do utworu tytułowego, który obecnie wykonywany jest na koncertach w zmienionej aranżacji, a właściwie to za każdym razem grany jest on inaczej, ze zmienionym nieco tekstem w stosunku do oryginału z roku 1996, grany ostatnio bardziej w klimacie claptonowskim, niżli z zachowaniem klimatu ze swego pierwowzoru. Wersja pierwotna jest genialna, wręcz nie potrafię nawet opisać słowami, jak niesamowita i ponadczasowa. Teraz zaprezentuję Wam jednak MIGNIGHT TRAIN 2011, który jest również klimatyczny, zawiera podstawową zagrywkę gitarową, na której oparty był utwór, natomiast zagrany jest w zwolnionym tempie, choć w sumie marzy mi się usłyszeć kiedyś MIDNIGHT TRAIN 1996 dokładnie odwzorowany z płyty z 1996 roku. Cóż, liczę na to, że kiedyś moje kolejne marzenie się spełni, ale to już zależy tylko od tego, w jakiej wersji zespół będzie chciał to wykonywać. Niechaj grają to w wersji takiej, jaka im pasuje najbardziej i jaka im się obecnie najbardziej podoba. Może być nawet w wersji REAGGE albo TECHNO, mnie nic do tego, artysta musi przecież robić w stu procentach to co czuje i co sprawia mu przyjemność. Generalnie dziękuję, że mogę być świadkiem działalności tego zespołu na planecie Ziemia, ponieważ to są chwile niezapomniane, nie wiem czy dla wszystkich zgromadzonych, ale dla mnie na pewno tak, i nie wstydzę się o tym pisać, a wręcz chętnie to robię i podkreślam na każdym kroku, że każdy występ to wydarzenie i uwielbiam tam być i na to patrzeć moimi zaropiałymi oczami, w czapce niewidce oraz z kuflem w dłoni, w której trzymałem przed wyjściem moje białe, ocieplane kalesony w kolorze khaki, które następnie nałożyłem na siebie, popiłem grzańcem podgrzanym In A Microwave Owen, a następnie pojechałem dorożką na kolejny występ(ek).

 

Bardzo miło obserwować 36.6 BAND w styczniu 2012 roku. To wyjątkowe koncerty w składzie ARTUR / ARMEN / ARIK – w tym składzie zespół się narodził i w tym składzie ja właśnie ich pamiętam, gdy robili show niezapomniane jako TRIO MIAŻDŻĄCE. W tamtym okresie na vocalu występował przecież ARIK, który grał na perkusji i śpiewał utwory Johna Lennona. W styczniu mogliśmy podziwiać ARIKA podczas wykonywania IMAGINE na koniec koncertów, w których brał udział, podczas których to wykonań ARMEN wcielał się w rolę multiinstrumentalisty grając JEDNOCZEŚNIE na basie i na perkusji (!!!). Wydaje się Wam, że to niewykonalne? Oj, wykonalne i to jeszcze w jakim stylu!!! I szacowna, wypasiona i miażdżąca mina „Armiego w czapce” podczas wykonywania tego karkołomnego zadania – BEZCENNA!!! za wszystko inne zapłacisz kartą MASTERCARD.

 

To jak wspaniale jest tam się znaleźć w niedzielny wieczór niezwykle trafnie skwitował mój kumpel KAMIL vel. KOŁTOŃ, który również stał się od niedawna oddanym fanem niedzielnych wieczorów w towarzystwie 36.6 BAND. Od każdego poniedziałku bowiem w naszych umysłach powstaje wymyślony para-dokument mentalny pod znaczącym wiele tytułem:

 

„CZEKAJĄC NA NIEDZIELĘ”

 

Cóż, zapraszam na MIDNIGHT TRAIN w wersji 2011, czyli w klimacie balladowym, lekkim, spokojnym, przeciwieństwo oryginalnej wersji, którą kocham dozgonnie, choć wersja 2011 też jest spox, można się pobujać z dziewczyną w świetle księżyca pod wiatą na działce w lipcu przy ognisku i tym podobne. Tak, to taka wersja trochę ogniskowa, ale cóż w tym złego, żeby sobie przy niej podpiec przepyszną kiełbasę zwyczajną na kiju (do hokeja)???

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=J3LDPQpjjVA&feature=related

 

 

LIFE’S STILL BEAUTIFUL!!!

 

THE 36.6 BAND – THE BEST COVERBAND IN THE WORLD!!!

 

 

 

 


oceń
6
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"ZĘBY" oraz "NA ŻYRAFIE" - 2 pseudo-poems

czwartek, 12 stycznia 2012 12:13

 

ZĘBY”

 

 

Twarz manekina, poszła do kina

Zeszła z wystawy, szukając sławy

A do tej pory, nigdy w amory

Nadszedł dzień trzeci, w miasto poleci.

 

Wpław na deptaku, pławi się w smaku

Lansuje życie, znika w niebycie

Typ manekina, wesoła mina

Damy na niebie, biorą do siebie.

 

Sala kinowa, ustna rozmowa

Z niewiastą piękną, kolana miękną

Treść filmu za nic, a wszystko na nic

Zęby włożyła, lecz nie umyła.

 

 

Mikołaj Maziarz, napisano 27.12.2011

 

 

 

„NA ŻYRAFIE”

 

Maścią cię wysmaruję

Igłą z choinki ukuję

Dopadnę na podłodze

Zostanę, gdy będę w drodze.

 

Spowiję cię w świetle księżyca

Za nami szczęścia granica

W oddali nieznana historia

Przed nami uczucia gloria.

 

Doskoczę do ciebie na szafie

Podjadę w mig na żyrafie

Szyja wydłuży się wszędzie

Dobrze nam razem będzie.

 

Ktokolwiek, kto nie jest tobą

Nie chcę nań patrzeć głową

Nie pragnę już więcej niczego

Dotknij mnie, namów do złego.

 

Kto poczuł raz smak istnienia

Dostąpił snu zagubienia

Zrozumie sens słów przekazu

Z czasem, choć nie od razu.

 

Mikołaj Maziarz, napisano 21.12.2011

 

 

 


oceń
4
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

36.6 BAND - PODSUMOWANIE ROKU 2011

poniedziałek, 12 grudnia 2011 14:45

 

 

Przykro mi bardzo, że znowu to ja będę się wypowiadał w temacie THE BAND 36.6., ale widocznie taka karma w karmniku. Oczywiście cieszę się niezmiernie, nie narzekam, a wręcz lubię. LUBIĘ TO! Wszyscy znacie ten fejs-bukowy slogan-motyw-narzędzie-do-lubienia. Miałem trudny okres w życiu, w którym obraziłem się na „Lubię to” i powiedziałem sobie, że nie zniżę się do tego poziomu i nie będę klikał tego wyżej wymienionego i szczegółowo opisanego. Minęło jednak kilka miesięcy, przeleciało kilkaset gołębi pocztowych nad moją głową, i okazało się, iż wyluzowałem się nieco w tej materii i zacząłem nagminnie klikać i teraz bez przerwy i ciągle coś lubię. Ktoś wpisał jakąś pierdołę, że mu „zimno” wskoczyło i klikam: I like it!, potem patrzę link z utworem nieznanej piosenkarki z Zimbabwe, albo ktoś wpisał komentarz o tym, że jajecznice na truflach należy smażyć na patelni bez ucha od śledzia i znowu: I like it! Zdjęcie kumpel wsadził na fejs z babcią, psem i kotem sąsiada oraz orangutanem w czapce niewidce i barchanowych majtkach i znowu ja klikam, że lubię. Wszystko, kurwa, lubię, ale najbardziej ostatni koncert THE BAND 36.6, albo jak kto woli 36.6 BAND, który dokonał się w Irysie 11 grudnia 2011 roku. Dokonała się tam sytuacja, którą doskonale pamiętam z lat 1995-96, gdy zaczęła się moja fenomenalna przygoda z zespołem. Pamiętam jak autentycznie ludzie jak zahipnotyzowani obserwowali co się dzieje na scenie, byłem tego świadkiem wielokrotnie. Analogiczna sytuacja miała miejsce w ostatnią w tym roku niedzielę w towarzystwie kapeli z korzeniami ormiańskimi, ale już z zakorzenionym duchem polskim, która pokazała wielką klasę po raz kolejny i na pewno nie ostatni. To co zobaczyłem to była prawie zbiorowa histeria i kolosalny podziw dziesiątków ludzi, którzy mieli to szczęście i znaleźli się w Iris Pubie, aby przekonać się o wielkości tych skromnych facetów w liczbie 4.

 

Szczerze mówiąc to nawet za bardzo nie wiem, co mam napisać.

 

Armen Grigoryan – ten Pan to fenomen, dla mnie człowiek z nieopisanym pozytywnym przekazem, fenomenalnym wokalem (tacy ludzie rodzą się raz na 100 lat) i tą niezwykłą ciepłą, rozbrajającą, na w pół uśmiechniętą, autorską miną, z którą na scenie, jeszcze przy niewielkiej pomocy gitary basowej i mikrofonu, tworzy niesamowitą atmosferę, wręcz aurę i miażdży talentem. Zaraża miłością do życia i muzyki, a wrodzona skromność uwiarygodnia w tym, że ten facet urodził się dla muzyki i po prostu nią żyje, nią oddycha i tę jego wiarygodności i naturalność tak bardzo widać i słychać, że rozbraja każdego człowieka, który miał możliwość choć raz jednej zobaczyć go w akcji.

 

Artur Gyurjyan – właściwie to wespół z Armenem Grigoryanem tworzą duet, który zabija na wejściu. Oni są jak jedność, muzycy, ale przede wszystkim ludzie, przyjaciele, którzy rozumieją się bez słów, którzy kochają się jak bracia i uzupełniają w każdym możliwym momencie na scenie i poza nią, a może nawet szczególnie tam? Wieź niezwykła, jakby zostali zesłani w jedno miejsce na Ziemi, aby się spotkać i zacząć tę ich przygodę z muzyką, najpierw jeszcze w kraju macierzystym, a później w naszym, nadwiślanym przybytku polskiego piekiełka. Możemy tylko cieszyć się, że trafili akurat tutaj, a nie do NRD na przykład. Artur Gyurjyan to muzyk fenomenalny, jeden z najbardziej utalentowanych gitarzystów na świecie według mnie (nie boję się tak napisać), a uważam tak nie tylko dlatego, że dużo więcej niż świetnie potrafi grać na swoim instrumencie, ale przede wszystkim dlatego, że jest bardzo prawdziwy i szczery w tym, co robi i tym co oferuje słuchaczowi, czyli to jaki przekaz można dostać od niego będąc pod sceną na jego koncercie. To widać jak na dłoni, że ten facet urodził się z gitarą i gitara jest jego przeznaczeniem.

 

Chciałbym zwrócić uwagę, iż bardzo wartościowym i godnym podziwu uzupełnieniem tej znakomitej dwójki są panowie Michał Rodzeń (perkusja) oraz Jacek Subociałło (klawisze). Świetne partie solowe podczas ostatniego występu!!! Naprawdę zagraliście na wysokim poziomie, co było widać po reakcji publiczności.

 

W podsumowaniu: będzie smutno bez Was, bo przyszedł czas świątecznej masakry handlowej, a Wy powrócicie dopiero w styczniu 2012. Pozostaje czekać na kolejne utwory, które zostały zarejestrowane podczas ostatnich koncertów i które znajdą się na znanym wszystkim kanale youtube.com już zapewnie całkiem niedługo.

 

Pozdrowienia dla Mistrza Densu Spod Sceny – czyli dla Staszka, który jest największym luzakiem, jakiego spotkałem w ostatnim czasie. Tak wywijał hołupce, że zahaczył o stolik brydżowy, stolik się wypieprzył, chipsy z koszyka poszły na trotuar, ale ten nadal tańcuje, a styl prezentowany był tak miażdżący, że po prostu szacunek i podziw. Ten miły gość jest nieodłącznym, dodatkiem do występów w Irysie i mówię to z pełnym szacunkiem i powagą, bo to gość niesamowity. Lubię ludzi, którzy zawsze są sobą i nie przejmują się nikim i niczym. Być do końca sobą – to myślę największa wartość. Sam zawsze staram się takim być dlatego na koniec klikam z pełną świadomością:

 

MISTER STASZEK: LUBIĘ TO!

 

ARTUR GYURYJAN: LUBIĘ TO!

 

ARMEN GRIGORYAN: LUBIĘ TO!

 

MICHAŁ RODZEŃ: LUBIĘ TO!

 

JACEK SUBOCIAŁŁO: LUBIĘ TO!

 

I jeszcze dodam, że lubię również sam siebie, ponieważ należy się lubić, nawet kochać i wtedy życie jest naprawdę piękne!!!

 

MAZIK MOTHERFUCKER: LUBIĘ TO!

 

Take care yourselve(s)!!!!

 


oceń
4
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

36.6 BAND - REFLEKSJE CIĄG DALSZY

czwartek, 17 listopada 2011 15:05

 

Chciałbym przekazać od siebie coś nad wyraz znaczącego wszystkim fanom coverowej kapeli 36.6 BAND. My, pospolici zjadacze chleba razowego, znamy ich przede wszystkim i głównie z grania utworów innych wykonawców. W tym są świetni, wiadomo od zawsze. Prawdopodobnie najlepsi w Polsce oraz na Madagaskarze i w Sudanie Płd. Natomiast zachęcam wszystkich, którzy przybywają do Irish Pub na ulicę Miodową w Warszawie tudzież do Pubu Lolek (miasto: analogicznie), aby czym prędzej, jeżeli przez niedopatrzenie nie uczynili tego dotychczas, zapoznali się z ich autorskimi kompozycjami, które z tego co mi wiadomo, ukazały się jak dotychczas na 2 (słownie: dwóch) płytach długogrających, choć to pojęcie względne czym tak naprawdę jest płyta długo- a czym krótko-grająca. Pierwszą z nich jest „long-play” MIDNIGHT TRAIN (rok 1996), który dystrybuowany był właściwie w formie kasetowej – w tamtych czasach jeszcze jak najbardziej obowiązującej, a na której znalazło się 7 autorskich kompozycji oraz  4 covery. Razem jedenaście – dlatego „long-play”, nie inaczej. Wokale w języku angielskim.

 

Drugą i ostatnią jak dotychczas była produkcja powstała w 2003 roku pt. DZIEWCZYNA Z REKLAMY, na której po pierwsze zespół śpiewa – PO POLSKU (teksty własne oraz aktora Piotra Pęgowskiego, znanego szerokiej publiczności jako Krashan z serialu Zmiennicy), a po drugie są tam tylko i wyłącznie kompozycje autorskie, bez utworów innych wykonawców. Tutaj mamy tak zwany „short-play” (chyba takie pojęcie nie funkcjonuje, ale od dzisiaj zafunkcjonuje), czyli płytę zawierającą 6 kompozycji autorstwa Artura Gyuriana i Armena Grigoriana, mózgów artystycznych zespołu. Na temat tej płyty nie wypowiem się, ponieważ dopiero co wpadła mi w ręce i jeszcze nie mam wyrobionego zdania. Myślę, że jak przesłucham ją 1387 raz, będę w tej kwestii bardziej wiarygodny. Na pewno godne podziwu, choć na pewno nie wszystkim się to spodoba, jest to, że Panowie śpiewają w języku polskim z akcentem/nalotem ormiańskim, co jest dość kontrowersyjne, aczkolwiek świadczy o dużej odwadze. Za to plus i to dodaje specyficznego klimatu i uroku całej produkcji.:-D

 

Wróćmy do clue audycji pisanej o zespole z czasów, gdy byłem licealistą, a potem studentem, aby następnie stać się pospolitym kimś tam whatever.

 

MIDNIGHT TRAIN – płyta w stylistyce wiązanej. 7 utworów w konwencji bluesowo-santanowskiej w zestawieniu z hard rockowymi kompozycjami, z których najmocniejszą gitarowo jest utwór HARD TO END, jeden z najlepszych utworów na płycie według mnie. Wiadomo jakim wpływom poddany podczas swego szczęśliwego dzieciństwa (wygląda chłop w każdym razie na dopieszczonego) gitarzysta, kompozytor i wokalista Artur Gyurjan i stąd utwory takie jak instrumentalny ON THE WAY (jedyny w obecnej setliście zespołu) albo tytułowy MIDNIGHT TRAIN nie dziwią nikogo. Także Ballada LUCKY MAN jest bardzo ciekawą kompozycją, choć ciężko ją jakoś jednoznacznie określić, ale jest to jeden z najjaśniejszych punktów całej produkcji. Poza tym lekko rockowe w stylu „hard” kawałki GAMBLIN HOUSE oraz YELLOW CAT także trzymają poziom, a osobiście darzę szczególnym sentymentem utwór „o żółtym kocie na deszczu”. Jakoś tak fajnie wpada w ucho, albo do ucha, jak kto woli i od lat wielu słucham tej płyty z własnej, nieprzymuszonej woli, co może i jest ciekawe, ale przypuszczam, że niestety płyta nie zatoczyła szerokiego kręgu odbiorców, choćby ze względu na pubowo-garażowy charakter zespołu – choć umiejętności predysponują do grania na wielkich stadionach, to widocznie nie było dane, przynajmniej nie w tym życiu. Ale z drugiej strony czy ich to by w ogóle interesowało? Widać, że granie w małych klubach sprawia im kolosalną przyjemność i Panowie: jesteście spełnieni, szczęśliwi i radośni, kiedy się na Was patrzy.

 

Dobra. Słuchajcie, oni wcale nie są tacy dobrzy, po prostu grają od wielu lat z „play-backu” hehe. Kurcze, obiecałem, że się nie wygadam... Panowie, sorry, sorry Winnetou!

 

W związku z tym, że się pośmialiśmy, był żarcik okolicznościowy (można się śmiać, a nawet trzeba) to powrócę do clue mojej wypowiedzi. Najważniejszym aspektem w całej twórczości zespołu jest moim zdaniem utwór MIDNIGHT TRAIN. Takie utwory nie powstają co dzień i niewielu ludziom, zespołom udaje się skomponować podobnie ponadczasowe kompozycje. Tak trafionych dźwięków nie zdarza się wyprodukować ot tak sobie. Zastanawiam się tylko, dlaczego nikt do kurwy nędzy (mięsem rzuciłem dla podkreślenia znaczenia słów:8) nie zauważył tego dotychczas. Ten utwór wyprzedza o 3 długości pozostałe kompozycje zespołu, ale nie dlatego, że te pozostałe są słabe, nie. Nie są, ale MIDNIGHT TRAIN jest fenomenalny, niepowtarzalny i genialny, co wiedziałem od zawsze, czyli od dnia, w którym kupiłem od zespołu 36.6 BAND płytę za 10 zł, po czym wyszedłem z Irysa, odpaliłem ją w samochodzie i zwariowałem na punkcie tego songu. Nawet nie chciałem wierzyć na początku i myślałem, że jest to cover. Serio. Panowie, ten utwór to wiśnia na torcie. Powinniście zareklamować go na cały świat, a przynajmniej powinniście grać go na każdym koncercie jako wizytówka zespołu. To powinno być Wasze intro rozpoczynające każdy koncert. Tak właśnie sądzę od lat piętnastu i nic się w tej materii nie zmienia. MIDNIGHT TRAIN to utwór, który według mnie mógł, albo jeszcze ciągle może, utorować zespołowi drogę do nieśmiertelności (mocno pompatyczne, ale jakoś tak mi się to stwierdziło). I napiszę jeszcze skąd to wszystko wiem. Otóż mam kilka, kilkanaście może ulubionych utworów jakie kiedykolwiek powstały, a wykładnikiem ich niesamowitości jest to, że po wysłuchaniu po raz dwa miliony siedemsetny taki song nigdy mi się nie znudził i zawsze, gdy go słyszę, czuję pewną siłę do życia w sobie. Czuję, że mnie cały czas inspiruje i daje wiarę, że to wszystko ma jakiś sens.

 

Więc reasumując: Wszystko przed Wami, Panowie (+ jedna Pani Ładna z ładnym  głosem)! Powodzenia! Jesteście młodzi duchem więc nie widzę przeciwwskazań do dalszego rozwoju. No z takim potencjałem to wręcz konieczne. A jak Wam się nie chce, to i tak będę w Irysie Was dopingował (oczywiście będąc na dopingu: piwo, skręt, dopalacze, wódka, wino etc).0:-)

 

Jednakże, zachęcam Was do nagrania kolejnej autorskiej płyty. Służę literacką pomocą i powiem więcej: chętnie napisze dla Was fenomenalnie trafione teksty w języku polskim, które pasują do stylistyki muzyki jaką stworzycie. Możecie mnie trzymać (rękoma, nogami) za słowo!

 

Na koniec, cóż, będzie jednak kilka spostrzeżeń po kilkunastokrotnym odsłuchaniu płyty DZIEWCZYNA Z RELKAMY. Na ten dzień 2 utwory: NOC W NOC oraz WSPOMIENIE. Piękne są, cóż tu dodać więcej. Koniec spostrzeżeń.

 

Tutaj by się przydało mp3 MIDNIGHT TRAIN, ale niestety nie posiadam.

 

Pozdrowienia i do zobaczenia!;-P

 


oceń
7
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

36.6 BAND - MÓJ POWRÓT PO LATACH

wtorek, 08 listopada 2011 14:36

Niniejszym, ja, skromny chłopak, literat w czapce i szalu, chciałbym pozdrowić serdecznie i złożyć mega podziękowania dla zespołu 37.9 BAND (stan podgorączkowy) za dwa wieczory zaliczone w krótkim odstępie czasowym: 4.11. Lolek (Lolek to potoczna nazwa na „skręta”) i 6.11. Irys (jak mawiał mój przyjaciel Leszek Schmidt - Rest In Peace Since Nov’2010). Te dwa magiczne wieczory były czymś dla mnie absolutnie wyjątkowym, ponieważ powróciłem do stanu ducha z połowy roku 1995, a był to rok w którym po raz pierwszy znalazłem się w pewną letnią niedzielę na Miodowej i od tamtej pory nic już nie jest takie samo. Wtedy zespół funkcjonował jako trio (with Arek on drums – regards to you, mister.) i był to fenomen na tak wielką skalę, że ludzie przychodzący co tydzień na koncert prawie klękali w szoku po zobaczeniu tego, co się tam wtenczas działo. To była magia, której nigdy nie zapomnę. Ze szczególnym pietyzmem chciałbym ucałować Mr. Artura, który ciągle i nieustannie wymiata na wieśle, jak sprzątaczka u mnie w podstawówce na szczotce i mopie. Know, man, always On The Way!!! Dzięki za CD – odsłuchałem od razu po przyjściu do domu i wypowiem się przy następnej nadarzającej się okazji. Nie mogę zapomnieć, a wręcz nie potrafię o sobotniej czapce ala Samuel L. Jackson z filmu Jackie Brown – Monsieur Armen – Brawo!!! Ten image, bass i wokal jest na pełnym wypasie, tak trzymać!!!!! Poza tym styl bycia na scenie jest tak niezwykle luźny, że wskazane by było nakręcić reportaż i wyemitować go potem w serii „Najbardziej wyluzowani i pozytywni ludzie świata”. Brawo Panowie, nic się nie zmieniliście! Szacun.

 

W związku z tym postanowiłem niniejszym zacytować fragment prozy pewnego angielskiego prozaika:

 

„Once upon a time when there was a beautiful Sunny Day, one Lucky Man was on a Midnight Train to Las Vegas afterwards, straightly On the Way to his better life in another Gambling House, which was his addiction but deeply rooted destiny as well…And suddenly there appeared a small, Yellow Cat on a railway track and it was kinda impulse ‘cos at that moment he understood that the most important in our lives is love, passion and not particularly losing his money from day to day. Yellow Cat in the rain saved his life, indeed. (...) 

 

Ciekawe kto załapie hehe proszę nadsyłać propozycje na adres....itp

 

Nie mógłbym również nie pozdrowić Mrs. Alicji on vocals, która fenomenalnie śpiewała w piątek 4.11. i która miała taki piękny, marketingowy (cytat z artysty), tiny navel... Woman, you move me (according to vocal abilities certainly…)

 

Overwhelming fuckin’hello to my brother Jarek, z którym zaliczyłem oba ostatnie występy i z którym od października 1996 rozumiemy się bez słów.

 

A na koniec taka osobista dygresja: mój przyjaciel Leszek Schmidt (ten od Irysa) akurat był również stałym bywalcem koncertów 36.6 BAND. W listopadzie mija pierwsza rocznica jego śmierci. Baw się dobrze na górze, Sir!

 

I żeby nie było wątpliwości. Tego Midnight Train to Wam nie odpuszczę. Będę marudził aż będziecie mieli mnie tak dosyć, że w końcu to zagracie w 2019 roku hehe

 

Take care and See Ya on the road!!!

 

 


oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MIRABELLA - W SPRZEDAŻY OD 8 SIERPNIA 2011

wtorek, 04 października 2011 12:32

 

TUTAJ MOŻNA SIĘ DOKŁADNIE ZORIENTOWAĆ O CO CHODZI W TYM ZAMIESZANIU LITERACKIM BY MIKOŁAJ MAZIARZ I ZAOPATRZYĆ W MOJĄ DZIEWICZĄ POWIEŚĆ:

http://www.piszesie.pl/katalog-ksiazek

MOŻNA JĄ KUPIĆ RÓWNIEŻ W WARSZAWIE W KSIĘGARNI NAUKOWEJ "PRUS" NA KRAKOWSKIM PRZEDMIEŚCIU VIS A VIS UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO.

JAK NAJBARDZIEJ ZNAJDZIECIE JĄ NA www.merlin.pl

OCZYWIŚCIE, ŻE TAKŻE W KSIĘGARNI INTERNETOWEJ "GANDALF"

http://www.gandalf.com.pl/b/mirabella/

ORAZ NA WIELU, WIELU INNYCH KSIĘGARNIACH INTERNETOWYCH ORAZ STACJONARNYCH. W TYM OSTATNIM PRZYPADKU AKURAT JEST W TEJ CHWILI JESZCZE OGRANICZONA DOSTĘPNOŚĆ, ALE Z CZASEM SYTUACJA SIĘ UNORMUJE I BĘDZIE MOŻNA ZAKUPIĆ JĄ BEZ PROBLEMU W KSIĘGARNIACH W CAŁYM KRAJU.


oceń
14
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

15.09.2011

czwartek, 15 września 2011 16:21

 

POZYTYWNE MYŚLENIE

 

Ewidentnie pozytywne myślenie daje efekt powodzenia. To sprawdzone w każdym przypadku i szerokości geograficzno-historycznej. Szeroko zakreślony rycerskim łukiem plan na kolejne X dni określa, że jeżeli będziemy bardzo pewni i zdeterminowani oraz bardzo uwierzymy, to stanie się faktem wszystko, co w naszej wyobraźni zostanie stworzone i podtrzymane przez kolejne couple of days. Opracowania psychologów i otwartych na taką hipotezę naukowców mówiące o niespotykanych możliwościach ludzkiej podświadomości to nic innego, jak opisanie takich procesów, które mogą doprowadzić do uzyskania stanu spokoju wewnętrznego, poczucia wdzięczności i szczęścia, a to już jest pozycja wyjściowa do osiągnięcia najwyższych celów. Wizualizacja w tym stanie przeprowadzana regularnie spowoduje piorunujący efekt. Generalnie wizualizacja to wpływanie na własną podświadomość, a ona jest odbiciem wszystkiego tego, co za chwilę, bądź za czas jakiś zdarzy lub pojawi się w naszym życiu. Wielokrotnie sprawdziłem i to działa zawsze, kiedy tylko uzyskamy odpowiedni stan umysłu, zbudujemy w sobie wiarę, ale przede wszystkim uwierzymy, że to coś już należy do nas albo że dana sytuacja jest już teraźniejszością. Udało mi się wielokrotnie taki stan uzyskać. To piękne odkrycie. Naprawdę to niesamowite odkrycie. Brawo, Jasiu!!! Ale także czasami tego stanu osiągnąć nie mogę, bo akurat mam gorszy okres (choć nie jestem kobietą) i wtedy muszę używać Always Look On The Bright Side of Life.

 

W przypadku bohatera niedrukowanej powieści Mikołaja Maziarza pt. Dziennik Desperata sprawa wygląda właśnie zgoła inaczej. Widocznie nie stosował wizualizacji pozytywnej, ani podpasek i nie znał też Anny Patrycy. Spróbujcie się wciągnąć (po linie) (lin-taka ryba), a możliwe, że kiedyś powstanie taka właśnie sobie książka wysokich lotów. Piszę na wysokim poziomie, a nawet jeżeli ktoś myśli inaczej, jest w mylnym błędzie. To wszystko zaś gwoli przypomnienia, że od niedawna jestem pisarzem i w związku z tym prezentuję szacowny fragment, który jest niezwykle ambitny. Od zawsze, w pewnym sensie, jestem także rebeliantem. Właśnie sobie to niedawno uświadomiłem. Rebeliantem obyczajów i zachowań, które nie przystoją. Ale łamać stereotypy to naprawdę wspaniała rola, którą zawsze będę odgrywał ku uciesze własnego „ja” oraz tych, którzy mnie dobrze rozumieją, a często wystarczy jedno spojrzenie. Oto fragment powieści pt. „Dziennik Desperata”.

 

Czyta: Zygmunt Wallenxdorphenstern 

 

„DZIENNIK DESPERATA”

 

„Poniedziałek 12.09.2011-09-12 godzina 9.17

 

Nie ma niczego pozytywnego w zdruzgotanym zwierciadle jego duszy. Gdyby tylko chciał, ale nie chce i nikt nie zmusi jego. Ustawicznie upierał się przy pełnym duszy zanurzeniu i dopiął swojego poddańczego celu. Został w świecie podwodnego odmętu niezrozumienia własnego wnętrza. Do końca wierzył, że tylko pełne odejście jest w stanie dać mu spełnienie. Do kresu dnia, aż po wierzchołek nocy i tak stawał się z dnia nadzień czymś czego tak naprawdę od dnia urodzenia nie pojmował. Labirynt koślawych myśli skierowany autodestrukcyjnie na samego siebie odbierał mu ostatnie promienie słońca, które zatarte śladem czasu znikały jeden po drugim.

 

Systematyczne dążenie. Ktoś dochodzi tam, gdzie znaleźć chce się z własnej, często nieświadomej woli. Ci, którzy świadomie wybrali zakończenie, będą wiedzieli więcej znacznie wcześniej. Czy ktoś zna zakończenie?

 

Zaiste...

 

Wtorek 13.09.2011 godzina 17.09

 

Wysuszywszy sweter przy pomocy suszarki z przegryzionym przez psa kablem zasilającym przywołał plik myśli z tajemniczą zawartością. Kartoteka jego mózgu ułożyła dane. Równiusieńko plik za plikiem. W przypadku wirusa, który może nawiedzić w każdej chwili, zakończenie okaże się druzgocącą klęską. Skończy jak zabity przez samego siebie człekokształtny były mąż i ojciec, którego dzisiaj nic już nie uratuje. Ale czy na pewno jest bez szans? Czy na dwieście osiemdziesiąt procent nie ma dla niego ratunku?

 

Otworzył butelkę i nalał sobie kilka procent w znienawidzoną szklankę, której nie mył od czterech miesięcy. Mech zarastał wszędzie, a glony i chwasty pokryły jego podświadomość. Zatracił wszelkie instynkty. Dlaczego wszyscy się na niego uwzięli?

 

Trzasnęło na klatce. On tego nie usłyszał. Był jak dziecko we mgle...

 

Środa 14.09.1410

 

Wreszcie przełom w wiadomej sprawie. Niewiarygodne jak trudno żyć i jednocześnie nie skłaniać się ku odejściu, pomimo stanu zabicia jego wnętrza i okalającego jego ciało wiatru. Pijane strachy na wróble zaczynały słaniać się na nogach, a przelatujące bociany czarne przemalowywały się na białe, aby uniknąć nazwania ich parszywymi murzyńskimi czarnuchami. Apartheid w środowisku zwierząt wycisnął ogromne piętno na poszczególne gatunkach i dopiero Nelson Bocian z Johannesburga odważył się przeciwstawić i wyklekotać głośno swoje zdanie 14 września 1410. To już dzisiaj. Transmisja bezpośrednia w systemie pay-per-view na platformie MAZZ TV. Koszt transmisji 23 kopiejki.

 

Mamy rok 1410. A mówią, że...no właśnie.”

 

TO BYŁ PIERWSZY I OSTATNI ODCINEK NIEDRUKOWANEJ POWIEŚCI.

 

 

PIENIĄDZE i radość z ich posiadania, a poczucie szczęścia

 

W kwestii zadowolenia i pieniędzy, które powinniśmy zarabiać, aby czuć się bezpiecznie mam pewne przemyślenia, którymi się teraz z Wami podzielę.

 

Wydaje mi się, że coś takiego jak permanentne zadowolenie z pewnego poziomu stopy życiowej to iluzja. Każdy powinien korzystać z życia na poziomie takim na jaki go w danym momencie stać i nie powinien martwić się tym, że nie ma pieniędzy, aby sobie kupić PRZEDMIOT A, na którego to stać jego sąsiada albo przyjaciela. Problem człowieka polega na tym, że on ciągle chce więcej i nie potrafi ten biedny człEK docenić tego co ma, a niejednokrotnie ma bardzo wiele. Przykładam godnym do naśladowania jest przysłowiowy (I lov this word) bezdomny, który uważa się za szczęśliwego człowieka, ponieważ wewnętrznie jest naprawdę szczęśliwy i nie potrzeba mu niczego więcej ponad podstawowe wyżywienie i bezpieczny nocleg. Mając problem z tym, że wiecznie nie starcza do „pierwszego” to wniosek jest taki, że człowiek powinien żyć na poziomie takim, aby do „pierwszego” mu zawsze spokojnie wystarczało. Może przecież sprzedać samochód – od razu dajmy na to 10.000 do kieszeni plus każdego miesiąca na paliwie 400 plus uniknięcie opłat eksploatacyjnych, ubezpieczenia – w ciągu roku to dodatkowo minimum 1000. Razem w ciągu roku na tym wszystkim zysk to ok. 5000-6000. To już nie mało – są 2 tygodnie na Krecie (taki preparat do przepychania wanny) na ZWEI personen non grata. Oprócz tego przecież, aby uniknąć życia na krawędzi własnych możliwość (zauważcie, że większość osób tak czyni i bez względu na to czy ich miesięczny dochód na rodzinę to 5000 czy też 10.000) zawsze twierdzą, że nie mają pieniędzy i że brakuje im do pierwszego dnia miesiąca. Ale widać jak na spoconej dłoni, że człowiek naprawdę jest głupi jak but z prawej nogi, ponieważ sam tworzy sobie problemy i pakuje się w stan zawodu i zniechęcania tym, że nie może czegoś mieć. Oczywiście w kapitalizmie oprzeć jest się znacznie trudniej niż np. w latach 80-tych i to stanowi wielki problem dla ludzi, których podświadomość jest nieustannie manipulowana. Tak to prawda, że dookoła każdy ma coraz więcej zabawek, coraz więcej ludzi jeździ coraz nowszymi modelami samochodów i coraz więcej ludzi wakacje spędza na Majorce, Karaibach, a nie na Mazurach pod namiotem. To niszczy nasze poczucie spokoju – zaburza stan zadowolenia z tego, co mamy. Teraz kwestia czy się temu poddamy, czy jak Ci nieliczni, będziemy twardo stąpali po ziemi i nie damy się pogrążyć.

 

A czego człowiek nie musi koniecznie mieć? Nie musi na przykład koniecznie mieć Internetu (w pracy wystarczy, można nie mieć w ogóle – to naprawdę nie jest tragedia), kablówki (da się przeżyć bez 188 programów) oraz komórki (nie jest prawdą, że bez niej nie można się obejść). To miesięcznie około 200-300 zł. Takich przykładów można mnożyć, a podsumowując jestem pewien, że szczęście jest tak naprawdę kwestią świadomości i wyboru, a także pokory, docenienia tego, że jest się zdrowym, ma się głowię pod dachem, spokój i bezpieczeństwo. Dlaczego na brak pieniędzy narzekają często Ci bardzo bogaci? Mózg. Mentalnie posiadają braki i zawsze będzie mało, aby poczuć się dobrze z samym sobą. Ale na szczęście są też jednostki, które potrafią docenić i nie popadają w psychozę, którą inni sami sobie wywołują. U mnie to tak na przemian. Też widocznie jestem głupi w pewnych momentach, ale mam tego potem świadomość i dążę do ulepszenia istotnych sfer mojego życia. Staram się w każdym razie i to bardzo very mać.

 

A wracając do telefonu komórkowego. Załamujące jest, że próby udowodnienia mi, że najważniejsze w moim życiu jest posiadanie komórki z 20.000 minutami dziennie do wszystkich sieci rybackich oraz że usługi bankowe, które opanowały to miasto są mi potrzebne do szczęścia (a tak naprawdę są tylko po to, aby mnie kontrolować) – jest koszmarnym wpływaniem na świadomość mas, które są już tak ogłupione, że brną w to całe gówno coraz głębiej bez świadomości czynienia sobie samemu wielkiej szkody. A potem właśnie jest problem, że znowu brakuje kasy, choć czy zarabiałeś 1500 czy 9000 sytuacja w zasadzie pod tym względem się nie zmieniła.

 

A jakby tak uruchomić pozytywne myślenie?

 

Tak, z tym, że w niektórych przypadkach o pozytywne nastawienie rzeczywiście ciężko, szczególnie, że Ci, o których za chwilę napiszę. mają bezpośredni, bardzo destrukcyjny, negatywny wpływ na moje życie. Oto oni. Take this out!

 

KIM JEST POLITYK?

 

Polityk to największe ścierwo. Są przypadki większego lub mniejszego skurwienia, ale według badań Komisji ds. Skurwienia Politycznego wskaźnik ześwinienia SP/WZ w przypadku 68% posłów i senatorów oscyluje między 14, a 17 punktem w dwudziestostopniowej skali Waldemara P. Acana.  30% to poziom 18-20 points, natomiast 1,5% polityków mieści się w tej skali między 4 a 13 points, natomiast 0,5% może pochwalić się wynikiem poniżej 3 pkt. SP/WZ. Takich szukać ze świecą przysłowiową w stogu siana. Niestety prawie wszyscy mają w swojej głowie siano końskie. Kochani Polscy Politycy! Otóż dla mnie jesteście mniej niż bezwzględne „0”. W związku z nadchodzącymi wyborami życzę Wam Szanowni Okradacze Naszych Kieszeni wszystkiego najgorszego, co może Was spotkać (urwana spłuczka, złamany nos, wyrwana dupa, skręcone płuco etc.) po tym, jak na kolejne 4 lata znajdziecie się na bezpiecznym fotelu posła RP, który na posiedzenia parlamentu stawia się sporadycznie, a pieniądze za nieobecność chętnie pobierze. Mam politykę w poważaniu wysoce głębokim. Chodzi o przysłowiową (uwielbiam wyraz) dupę. Dupa to część ciała, która odpowiada za głęboki poważanie. Myślę, że jeśli ktoś wreszcie podłoży ładunek na Wiejską nie będzie to zupełnie irracjonalne. W razie dywersji służę granatem, a nawet głęboką czernią. Czarno widzę generalnie sytuację, w której powinienem spełnić obywatelski obowiązek i koniecznie iść na wybory. Motywuję się tym od wielu lat i głosuję jako mieszkaniec miasta stołecznego Warszawy na tak zwane subiektywnie mniejsze zło. To mniejsze zło ciągnie się za mną od wielu lat. Powstaje pytanie: Kiedy będę miał możliwość zagłosować na WIĘKSZE DOBRO? Pytam: kiedy przyjdzie dzień, w którym pojawi się w Polsce polityk, partia, która nie będzie kłamać podczas kampanii wyborczej? Nierealne? Owszem - utopia. To co wygłaszają liderzy partii oraz ich prawe ręce, nogi oraz penisy i kompatybilne z nimi pochwy - to zakrawa na kabaret. To jest tak skrajnie śmieszne, że można się zaiste porzygać. Nie wierzę w ani jedno słowo, które płynie z ust polskiego polityka. Szkoda mi ludzi, którzy emocjonują się doczesną kampanią. Naprawdę nie ma się czym podniecać, bo i tak jesteśmy potrzebni tylko po to, aby oddać głos na podstawie śmiesznych do granic możliwości pustych obietnic, a potem każdy polityk, K-A-Ż-D-Y, ma nas w opisywanej powyżej tylnej części swojego wiejskiego ciała. Tak, wydaje mi się, że z czasem nowo upieczony poseł przechodzi koszmarną wiochą i staje się świnią, która za wszelką cenę trzyma się swojego koryta. A ten, który siedzi tam od 10 lat bądź i są przypadki, że niektórzy siedzą po 15-20, to skrajny przypadek wykorzystania Państwa dla własnych celów, finansowych oraz informacyjnych, co piętnuję stanowczo, ale nie będę nazwisk wymieniał, bo sami możecie sobie ustalić. Wystarczy prześledzić listy wyborcze z ostatnich 20 lat. Widać z nich jednoznacznie jacy ludzie siedzą tam najdłużej i jak zmieniały się strony na które przechodzili. Ugrupowań wszelkich nie szanuję w mniejszym lub większym stopniu. Mocno boli mnie to, że znowu będę musiał głosować na mniejsze zło. Osobnym tematem jest aktualna opozycja, ale na szczęście na ten temat to już naprawdę nie chce mi się pisać. Kumulacji takich ufoludków w jednej partii dawno w Polsce nie było, a może nawet to pierwszy taki przypadek. W sobotę złożę wieniec pod biurem poselskim. Będzie to bukiet z załączonym doń darmowym zaproszeniem na leczenie psychiatryczne w szpitalu na Saskiej Kempie. Beato z Albatrosa, Tyś Jedyna! Jedyne czego żałuję to to, że zaproponowana mnie przez REJTAN współpraca w kwestii promocji mojej książki jednak nie doszła do skutku. Nie przeszedłem weryfikacji poglądów!!! Otóż, aby promowało Cię wydawnictwo Rejtan, które wydaje Gazetę Polską, musisz mieć poglądy „skrajnie prawicowe”. A już myślałem, że jednak mnie będą promować heheheheh. O mały włos nie stałoby się coś naprawdę przezabawnego, ale może i dobrze, bo jak znalazłbym się na stronie owej księgarni internetowej obok skrajnie szacownych prawicowców (nazwisk przez grzeczność nie wymienię), musiałbym zmienić nazwisko, miejsce zamieszkania oraz wstydziłbym się wyjść na ulicę. Nie mówiąc od tym, że musiałbym usunąć z domu wszystkie lustra, aby nie musieć rano patrzeć sobie samemu prosto w oczy. A tak to jedno lustro jeszcze stoi... w sumie nie wiadomo po co.

 

A kto czytał „Mirabellę” ten wie, jakie zdanie napisane jest w toalecie pewnej restauracji i kogo może dotyczyć.

 

Dlatego mogli promować moją książkę, bo wtedy paradoksalnie mielibyśmy „his own goal”.

 

A Tadeusz Rejtan ma swoją ulicę na Mokotowie. Tadeusz Rejtan from EMOKAH GATES.

 

PODSUMOWANIE:

 

1. Szkoda czasu, zdrowia, pięknego dnia na polityków. BEZ WZGLĘDU NA SZYLD I KOLOR FLAGI.

 

2. Partie różnią się tylko wskaźnikiem SP/WZ oraz kumulacją ufoludków na metr kwadratowy. Poza tym to jeden burdel. Wniosek był to może nie nazbyt oryginalny, ale przed 9 października moim obowiązkiem obywatelskim, takim samym jak moje uczestnictwo w wyborach, jest przypomnieć o tym i napiętnować. Nazwisk nie wymienię.

 

3. Moja powieść pt. DZIENNIK DESPERATA w księgarniach w 2078 roku.

 

NA KONIEC: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO Z OKAZJI URODZIN KOCHANA OKTAWIO FROM THE U.K.!!!! ZDROWIA I SPEŁNIENIA MARZEŃ W ZOSTANIU ARTYSTKĄ SCEN ŚWIATOWYCH. WIESZ, ŻE WIERZĘ W CIEBIE I ZAWSZE POWTARZAM: SPEŁNIAJ SWOJE MARZENIA KAŻDEGO DNIA!!! HAPPPY BIRTHDAY FROM MIKUŚ AND THE REST OF THE FAMILY. TAKE CARE!!!serce

 

 

 


oceń
6
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

WYGIBAS 2011

środa, 10 sierpnia 2011 13:45

 

Minęło całkiem mnogo czasu od kiedy napisałem z sensem na tym blogu choć dziesięć zdań i podzieliłem się tym z Wami, moimi Czytelnikami. Teraz acces do niej ma już większe grono moich przyszłych czytelników, ponieważ od pewnego czasu moja strona stała się jednakowoż dostępna dla szerszego gremium internautów poprzez umieszczenie tak zwanego link’a do niej na stronie mojego wydawcy oraz na okładce mojej książki, której tytuł wszyscy znacie, bo tak Was wszystkich bardzo zachęcam i namawiam do jej przeczytania. Debiutant ze mnie oto taki, że zupełnie nie przejmuję się i wierzę w pozytywny ciąg dalszy w kwestii takiej co też dalej zdarzy się z „Mirabellą”, ponieważ to co robię jest tak stuprocentowo spójne z moim wnętrzem, i tak to wszystko mi wychodzi naturalnie, spontanicznie i szczerze do bólu, że aż wydawca napisał o mnie, że podczas redakcji tekstu byłem odporny na sugestie redaktora prowadzącego, wierząc bezgranicznie w to co mam do przekazania oraz w mój własny, niepowtarzalny styl, którego za nic w świecie zmienić bym nie pozwolił. I naprawdę mogę nie być pewny stu innych spraw w moim życiu, ale akurat pisanie historii prozą to czynność, która wychodzi mi niemal automatycznie, a pisząc książkę pierwszą, potem drugą, za chwilę kolejne dwie, albo trzy, nie myślę w trakcie, co dalej się wydarzy. Bawię się rozwojem akcji i poniekąd czuję się sam tak, jakbym ową książkę „pisząc czytał” delektując się rozwojem zdarzeń i nie znając praktycznie do samego końca co się wydarzy w kolejnym rozdziale. To po prostu samo się dzieje i to jest najwspanialsza rzecz jaka w życiu mnie spotkała w kwestii możliwość robienia tego, co sprawia mi największą radość i jest paradoksalnie dla mnie najprostszą dziedziną jaką mógłbym się zajmować. Chciał nie chciał zostałem z zawodu pisarzem powieści o wielorakiej tematyce, a to sprawia, że życie naprawdę staje się jeszcze piękniejsze. Cudowniejsze nawet jest to bytowanie niżli jestestwo podczas mojego ostatniego pobytu w sklepie spożywczym Biedronka. Biedronka Siedmiokropka – tak fachowo nazywa się ten owad. W czasach kiedy byłem małą dziewczynką mówiono mi, iż ma ona tyle lat, ile czarnych kropek na pomarańczowym, bądź czerwonym grzbiecie. Okazało się po 30 latach, że ona zawsze ma ich siedem, tak jak siedem życzeń, które spełniał Kot Rademenes w filmie Siedem Życzeń z udziałem Wandy Kwietniewskiej na przysłowiowym wokalu. Zastanawiam się dlaczego właściwie tak bardzo lubię słowo „przysłowiowy” i dochodzę do wniosku, że uwielbiam korzystać z powyższego wyrazu w sytuacjach pozornie nieadekwatnych, aczkolwiek mnie śmieszących z przyczyn niewyjaśnionych. Kot, Pani Wanda oraz Biedronka Siedmiokropka to niezwykle interesujące postaci, które napotkałem na swojej drodze podczas moich dotychczasowych przygód na tej naszej glebie żyznej. Kot symbolizuje, że lubię sporadycznie dostać kota – interpretacja należy do czytelnika. Pani Wanda od kiedy pamiętam była utalentowana wokalnie i wraz z jej Bandą Na Instrumentach szarpano-uderzanych dostarczała radości mnie samemu, ale także społeczeństwu naszego kraju, które w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia (ale to dostojnie brzmi) wypełniało swe szare dni muzyką płynącą w eter z radioodbiornika Unitra. Pani Wanda symbolizuje sytuację, że pewna dawna znajoma mojej babci Helenki, która to moja ukochana grandma znajduje się w Niebie, czyli sympatyczna Pani Wanda z Naszej Spółdzielni Mieszkaniowej, wraz z zarządem tejże spółdzielni z Prezesem na czele (sorry, Prezesie, że nie zaszczyciłem swoją osobą komisji sprawującej nadzór nad przebiegiem obrad, ale kompletnie mi to nie leżało)  z wielką radością zapatrują się na wywieszenie plakatu reklamującego moją powieść w gablocie ogłoszeniowej. Pani Wanda (tylko teraz która?) symbolizuje więc gablotę. Nie jestem freak’iem motoryzacyjnym, w poważaniu najgłębszym mam zasadniczo ile „kucy” ma dany pojazd, albo z czego zbudowany jest silnik, ale taką niezłą gablotą typu Czarna Wołga to bym sobie kiedyś pojeździł, nie ukrywam. Choćby i nawet we śnie, ale zawsze to będzie truskawkowe przeżycie. Malinowe to wyświechtane słowo. Może być ewentualnie kolosalnych rozmiarów Mini Cooper, choć to w rzeczy gruncie wykluczenie. Czerwona kartka i wylatujesz z boiska. W życiu to trzeba uważać na niezawinione faule, bo taką czerwoną kartkę każdy z nas może przecież niespodziewanie otrzymać. Interpretacja znów należy do czytelnika. Acha i jeszcze zostaje nam Biedronka Siedmiokropka. Czy pisarzowi wypada robić zakupy w Biedronce? Wydaje mi się, że jest to o tyle niewykonalne ponieważ pisarz jest 34.445.033 razy większy od Biedronki Siedmiokropki i na sto siedemdziesiąt sześć procent się w niej nie zmieści, nie mówiąc o robieniu tam zakupów na niedzielny obiad. Biedronka symbolizuje oczywiście wykluczenie, ponieważ pewien mąż stanu wykluczył onegdaj w ten sposób lepiej uposażoną część społeczeństwa i uznał, że nie powinni w niej kupować. Ale niestety nie pomyślał, że w niej i tak nie zmieści się nikt poza naszym własnym wyobrażeniem o nas samych i wszelkich ograniczeniach, jakie należy przełamywać na każdym kroku. Weźmy taki przykład. Mikołaj Maziarz, który jak dotąd miał taki podświadomy plan na życie zrealizował go dopiero w roku 2011, ponieważ wcześniej nie potrafił uwierzyć, że wszystko jest możliwe i że wszystko zależy od niego samego. Przełamał ograniczenie i siedzi sobie oto za stołem i podpisuje swoją ukochaną powieść. Kocham „Mirabellę”. Kocham każde słowo w niej zawarte. Każdą historię opowiedzianą. Każdy czytelnik, który podczas jej lektury będzie się dobrze bawił jest dla mnie tak bardzo ważny, że trudno mi to opisać słowami. Choć wszystko zaczyna się od tego, że mnie samemu przede wszystkim musi się podobać książka, a dopiero w dalszym etapie interesuje mnie gust czytelnika, który staje się dla mnie wtenczas tak istotny. Nie chciałbym podobać się wszystkim. Wolę mieć oddanych wielbicieli (albo choćby jednego) oraz wiedzieć o istnieniu tych, którzy mnie nie cierpią. Lubię być widoczny, wyrazisty i pokazujący siebie samego pełnego skrajności. Tak samo jest w moim codziennym życiu. Mam naprawdę masę znajomych, kilku prawdziwych przyjaciół, z czego czuję, że większość z nich mnie jednak kocha (z wzajemnością), ale niektórzy nie mogą mnie znieść. I to jest bardzo twórcze i konstruktywne. Wszystko dlatego, że nie udaję kogoś kim nie jestem. Zawsze robię wszystko naturalnie, spontanicznie, nie patrzę na konwenanse, próbuję przełamywać stereotypy tworząc przy tym otoczkę absurdu, której niektórzy mają prawo nie rozumieć, ale na to wpływu niestety nie mam i w sumie nie chcę mieć. „kto zostanie ze mną jutro dopiero zobaczę” (cytat z klasyka). Czynię wiele, wiele dobra, ale popełniam także kolosalne błędy, z których jednak szybko się otrząsam i idę dalej ze świadomością specyfiki człowieczeństwa. Daję sobie prawo do bycia dobrym, ale też i złym, nie silę się na idealizm. Zresztą u człowieka coś takiego nie istnieje, więc tym bardziej wiem, że można zwyciężyć swoje życie tylko będąc stuprocentowo w zgodzie z własnym wnętrzem – bez względu na to jakie ono barwy w danym czasie przybiera. Ale w tym wszystkim najważniejsza jest pokora. O tym staram się pamiętać każdego dnia. Oczywiście chodzi tutaj o Wojciecha Pokorę, który to Pan zawsze pokornie sprawował ciekawe role telewizyjne i teatralne, z której najbardziej znaną i charakterystyczną jest słynna Marysia Za Dużo Cukru W Cukrze, która przebierała się za kobietę, a przecież miała inną płeć, i odgrywała rolę wszystkim znaną i lubianą. Też uwielbiam się przebierać i robić z siebie kompletnego pajaca i to już nie jest film fabularny niestety. To część mojego życia, od samych początków stąpania po ziemi, do dzisiaj, aż po jesień życia, czy emeryturę, którą pewien zakład z całą pewnością do tego czasu zdąży zdefraudować. Taka oto miła przepowiednia.

A wracając do siedzenia za stołem operacyjnym. Operacja „Pan Pisarz stawia krzyżyki”. Jedno ze spotkań w jakich przyjdzie mi wziąć udział będzie autorski mityng z czytelnikami w Teatrze Miejskim im. W. Gombrowicza w Gdyni. Ale czy ktokolwiek tam przyjdzie czy sam będę siedział i popijał herbatkę bez prądu? A co jeżeli na sali pojawi się tylko duch Gombrowicza? Cóż, chętnie pokonwersuję i zapytam: „Panie Witku, to Pan czytał Mirabellę?”. A szacowny literat ze stoickim spokojem odpowie: „Mikusiu, spokojnie, wszystko przyjdzie już wkrótce. Patrz i podziwiaj, a za chwilę zobaczysz, że będą działy się rzeczy, o których filozofom-amatorom się nie śniło. Pamiętaj, że wiara i pewność tego co się robi to klucz do zwycięstwa. Tego się trzymaj i... dawaj, no mi tutaj zaraz autograf, no Mazik, kurcze pióro.”

 

A ja wezmę do ręki pióro, kurcze, wietrzne i namaluję wygibas, a następnie pójdziemy z Witkiem na wódkę do pobliskiej knajpy. Oj będzie się działo, oj będzie. Full stop.

 

 

 


oceń
7
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"MIRABELLA" PREMIERA 8.08.2011

środa, 27 lipca 2011 14:14

 

 

Z prawdziwą przyjemnością zapraszam do księgarń w całym kraju na mój długo wyczekiwany debiut literacki.

8 sierpnia 2011 pojawi się w sprzedaży powieść pod tytułem

 

„MIRABELLA” autor: MIKOŁAJ MAZIARZ

 

i stanie się, mam nadzieję, najlepiej sprzedającą się powieścią beletrystyczną, czyli best selerem (takie warzywo).

 

Według umowy, którą podpisałem z wydawnictwem znajdzie się ona w dystrybucji w takich księgarniach jak EMPIK (premiera 9.08.2011) czy merlin.pl (premiera 8.08.) oraz w wielu innych. Sprzedaż bezpośrednia w wielu renomowanych punktach sprzedaży, ale także sprzedaż w 54 księgarniach internetowych.

 

Ciekawostką jest, że informację o możliwości dystrybucji mają wszystkie księgarnie w Polsce, ale i nie tylko, bo także... Biedronka i Poczta Polska hehe, natomiast kto faktycznie będzie dysponował moją „nibypowieścią” i kto będzie ją dystrybuował już od 8 sierpnia 2011, to wyjaśni się z czasem i dzisiaj sam tego jeszcze nie wiem.

 

Wszelkie informacje na temat promocji oraz wszelkie inne szczegółowe info na tematy związane z moją książką znają na stronie www.piszesie.pl

 

 

Zapraszam już teraz na moje pierwsze spotkanie autorskie, które odbędzie się w Warszawie w połowie września – szczegóły na stronie www.

 

Zapraszam serdecznie i pozdrawiam!!!

AKTUALNA ZAPOWIEDŹ WYDAWNICZA TUTAJ:

 

http://www.piszesie.pl/mirabella

 

 

Mikołaj

 

 


oceń
6
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

FILM "MAZZ PRODUCTION PART ŁAN"

poniedziałek, 11 lipca 2011 14:21

 

W oczekiwaniu na nadciągającą jak tornado „Mirabellę”:-D chciałbym napisać w końcu kilka słów po dłuższej przerwie spowodowanej czymś tam istotnym, albo może nawet nie koniecznie. Ostatnio się niemiłosiernie opierdalałem – tak to trochę wyraz z kategorii delikatnych bluzg, ale bez przesady, nie ma co się oburzać – i wrzucałem przez ostatnie dwa miesiące same wierszokletyczne twory mojego autorstwa. Straszne badziewie. Sam nie trawiłem wierszy w liceum, a teraz zmuszam Was do tychże czytania. Chamstwo bezwzględnie bezczelne i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jako, że jestem człowiekiem o wielu twarzach – taką opinię słyszałem o sobie wielokrotnie – zmieniam się jak kameleon pod budką z piwem to zaprezentuję Wam krótki film z moim udziałem, który z moim wizerunkiem ułożonego i bujającego w chmurach Poety ze wsi Warszawa niewiele ma wspólnego. To znaczy jest to pseudo film i bynajmniej sztuka niskich lotów, ale zawiera pewne istotne dla wielu z Was oraz mnie samego motto, które objawi się Wam na samym jego końcu. Filmik trwa zaledwie 6 minut z małym bonusem, także proponuję sobie teraz oglądnąć, a potem stwierdzić, że jednak są na świecie ludzie, którzy mają coś nie tak z mózgiem, choć na pozór wydaje się, ze wszystko jest pełna gitara. Jednakże ten pozorny dusfunkt w obecnych realiach bywa leczniczo pomocny w zrozumieniu tego, co dzieje się wokół. Można by rzec, iż aby nie zwariować, dobrze już wcześniej być zwariowanym i wtedy życie staje się rzecz jasna idyllą. Przynajmniej na moment. Na chwilę. W życiu piękne są tylko chwile śpiewał znany nam wszystkim Rysiek zmarły przedwcześnie z powodu choroby narkotykowej. Ostatnio akurat powtarzali film biograficzny i bardzo się wzruszyłem. Pięknie opowiedziana historia i naprawdę zakochałem się w tym filmie. A również wielokrotnie mówiono mi, że podobno jestem podobny do Ryśka, cóż, nie wiem, ale to zapewne miłe porównanie bez względu na prawdziwość tej opinii o mojej wątpliwej urodzie. Wczoraj spotkałem mojego starego kumpla, gdyż udałem się do Metal Church trochę się pomodlić (czasami mi się zdarza) i podziękować za dobrze rozdane karty. Nie widzieliśmy się bardzo długo. Naprawdę było to miłe zdarzenie, a przy okazji załapałem się na chrzciny potomka -  Szanowna Kolegi Małżonka porodziła szczęśliwie 1,2 roku temu - i spotkanie uważam za niewątpliwie udane. Kolega ten nauczył mnie na przykład słuchania Metalliki lat temu 20, a także Sacred Reich, Megadeth, Testamentu, Anthraxu i w ogóle całej tej ciężkiej muzy, która towarzyszy mi od 1990 roku i to nieustannie. Pamiętam jak chłopaki pojechali na koncert do Chorzowa na Metallikę i AC/DC 13 sierpnia 1991 roku. Nie mogłem tam być i jak mi potem opowiadał o koncercie to się popłakałem ze wzruszenia autentycznie. Takie wspomnienia kruca pompka.]:->

 

W podsumowaniu – na dzień 11 lipca 2011: wszystko tutaj jest piękne, really. A już najbardziej serceJulek Maziówkaserce, który ma 4,5 roku i jest niesamowitym chłopakiem. To facet, który nieustająco mnie zadziwia i tak już będzie do chyba zawsze. A tak ku pokrzepieniu dla oglądaczy mojego filmu powiem, iż w przygotowaniu jest drugi odcinek, który pojawi się w sieci rybackiej w tym roku.

 

Oto link do pierwszej części. To w oczekiwaniu na mój debiut literacki:

 

http://www.youtube.com/watch?v=HM3Q9jKNQpU

 

Pozdrawiam!!!

Mazik

 

   

 

 

 


oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

MIRABELLA NEWSLETTER

czwartek, 30 czerwca 2011 15:47

 

MIRABELLA – LATEST NEWS

 

Informuję, iż aktualnie trwają prace redaktorskie nad dopracowaniem tekstu mojej debiutanckiej powieści zatytułowanej: „MIRABELLA”. Jak łatwo się domyślić Mirabella jest to imię pewnej kobiety, ale... na razie nie zdradzę nic więcej i zapraszam już dzisiaj na premierę książki, która spodziewana jest w niedługim czasie. W międzyczasie i w wirze prac przygotowawczych dokonuje się również wybór okładki. Z propozycji jakie otrzymałem od wydawcy wybrałem jedną opcję, która po niewielkiej modyfikacji i dopracowaniu najprawdopodobniej pod koniec lipca ozdobi dzieło mojego skromnego autorstwa. Jak tylko będę miał kolejne informacje w kwestii szczegółów dostępności oraz promocji książki na pewno poinformuję Was o tym niezwłocznie na moim blogu.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Mazz the Motherfuckin’Writer


oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"MIRABELLA"

poniedziałek, 06 czerwca 2011 15:14

"MIRABELLA”

 

coming soon

 

the best novel ever

 

IN BOOKSTORES ALL OVER THE COUNTRY IN MID 2011

 

PLEASE STAY TUNED FOR MORE NEWS.

 


oceń
6
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"ŁUT I NAPARSTEK" - poem

piątek, 20 maja 2011 10:57

„ŁUT I NAPARSTEK”

 

Zawieszony czekam na wyrok sumienia

Dwudziesty gehenny rok przeznaczenia

Szlifowane ostrze przeszywa tętnicę

Zgubiłem tor wchodząc w nieznaną ulicę.

 

Arterii latarnie śpią w pień wygaszone

Spoglądają na nie me oczy zdziwione

Wyznaczą stan duszy odwrotnie parzysty

Sumieniem bez echa ostanę się czysty.

 

Bezodblask latarni zachodzi swym cieniem

Tożsamy odważnie scalony z  istnieniem

Tym które od dawien w mej głowie lokuję

Na szczęścia naparstek we śnie wyczekuję.

 

Świat stanem obecny w nadziei na zmianę

Nie szukam stron gorszych, wyściubiam za bramę

Tam światła promienie popieszczą i zgasną

Stąd pójdę dziś dalej w świat drogą mą własną.

 

Bywały dni dobre dziś stan zawieszenia

Poszukam wyjaśnień dla mego sumienia

Co mnie nie zdeptało wnet doda mi mocy

Podążę pomimo czarniejszych chwil nocy.

 

A gdy już dostrzegę ślad przeobrażenia

Poczuję raz jeszcze błysk dla współistnienia

Z sił całych lecz z wdziękiem uniosę to wieko

Wyskoczę z maszyny co zmierza daleko.

 

Nie czas to na zmiany, ni rzucić to wszystko

Wysiądę w czas jazdy z bagażu walizką

Z pociągu co w tunel swój skład bystro toczy

Mgły świata innego nie ujrzą me oczy.

 

Tak dziś odwieszony w krainie sumienia

Dwudziesty to pierwszy mój krok współistnienia

I ostrze stępione nie rani boleśnie

Kolejny łut szczęścia odnajdę znów we śnie.

 

Mikołaj Maziarz, 19.05.2011

 


oceń
5
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

"ZAPŁACZĘ" - wiersz

środa, 13 kwietnia 2011 14:22

"Zapłaczę”

 

Przychodzi zupełnie nowy dzień

Wczoraj tak pięknie było żyć

Minęła niespełna godzin garść

Tak trudno mi w tej chwili być.

 

Wczoraj jeszcze w radości stopiony

Zrywałem maki na łące pobliskiej

Nagle ktoś walcem przejechał po niej

Nie ma już ze mną osoby bliskiej.

 

Nie ma we mnie już jej zapachu

Pozostał po nim zatarty ślad

Poszukam w sobie wspomnień swoistych

Zebrało się zdarzeń przez tyle lat.

 

Smutną wydaje się owa historia

Skrajnie przygnębia opisem treści

Wszystko zmyślone, a śmierci ulga

Nikomu z żywych w głowie nie mieści.

 

Pisząc słów więcej o stanie odejścia

Zapisem pokoleń przechodzę do sedna

Życie mam jedno, wątpliwość tu zbędna

Śmierć równie szczęśliwie jest tylko jedna.

 

Cieszę się życiem, raduję ze śmierci

Po stronie odwrotnej świat wiele się zmienia

To przewrót na lepsze, bo śmierć to też życie

W krainie wiecznego snu zadowolenia.

 

A gdy sam pożegnam najbliższą mi postać

I stanę przed próbą mej wiary, nadziei

Zapłaczę, lecz pewność, że świat się nie kończy

Utworzy w umyśle zasadność idei.

  

 

 


oceń
3
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"TYTUŁEM" - POEMAT

poniedziałek, 14 marca 2011 11:06

 

POEMAT:

 

„Tytułem kontemplacji drogi własnej napisał poeta

 

Wyrazy

 

Istotne

 

W

 

Wersach

 

Wybranych”

 

 

Wierszowany człowiek

Wybrał drogę nędzy

Należy się gaża

Czyż nie dla pieniędzy?

 

Wybrał ścieżkę własną

Popularnie mówiąc

Oddał się marzeniom

Z nudów w nozdrzu dłubiąc.

 

Wczesne lata spieprzył

Przecież nie posolił

Brzdękiem strun ujmując

W tańcu się pitolił.

 

Się zbyt obcyndalał

Bez pardonu onym

Twardo opadł w końcu

Na łożu tłuczonym.

 

I dopiero Alfred

Dał mu pieniądz, sławę

Warto było czekać

Stwierdził jedząc strawę.

 

A pozostać sobą

Dar to jest największy

Tylko odejść w szczęściu

To przywilej większy.

 

Na końcu tej drogi

Spotkać zrozumienie

Wcześniej w blasku słowa

Przefrunąć przez ziemię.

 

Ziemia, co przyniosła

To, co dała z woli

Własnej albo cudzej

Człowiek we swej roli.

 

Oddaje moc ciałem

Duchem swym zadusznym

Mimo przypadłości

Z nadciśnieniem usznym.

 

Czy kto kiedy słyszał

O tej przypadłości

Nigdy żaden połknął

Rybę pełną ości.

 

Filet albo bilet

W zależności wielkiej

Zjadaj tudzież kasuj

Ku zmyślności wszelkiej.

 

Życzmy sobie wzajem

Prośmy czym życzliwiej

Wzajem czy też pod nią

Brał korzyści chciwiej.

 

Nie zaś dawać chętny

Ten, kto drogę własną

Wybrał poprzez konta

Światła miasta gasną.

 

Świeczką krzesząc wiarę

Grzejąc nią nadzieję

Pijak pod warzywnym

Ledwo, co się chwieje.

 

Zdecydował czynem

Mamrotanym słowem

Takie jego życie

Jakim myśli w głowie.

 

Takim życie twoje

Gdy pomyślisz o mnie

Nigdy nie mów nigdy

Działaj nader skromnie.

 

Sercem, nie pieniądzem

Dziel tu dobra wszelkie

Byś nie został pustym

W oku dzierżąc belkę.

 

Pieprzę, wierszem solę

Wyznaczając grafik

Splatam słowa piórem

Kura nie potrafi.

 

Ona wszem pazurem

W piasku kaligrafią

Zamykając przekaz

Swoja tu biografią.

 

Nie zdziwi się czytacz

Jej historia krótka

Podsumuję chętnie

Jedząc kurze udka.

 

A na koniec słowem

Wywnioskuję szczerze

Lepiej jeździć Mercem

Niźli na rowerze.

 

W życiu naszym bowiem

W tym jest taka sztuka

Zostać w nimże sobą

Z tego jest nauka.

 

Kto stanie się innym

Oszukując siebie

W sen zapadnie szczęścia

Lecz dopiero w niebie.

 

A na ziemi szanse

Zaprzepaści z miną

Sfrustrowanej szproty

Szanse w mig zaginą.

 

To marzenia bowiem

Sensem i powodem

Dla którego człowiek

Wita świat z porodem.

 

Mikołaj Maziarz, Warszawa, 13.01.2011

 


oceń
5
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

"pikczers paramentny"

czwartek, 17 lutego 2011 11:36

 

 

 „PIKCZERS PARAMENTNY”

 

Zdobył się mężczyzna na do winy przyznanie

Kosztowało krocie, lecz warte było kroku

Wtem poczuł się lekki, tak lekki niesłychanie

Zrzucił sierść zacietrzewienia, na życie spojrzał z boku.

 

Wcześniej nie widział ten w innych kszty racji

Królem czuł się wszechwiedzy, był panem wszechmocy

Aż dzień nadszedł: „To przełom” – stwierdził po kolacji

Przyłożył twarz do poduszki, utopił się w nocy.

 

Ten sus w taflę wody oświecił go jeszcze

Tam w głębinie marzeń dostrzegł plus istnienia

W labiryncie pomyłek, dzisiaj stojąc z boku

Wyszedł człowiek upadły z samozagubienia.

 

A jeszcze przedwczoraj człowieka był strzępem

Lazł w zaparte, łgał, szanując ni siebie

Nie szukał win wewnątrz, szarpywał, był sępem

żerował na słabościach, patrzyli na to w Niebie.

 

Tam komisja wnet zebrała się można i szacowna

Wcześniej kilku ważnych krzyżyk nań postawiło

Zdziwieni lecz przemianą duchową, wymowną

Jak mężczyznę grzesznego tak w noc odmieniło.

 

Powodów ciekawi taśmę przewinąwszy

Na niej film przedstawiał Pikczers Paramentny

Z prelekcji podniebnej oto wniosek wziąwszy

Z tego nieszczęśnika gość już prawie święty.

 

Na drodze przemiany znalazł się tej nocy

Myślą każdą, co przybliża szczęścia drzwi światłości

Stał na krawędzi życia, krok w kierunku zmiany

Wykonał był z polotem, ku lepszej bytności.

 


oceń
3
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

"LEKTURA" - wiersz

piątek, 04 lutego 2011 10:21

 

LEKTURA”

 

 

 

 

 

MIŁO SZukając drogi jest własnej

Trafić wprost w Nobla, choć na drodze niejasnej

Nagrodę i sławę, co nie byle chłystek

Przygarnął nasz Czesław w dorobku wieczystem.

Reymont, Szymborska, Pan Czesio literat

Uznanym był został, laury tym zbierał

A w Wielkiej Trójcy Autorskiej będąc

Talentem swym sprawy uzyskał sedno.

Umysł uwolnił, co był zniewolony

Zostawił on w tyle poświat czerwony

Przemienił za życia w barwę nadziei

Kolor traw, liści, tak duszę wybieli.

Mleka smak duszy, lic blask purpurowy

Rok jedenasty to czas całkiem nowy

W rocznicę piątej do Nieba wyprawy

Dolewam dziś mleka do czarnej mej kawy.

I choć to pozycja, jak mówią, ciekawa

Od w sen tak zapaści uchroni mnie kawa

Nie od dziś wiadomo, choć kawa to lura

Odrzuca człowieka na hasło „lektura”.

                                                                                            

                                                                         


oceń
5
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

"PINOKIO" - WIERSZ

piątek, 14 stycznia 2011 15:44

"pinokio"

 

Stanowczo protestuję przeciwko wszelkiemu stanowi apatii.

Apatia słowem zniechęcenie.

Zniechęcenie słowem znużenie.

Znużenie słowem zanurzenie.

 

Pożółkła łódź podwodna zanurza się w morskim nurcie.

Nurtem rzecznym hurtem.

Hurtem sprzedaży wzrostem.

Wzrostem słusznym rozrostem.

 

Komórek szarych rozrostem szczyci się dzisiaj wielu.

Rozrostem za czasów Peerelu.

Mam dziewczynę w hotelu.

Już ją brałem, nagle przysiadłem w fotelu.

 

Może ona dziewczyną była lecz w zeszłym roku.

Chwilowo przysiadłem.

W głębokim szoku.

Zamiast dziurki wyczułem długiego węża.

 

Czy Pani nie ma już męża?

Nie mam, miałam, ale zaszła zmiana pewna,

Zamieniłam bułeczkę kruchą na szabelkę z drewna

Nie było skórzanych, to przyszyto mi drewniany.

 

Zaskoczenie zaskakuje nas zwykle z zaskoczenia

Nie każdy i nie zawsze włosy kręcone utlenia

Nie wszystek zaiste swoją płeć farbuje

Jednak jak się dotknie, to się wtedy coś wyczuje.

 

Facet nie baba, baba nie chłop, ani w ciemię bita

Teraz facet dziarski, kiedyś diabeł nie kobita

Chciałoby się zawyć z braku możliwości tu zbliżenia

Jednakże dlaczegóż nie spróbować innego systemu leżenia?

 

Szczególnie, że Pinokio między nogi zdarza się dość rzadko

Dobrze nasmarować łotra wtedy pójdzie gładko

Choćby nawet koniecznym było również popieprzyć i posolić

W tym układzie chociaż nie trza męskiej nogi golić.

 

Wniosek z przypowiastki będzie dzisiaj taki

Nie spróbujesz, nie poznasz jakie w życiu smaki

Nową sytuacją sztuka się nie zrazić

Optymizmem pożycia innych tym zarazić.

 


oceń
8
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

FRED ALEX MAZZ, CZYLI SŁÓW KILKA NA TEMAT PEWNEGO MAŁŻEŃSTWA

poniedziałek, 20 grudnia 2010 10:41

Sztuka Aleksandra Fredry zatytułowana “Mąż i żona” ukazuje przerysowane spojrzenie na stosunki damsko-męskie w otoczeniu pewnej szczęśliwej na pokaz pary małżonków. Wacław i Elwira, bo tak zowią się tytułowi bohaterowie satyry, choć w dzisiejszych czasach powiedzielibyśmy raczej pastiszu, prowadzą życie powierzchownie udane i zwyczajne. Okazuje się jednak, że Elwira jest w swoim małżeństwie nieszczęśliwa. Piękny, bogaty, przystojny mężczyzna przed ślubem wiele obiecywał, lecz po zawarciu związku bywał gościem w ich wspólnym domu. Zaniedbywana, sfrustrowana, pozbawiona troski i ciepłych uczuć ze strony współmałżonka znalazła pocieszenie w ramionach Alfreda, przyjaciela domu, który okazał się namiętnym kochankiem, deklarował miłość do deski grobowej. Ona prawdziwie zakochana, gotowa do wszelakich poświęceń w imię szczerego uczucia i niesiona pędem emocji ich potajemnego związku, otrzymuje w prezencie od losu choć chwilę prawdziwego szczęścia. Tak przynajmniej jej się wydaje, w to szczerze wierzy. Bywają momenty, że targają nią sprzeczne emocje, sumienie poddaje pod wątpliwość jej postępowanie, które choć spowodowane przecież obojętnością, oschłością Wacława, jest ni mniej nie więcej tylko, zdradą małżeńską. Alfred zaś przed Elwirą jawi się jako ten, który świadomy niegodziwości „przyprawiania rogów” swojemu przyjacielowi Wacławowi, ma również chwile zwątpienia, w których to chwilach złorzeczy sam na siebie i powątpiewa w sens romansu tych dwojga bohaterów. Tak naprawdę jednak od tego momentu zaczyna się w sztuce prawdziwa szarada romansowo-uczuciowa, która paradoksalnie w tymże domu od dawna się odbywa. Każdy z bohaterów w niej uczestniczy, ale nikt z partycypujących w niej osób nie jest świadomy udziału w niej osób trzecich.

Na początek na jaw wychodzą powiązania miłosne Alfreda z opiekująca się domem, młodziutką Justyną, którą Elwira traktuje jak przyjaciółkę i której ufa bezgranicznie. Alfred prowadzi więc grę na dwa fonty i zarówno wobec jednej jak i wobec drugiej niewiasty świadczy słowem o swym honorze, prawości, miłości i oddaniu. Do oceny czytelnika pozostaje rozsądzenie czy tenże kochaś-podrywacz jest cynicznym draniem, czy może pełnym ludzkich słabości adoratorem, który nie potrafi oprzeć się wdziękom obu pań i obie szczerze miłuje. Zaskoczeniem dla czytelnika okazuje także się to, iż Wacław, który w oczach Elwiry to oziębły i nieczuły, daleki od ideału gbur, również bardzo cierpi w swoim związku i narzeka na marazm i niezrozumienie. Zadurza się w Justynie, która odwzajemnia to uczucie, a w tym samym czasie flirtuje z Albertem, nęcąc obu dżentelmenów swoim wdziękiem i pięknem słowiańskiej urody.

Tytułowi mąż i żona, choć oboje w swym związku nie są szczęśliwi, nie potrafią o tym szczerze porozmawiać, określić swoich potrzeb i pragnień, a tym samym rozwiązać problemów nawarstwiających się od dawna w ich relacjach małżeńskich. Książka-sztuka Aleksandra Fredry okazuje się zupełnie zaskakującą, ciekawą satyrą na szeroko pojęte zagadnienie romansu, flirtu oraz potrzeb i pragnień każdego człowieka ukierunkowanych na płeć przeciwną. Mało prawdopodobne, aby w realnym świecie, w obrębie czworga bliskich osób zachodziły aż takie „przekładańce”, jednakże autor zwraca uwagę, że analogiczne sytuacje zdarzyć mogą się każdemu z nas. Człowiek ma prawo pobłądzić, nie zachować w czas wystarczającej dojrzałości i czujności, aby podjąć w porę skuteczną próbę ratowania swego związku, małżeństwa, narzeczeństwa, czy przyjaźni. W tym stanie zakochania, swoistego sercowego zagubienia, zdolny jest do irracjonalnych czynów, do których w normalnym stanie ducha by się zapewne nie dopuścił. W każdej chwili może okazać się bowiem, że człowiek ten znajduje się na drodze, która wywołana porywem serca, okazuje się zaskakująca nie tylko dla współmałżonka, przyjaciela, ale przede wszystkim dla niego samego i częstokroć nie potrafi z tej drogi w odpowiednim czasie odstąpić.

Paradoksalnie Justyna i Albert są tutaj osobami o najbardziej nadszarpniętej nici moralności. Justyna oszukuje bowiem przyjaciółkę, zwodząc jednocześnie Wacława i Alberta. Albert zaś nie zachowuje należytego taktu i stroni od uczciwej postawy wobec Justyny, Elwiry oraz Wacława. Potrójne krętactwo wychodzi jednak na jaw i za sprawą wielu zbiegów okoliczności wszyscy o wszystkich się dowiadują. To na swój sposób rozwiązuje problemy małżeńskie Elwiry i Wacława, którzy po burzach i przejściach wybaczają sobie i zaczynają nowe, wspólne życie.

Czytelnik bawi się wyśmienicie podczas lektury fredrowskiego dzieła rymowanego. Komedia jest ciekawie obmyślana i wciąga podczas słownej projekcji. Styl pisania i forma zachęcają do sięgnięcia po inne utwory Aleksandra Fredry. Fajny gość z tego Ola, choć czy tak był tytułowany przez przyjaciół, tego już się nie dowiemy. Mnie osobiście nurtuje jednak coś zupełnie innego, a mianowicie pierwowzorem której z opisywanych w sztuce postaci mógł być autor? Albertem czy może Wacławem? Tego także dowiedzieć się nam nie będzie dane. A czy gdyby sztuka pisana była w obecnych czasach wolności seksualnej prawdopodobnie doszedłby jeszcze jeden wątek romansowy w obrębie tej samej płci. To by dopiero było zaskakujące i dodające pikanterii. Ale i tak, bez względu na sytuację polityczną, naprawdę warto zapoznać się z książką „Mąż i żona” autorstwa genialnego twórcy Aleksandra Fredry, bo to kawałek świetnego pisarstwa. Tym czasem. Do siego roku. That’s all folks!

 


oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

ODSZEDŁ LESZEK SCHMIDT - MÓJ PRZYJACIEL

piątek, 19 listopada 2010 16:12

Zmarł w środę 17.11.2010

 

Dopadł go nowotwór.

 

Mój przyjaciel

 

serceLeszek Schmidtserce

 

odszedł dość

 

niespodziewanie.

 

Niespodziewanie dla mnie...

 

Dostałem od niego w tym roku dwie płyty, w których grał na gitarze solowej i będzie to dla mnie pamiątka po niezwykłym człowieku, który do końca swojego życia pozostał młody duchem. Mimo, że miał przecież sześćdziesiąt jeden lat, każdy kto go miał zaszczyt poznać, wiedział, że jego postawa i siły witalne mogły być wzorem dla niejednego z nas. Każdy z nas myślał zapewne, że Leszek będzie z nami jeszcze bardzo długo, ale Bóg zdecydował inaczej. Dowiedziałem się o jego odejściu przed chwilą. Na gorąco więc parę słów o Leszku. Dzisiaj odbył się także pogrzeb, ale nie było mi dane w nim uczestniczyć i bardzo jest mi z tego powodu przykro. Bardzo chciałem tam być. Leszek zmarł w środę, a najdziwniejsze jest to, że jechałem samochodem wtedy w środę wieczorem (w dzień jego śmierci) i pomyślałem nagle intensywnie o nim. Choć rozmawiałem z nim niedawno i informował mnie wtedy, że miał operację i że zaczyna chemioterapię, coś mnie zaniepokoiło. Leszek nie mówił mi niczego negatywnego o swoim stanie zdrowia, tzn. że nowotwór jest już tak zaawansowany. Raczej przedstawiał sytuację w pozytywnym świetle. Dzwoniłem do niego z związku z koncertem Joe Bonamassy, którego Leszek uwielbiał i bardzo się ucieszył wiadomością, którą go uraczyłem. Stwierdził, że jest z nim na tyle w porządku, że „choćby miał na czworaka tam iść, to musi tam być”. Zadzwoniłem do niego na drugi dzień po koncercie i powiedział, że jednak nie poszedł, ponieważ jeszcze był zbyt słaby. Jestem skończonym kretynem, że uwierzyłem mojemu przyjacielowi, że jest tak o.k., a on bardzo chciał w to wierzyć i walczył do końca, był dobrej myśli, że będzie dobrze, a nie domyśliłem się, że widocznie coś było nie tak, skoro nie mógł pójść na Bonamassę. Jestem totalnym idiotą, że zamiast dzwonić do niego codziennie (a tak by było gdybym tylko wiedział, że jest tak źle), ja postanowiłem, że będę kontaktował się z nim co 2-3 tygodnie (wcześniej rzadziej się widywaliśmy, kontaktowaliśmy). I akurat w tym czasie, czyli dwa dni po jego śmierci postanowiłem zadzwonić. Ale było już za późno. Gdybym wiedział odwiedziłbym go w szpitalu. Bardzo chciałbym mieć możliwość ostatni raz z nim porozmawiać. Podziękować mu za to jakim dobrym i niezwykłym był człowiekiem. Za to, jak wielkim dla mnie zaszczytem było to, że mogłem go poznać podczas życia na tej ziemi. Umawialiśmy się w czerwcu tego roku, że pogramy bluesa na dwie gitary u Leszka w domu i sam mu to zaproponowałem, a on z radością się zgodził. Wtedy także wysłałem mu maila, bo trochę niepokoiłem się o jego zdrowie. Napisałem w nim, choć było mi trochę niezręcznie, bo raczej spodziewałem się, że mnie nie posłucha, że martwię się o niego, bo według mnie za dużo pali, a przecież miał już wcześniej problemy zdrowotne, o których nie będę się publicznie wypowiadał. Musiałem mu powiedzieć, że chciałbym, aby żył jak najdłużej i że naprawdę zależy mi na jego długim żywocie. Minęło pół roku, a Leszka Bóg przeniósł do siebie. Tak, to ogromnie egoistyczne, że płaczemy po ludziach, a oni już są w pięknym świecie i patrzą na nas z góry i mówią: „Po co się tak spinasz, człowieku.”.

Nie brałem więc pod uwagę, że dwa tygodnie po naszej rozmowie w związku z koncertem Joe Bonamassy jego już na tym świecie nie będzie. A jednak teraz sobie przypominam, że jadąc w środę tym samochodem przez głowę przeszła mi myśl, że Leszek zmarł. Ale po chwili szybko wyrzuciłem ją ze swojej świadomości, ponieważ stwierdziłem, że mimo choroby, to Leszek na pewno pożyje jeszcze długo i nie chciałem brać pod uwagę innego rozwiązania. W tamtym momencie Leszek przypuszczalnie już nie żył, a może właśnie umierał? Nie mówcie mi, że nic nie ma po tamtej stronie i że wszystko zależy od nas ludzi, i że nad wszystkim mamy kontrolę i nad wszystkim panujemy. Tak nie jest, nie było i nigdy nie będzie i takie sytuacje utwierdzają mnie w przekonaniu, ze racjonalizm w życiu może i pomaga, bo wydaje się nam, że jesteśmy panami tego świata, a tak naprawdę nie jesteśmy nawet mikro-bakterią w bezmiarze istnienia. Tylko ślepy osioł nie zauważyłby magii tamtej chwili, a ja takim idiotą na szczęście nie jestem.

 

Leszek był wielkim, ale to wielkim fanem muzyki. Zarówno potrafił świetnie grać, oraz także zaliczał wszelkie możliwe imprezy rockowe. Chadzał na koncerty wszelkiej maści i naprawdę w ciągu roku bywał na kilkunastu imprezach tego typu nie tylko w stolicy, ale również i na terenie naszego kraju. Kochał muzykę rockową, ale był niezwykle, jak na swój wiek, wszechstronny pod tym względem. Lubił wszystko: od Led Zeppelin, Deep Purple, Carlosa Santany, Eagles, Rolling Stones przez bluesa, po choćby Hetmana, Night Ridera (chodzi na wszystkie koncerty) oraz Metallikę (był m. in. 2 razy w Chorzowie) i autentycznie się tym wszystkim pasjonował. Był też utalentowany muzycznie. Grał niezwykle dobrze na gitarze elektrycznej i świetnie śpiewał. Uważam, że był po części zmarnowanym talentem, co kiedyś mu powiedziałem, ale oczywiście jak to Leszek skromnie zaprzeczył i powiedział, że wcale nie jest taki zdolny, ale według mnie bardzo się mylił. Tak, Leszek był bardzo, ale to bardzo skromny i naprawdę dzisiaj widzę to bardzo wyraźnie. Przy tym wszystkim miał niesamowite zdolności do robienia forsy (wtedy kiedy mu się chciało oczywiście)  i myślę, że zawsze był obrotnym facetem, który miał jak to się mówi „głowę do interesów”. To było widoczne i to bardzo.

 

Leszek, kurcze, szkoda, że zobaczymy się dopiero za kilkadziesiąt lat, czyli wtedy gdy ja wybiorę się na drugą stronę, bo miałbym Ci na teraz jeszcze parę słów do powiedzenia. Na razie mówię więc, że takiego człowieka jak Ty nigdy nie spotkałem, i mam nadzieję, że będziesz dobrze zawsze o mnie myślał, gdziekolwiek jesteś. Ania, gdy powiedziałem jej o Twojej śmierci, pobeczała się jak małe dziecko, momentalnie tak jak ja uświadomiła sobie, że byłeś kimś wyjątkowym dla nas obojga i odchorowuje dzisiaj Twoje odejście. Ja płaczę jeszcze teraz gdy piszę te słowa i mimo, że wiem, że śmierć to nie koniec życia, to jednak będzie mi Ciebie brakowało na tym świecie, w którym odcisnąłeś swój ślad w moim sercu już na zawsze.

 

Nie mam zdjęcia, żeby tutaj zamieścić, ale może załatwię, to jeszcze uzupełnię. A może jeszcze coś dopiszę? Na razie tak na kolanie skleciłem powyższe słowa.

 DZISIAJ JEST KONCERT NIGHT RIDERA I NA NIM JEDEN Z UTWORÓW ZOSTANIE ZADETYKOWANY LESZKOWI.

LESZEK, LET’S FUCKIN’ ROCKIN (IN HEAVEN)!!!

 

Ten utwór Leszek uwielbiał. Jeśli go znaliście – posłuchajcie i pomyślcie o nim, proszę. On na pewno posłucha...

 

http://www.youtube.com/watch?v=jMXXnLSRdBE

 

Jeszcze więc uzupełniam kilkoma zdaniami (dopisuję kilka słów - wtorek 23.11.2010):

 

Leszek chodził co tydzień do Irish Pubu na Miodową (zawsze jak pytał mnie „Idziesz ze mną w niedzielę do IRYSA? – bardzo mnie tym rozbawiał) na koncerty znanej w Warszawie, kultowej grupy 36.6 BAND. Tak się złożyło, że będąc w liceum także miałem okres, że przez kilka miesięcy nie opuszczałem ich koncertów – byli niesamowici i w tamtych czasach grali niezwykle profesjonalnie Beatlesów, Stonesów i wiele innych popularnych utworów-coverów dobrze znanych kapel z lat 60-tych i 70-tych. Kiedyś zgadaliśmy się z Leszkiem i okazało się, że Leszek właśnie jest także ich fanem i aktualnie zalicza każdy występ. Byliśmy wstępnie umówieni, że któregoś razu wybierzemy się tam razem na piwko i ja przypomnę sobie przy tej okazji jak grają panowie z Armenii, którzy tworzą trzon zespołu. No ale jakoś ciągle coś mi wypadało, albo zapominałem o niedzielnym koncercie i w rezultacie nie poszedłem z Leszkiem do IRYSA. Cóż, żałuję, że nie zdążyliśmy się wspólnie tam wybrać, ale obiecałem sobie, że przejdę się tam sam i wypiję jego zdrowie w którąś tegoroczną niedzielę. To będzie wypad na jego cześć i będę wyobrażał sobie, że on tam jest ze mną. A przecież tak właśnie będzie, wiem to na pewno. 

 

Leszek był człowiekiem niezwykłym pod następującym względem. Nie zważał na wiek człowieka z którym obcował, czyli nie ważne było dla niego czy rozmawia z dwudziestolatkiem czy też z siedemdziesięcioletnim człowiekiem – wszystkich traktował tak samo, czyli z perspektywy siebie samego, czyli kogoś, kto czuje się sam jakby był nastoletnim młokosem i to było niesamowite. Miał siwe włosy i czasami ludzie byli zszokowani, że pomimo swego wieku, gdy obcował z młodymi ludźmi, był tak niezwykle ciepły, prostolinijny, bardzo szczery i prawdziwy do bólu. Wyglądało jakby wewnętrznie zupełnie, ale to zupełnie się nie zestarzał i stąd pewnie także moja z nim więź, z której tak bardzo jestem dumny. I jeszcze coś, co stanowi o jego wielkości, a mianowicie miał ogromny dystans do samego siebie. Potrafił się z siebie śmiać i wszelkie swoje przywary traktował z przymrużeniem oka, na wesoło i z wielkim, ale to wielkim dystansem.  Czasem jak ktoś z naszej drużyny SARMACI WOLA - (graliśmy w rozgrywkach 6-stek piłkarskich), w której Leszek kiedyś też należał, choć może nie zawsze grał w meczach, to zawsze był gdzieś w pobliżu i kibicował - pozwolił sobie na jakiś żart skierowany w jego kierunku, nie pamiętam, aby kiedykolwiek się na kogoś obraził, a wręcz przeciwnie. Różnica wieku jaka dzieliła nas trzydziestolatków, a jego faceta prawie dwa razy starszego, nie powodowała, że czuł się jakoś specjalne tym wywyższony i traktował wszystkich zawsze jak kolegów, patrząc na nas ze swojego poziomu jak na równolatków. Powiem szczerze, że nie znałem nikogo takiego jak Leszek i uwierzcie, że był naprawdę człowiekiem pod tym względem wyjątkowym. Wady swoje miał, ale każdy z nas je ma i nikt nie jest doskonały – proste stwierdzenie przy tej okazji. Gdyby ich nie miał, toby dopiero było dziwne. Browarek i fajki – ale któż z nas nie lubi przypiwkować, choć akurat palić osobiście nie koniecznie.

 

Generalnie naprawdę go lubiłem, i naprawdę żałuję, że nie ma go wśród nas. I tak naprawdę zrozumiałem to po dopiero jego śmierci – głupie prawda?

 

 

 TYLE WIĘC, A CZY JESZCZE BĘDZIE CIĄG DALSZY TO CZAS POKAŻE...

 

 


oceń
9
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

MORCHEEBA

czwartek, 04 listopada 2010 11:38

MORCHEEBA 

 

znalazłem się z własnej woli na koncercie trip-hopowego zespołu MORCHEEBA, który przyjechał do nas z wysp brytyjskich i który wcale nie jest ostrym metalowym składem, ani tym bardziej nie przypomina niczego, co podobało mi się do tej pory. Trip-hop - muzyka mało związana z hip hopem: melodyjna, perkusja, bas, klawisze, gitara, wprowadza nas w pewien trans, zabiera nas w miłą podróż muzyczną, kładzie duży nacisk na stronę wokalną, która tworzy nastrój. A wszystko zaczęło się, gdy dostąpiłem szczęścia i zaszczytu wysłuchania po raz pierwszy i nie ostatni utworu  ENJOY THE RIDE  z repertuaru tej właśnie grupy. Oczarowany kompozycją postanowiłem sięgnąć po płytę, z której pochodzi wyżej wspomniany kawałek i okazało się, iż to DIVE DEEP. Nie znałem nazwiska ani jednego (ani nawet dwóch, tym bardziej trzech, ani dziesieciu) członka zespołu, ale dowiedziałem się z obszaru-strefy sieci net, że zespół powołali do działania bracia ROSS i PAUL GODDFREY w roku 1995. Następnie zamówiłem na allegro.pl, choć broń Lordzie, nie jestem tak zwanym zapalonym, przypalonym allegrowiczem, powyższy album w miękkiej okładce i czekałem na przesyłkę, by zapoznać się z pozostałymi utworami. Płyta spodobała mi się i klimat ogólno-muzyczny przypadł mi do gustu, co uaktywniło dalsze zainteresowanie. Odkryłem, że na Dive Deep śpiewa kilku wokalistów i wokalistek (w Enjoy The Ride na przykład JUDIE TZUKE, w innym fantastycznym GAINED THE WORLD kobieta o pseudonimie MANDA). Okazało się także, że generalnie w kapeli z wysp (tam wszyscy chodzą wyspani) na większości albumów śpiewał zupełnie ktoś inny, a mianowicie dziewoja o ciemnej karnacji o personaliach SKY EDWARDS, z którą podobno to od zawsze kojarzony był ten oto kwintet muzyczny. Rzeczywiście z czasem przekonałem się, że to właściwy opis sytuacji. Jeśli Morcheeba na przestrzeni piętnastu lat stworzyła powiedzmy osiem płyt długogrających i tylko na dwóch z nich nie użyczyła swojego głosu, to uznałem, że tak właśnie musi to wszystko wszem i wobec prezentować się. Nadarzyła się okazja, by pomimo, iż znałem tylko jedną płytę, ba, nigdy nie słyszałem, jak śpiewa SKY, zobaczyć zespół Morcheeba na żywca. Raz się żyje – pomyślałem – i poszedłem 6 października 2010 do klubu Stodoła. Nazwa klubu jest dość przygnębiająca, bo kto by chciał mieć Sto-dołów. Lepiej przecież zwyżkować przez całe życie, a wszystko to without prozak, a z ciepłym, porannym kakao, które to sam osobiście stosuję ostatnio, czyli w okresie przejściowym jesienno-zimowym. Wiadomo zimno się zrobiło i trzeba się jakoś ratować. Kakao – genialny kop. Zabierze Cię na inną planetę. Ostatnio oglądałem Świnie W Kosmosie.

 

Wylansowany w okularze a la Tyrmand plus wypasiony czarny kapelusz, nie wspomnę o 3-dniowym zaroście – tak wyglądałem pięknie - sam to muszę nieskromnie przyznać i tu niespodzianka: otóż, okazało się, że przynajmniej połowa fanów kapeli nosi okulary Leopold Style. Nie wyróżniałem się więc jakoś specjalnie pod tym względem, no może z lekka czarnym kapeluszem, bo w sumie w środowisku morcheebafanów nie zanotowałem ani jednego, natomiast okazało się za chwil kilka, iż w podobnym ciemnym nakryciu głowicy wystąpił na scenie basista zespołu. Nie miał zarostu aż tak okazałego, ale lekki meszek się spod skin surface gdzieniegdzie wydobywał, którą owinięta była jego czaszka, lub głowa - jak ktoś woli bardziej przystępne nazewnictwo anatomiczne. Przeszedłem się wiele razy po poziomie parterowym, zajrzałem to tu to tam, napotkałem Wujka Samo Zło, który jak zwykle czesał reportaże, wywiady, fotosy za które biedak dostaje tak marną forsę, że szkoda słów, ale w porządku to naprawdę chłopak. Onegdaj zamieniliśmy parę zdań na koncercie innego zespołu i porozumieliśmy się na polu HG JLB. Usiadłem przy stoliku i niczego nie zamówiłem, natomiast obserwowałem, medytowałem, marzyłem i byłem kontent, że się tam znalazłem. Zauważyłem, choć proszę nie poczuć się dotkniętym, po prostu stwierdzę suchy fakt, że fani Morcheeba to osobnicy raczej zamożni (widać po markowych ciuchach i zadbanych paznokciach), można by nawet użyć stwierdzenia „bananowa młodzież” lub ludzie, którzy osiągnęli pewien status korporacyjno-społeczny, który pozwala im na zakup drogich perfum i słuchanie w ich oparach ulubionego zespołu. No i są w większości wykształceni i znają języki – rozumieli to, co mówiła ze sceny wokalistka po angielsku. Przypuszczam, iż podczas wspólnych imprez w klubach, domach, mieszkaniach prywatnych niejeden joint-skręt idzie jest w obrocie, co potęguje zapewne zdefiniowaną w nazwie podróż, czyli trip. Trawki raczej nie palę – mam odrazę do dymu papierosowego w każdej postaci, ale uświadomiłem sobie, że jestem okropnie ograniczony nie uczęszczając wcześniej na tego typu koncerty. Zamknąłem się na schemat tak zwanego „metalu”, ewentualnie ciężkiego rocka i nigdy, albo prawie przenigdy, nie byłem na koncercie wykonawcy, który prezentuje odmienny styl. Secundo, doszedłem do wniosku, że znacznie sympatyczniej przebywać jest mi w takim przyjemnym środowisku, w którym ludzie nie tylko używają miłych dla nosa wód toaletowych i dezodorantów (Fa, Rexona), ale również się od czasu myją i to daje bardzo pozytywny efekt ogólny w powietrzu klubowym. Poza tym podczas sztuki nie skaczą dziko jak te małpy człekokształtne po zjedzeniu banana z dopalaczem, nie pogują, nie pocą się przy tym jak przysłowiowe babo-chłopy z podmiejskiego autobusu, nie upijają się na żelbeton, a raczej delektują pieczołowicie przygotowanym przez barmana drogim drinkiem. Tutaj mówiłem o samym sobie. Wszystko zapewne po to, aby zapamiętać z koncertu wszystko, co najważniejsze i warte zarejestrowania. Podsumowując, nie wytwarzają klimatu ogólnej trzody, co spowodowało, że czułem się w tymże, bezczelnie przeze mnie zaszufladkowanym środowisku miłośników MORCHEEBA BAND, naprawdę jak ryba piła w wodzie utlenionej.

 

Przejdźmy do członków, nikomu nie ubliżając.

 

SKY EDWARDS to królewsko niesamowita kobieta. Czarna. Nie biała, a naprawdę czarna skóra i powiem szczerze, że okazała się skromną, bardzo utalentowaną wokalnie i wesołą niewiastą (zastanawiam się czy nie nadużywam ostatnio tego słowa) z mikrofonem. Śpiewała zabójczo, usłyszeć ją na żywo było wielkim pozytywnym przeżyciem. Polecam Wam wszystkim. W zespole basista-kapelusznik, z którym poczułem pewną więź duchową na kanwie tegoż kapelusza, stał spokojnie z lewej strony sceny i wygrywał, tym samym nie przegrywając, swoje partie basowe. Po lewej - patrząc z perspektywy mnie stojącego na posadzce oczywiście. Za nim za zestawem perkusyjnym rzecz jasna spoczywał perkusista. A gdzieś tam po przeciwległej do niego stronie, ale na tej samej wysokości zasiadał klawiszowiec z nieziemską plerezą typu AFRO. W prawej strefie królował lider zespołu – gitarzysta ROSS GODDFREY, bardzo sympatyczny man, który przez cały koncert popijał tequilę, którą zapijał piwem od czasu do czasu wypowiadając słowo lub zdanie w języku brytyjskim. Był tak więc najwyraźniej rozumiany. Butelczyna stała na stole dj-owsko-scratch-ującym, przy którym operował młody muzyk, a pomiędzy tymi sprzętami beatującymi Sir Ross Goddfrey postawił butelkę meksykańskiej wódki i w przerwach między utworami dolewał sobie procentowej zawartości do duralexowej szklanki. Zastanawiałem się czy nie jest przypadkiem uzależniony, skoro nie może obejść się przez półtorej godziny bez voodkovego antidotum na stres związany choćby z ciągłym koncertowaniem. Nie to, żebym znowu się czepiał, ale z czystej ciekawości chętnie bym się doinformował w tej materii. No nie wiem, może i się wciągnął, w końcu tyle lat w mapetszołbiznesie to niejeden zaprzyjaźnił się z butelką, a w skrajnych przypadkach zakumplował ze skrętem. Teraz więc lekki skręt i lecimy z krótką opowieścią o marihuanie. SKY i ROSS przez cały koncert pytali publiczność czy ktoś ma marychę przy sobie. Tak do końca to nie wiem, czy to był żart czy na serio mówione, ale taki był motyw przewodni. SKY zapytała publikę jak jest MAN po polsku i gdy tylko ktoś z pierwszego rzędu oświecił ją, że szukany wyraz to „FACET” dostała ataku śmiechu i nie mogła się powstrzymać przez następne pięć minut. ROSS na to, że może by się przestała brechtać, bo to zdaje się dla nikogo na sali nie jest śmieszne, ale ta się nie przejmowała i ...była bardzo, ale to bardzo sobą. Zażywała jakieś lekarstwo, bo podobno była przeziębiona. Miała na sobie piękną, kolorową suknię, którą sama uszyła. Stworzyła wraz z zespołem niezwykły, pomimo, iż koncert odbywał się w dużym klubie, klimat kameralnego pokazu wielkich umiejętności i talentu – plus kontakt z publicznością: poezja. Naprawdę fantastyczna babka z tej SKY EDWARDS, bo jej osobowość powala, jej uroda zniewala, jej głos rozkłada na glebę. Cóż, parafrazując tekst, a właściwie ostatnią linijkę, pewnej piosenki grupy Faith No More chciałoby się napisać i skierować te słowa prosto do Pani SKY, czyli do NIEBA:

 

„You can trust me

I am no criminal

But I’d kill my mother

To spend a month with you” 

 

He, ciekawe co na to powie moja żona...

 

Setlisty nie mogę podać, bo nie znam tytułów. Delektowałem się muzą, bez zgłębiania nieistotnych szczegółów. Zupełnie jak nie ja. To piękne zdarzenie i nieoczekiwane. Czarna SKY i wszystko, co niebiańskie. Nie jestem rasistą, ani antkiem-semitą. Toleruję nawet hetero-homo-transseksualistów, którzy zmienili płeć z człowieka mężczyzny na kobietę czarną owcę turnieju. Polska-Peru 5:1...Boniek do Buncola i życie znowu jest takie piękne!!!

 

Bywajcie.

 

LINK: ENJOY THE RIDE (feat. JUDIE TZUKE)

 

(LINK PÓŹNIEJ)


oceń
4
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

GITARY I SMYKI - PROJEKT "NIGHT RIDER SYMPHONY"

piątek, 08 października 2010 13:37

KONCERT

 

NIGHT RIDER SYMPHONY

 

4 LISTOPADA 2010  WARSZAWA

 Uwaga!!! Z powodów socjotechnicznych koncert przełożony na wiosnę ludów 2011. 

 

Ogłaszam wszem i wobec, że za niecały miesiąc w Stolicy, choć nie tylko, bo także i w całym kraju,  będzie miało miejsce wielkie wydarzenie muzyczno-artystyczne, w którym pierwsze skrzypce, dosłownie i w przenośni, odegra wokalista i frontman projektu NIGHT RIDER SYMPHONY Paweł Kiljański, prywatnie ktoś mi niezwykle bliski. 4 listopada 2010 bowiem pojawi się w sprzedaży w salonach Empik niezwykła płyta, którą uświetni koncert zespołu w Teatrze „Szóste Piętro" Michała Żebrowskiego w Pałacu Kultury I Nauki w Warszawie. Tam też wystąpi kilku znakomitych artystów-muzyków, którzy wchodzą w skład wspomnianego przeze mnie projektu i są nimi:

 

 

 

  • CHRISTOPHE DE VOISE  - dyrygent (gościnnie)
  • MAREK PIEKARCZYK - wokalista (gościnnie)
  • MAŁGORZATA AUGUSTYNÓW - UJEK - wokalistka, aktorka
  • PAWEŁ KILJAŃSKI - wokalista
  • JACEK ZIELIŃSKI - perkusja
  • PAWEŁ PENKSA - instrumenty klawiszowe
  • JAROSŁAW MICHALSKI- gitara basowa
  • WALDEMAR SZOFF - gitara

 

O wyżej wymienionych muzykach informacji zasięgnąć możecie w internecie, między innymi na stronie zespołu, którą podam za chwilę.

Z wiadomych względów chcę Wam przybliżyć postać mojego przyjaciela, którego wkład w cały projekt jest oczywiście bardzo znaczący (informacja wzięta ze strony zespołu, lekko przeze mnie zmodyfikowana).


Paweł "Kiljan" Kiljański

 

 

Jeden z najzdolniejszych i najbardziej niedocenianych polskich wokalistów. Poprzez wrodzony talent i oryginalna barwę głosu stworzył przez lata obecności na polskim rynku muzycznym szczególną jakość. Charakteryzuje go profesjonalizm i rzetelność w podejściu do pracy twórczej, a jego możliwości sceniczne odpowiadają w stu procentach temu, co potem znajduje się na nagraniach studyjnych. Odcisnął trwały ślad na historii polskiego rocka, któremu poświęcił ostatnie 20 lat życia.

Swoją karierę muzyczną zapoczątkował w latach 1987-89 śpiewając w warszawskich grupach rockowych Sanktuarium i Jeep. W roku 1990 wraz z Jarosławem Hermanowskim utworzył zespół Hetman, w którym grał i nagrywał do roku 2006 (z pięcioletnią przerwą  1996 - 2000). Zaśpiewał na sześciu albumach Hetmana: "Do Ciebie gnam" (1990), "Złe Sny" (1993), "Czarny chleb i czarna kawa" (1995), "Kolędy"(2001), "Hetman Live - 15 lecie zespołu" (2005), "Skazaniec" (2006).

Wraz z zespołem Hetman bywał częstym gościem rozmaitych programów telewizyjnych i radiowych, do których zaliczyć można m. in. telewizyjną "Muzyczną Jedynkę" oraz popularny na początku lat 90tych program "Luz", w którym pojawiło się w tamtym okresie większość rozpoznawalnych artystów z obszaru polskiej sceny rockowej, takich jak IRA czy Closterkeller.

Popularny „Kiljan" nagrał również duet z Kasią Kowalską, uznaną polską wokalistką. Była to „hetmanowa" aranżacja utworu Boba Marleya "No woman no cry", który umieszczony został jako bonus track na pierwszym wydaniu albumu „Czarny Chleb i Czarna Kawa". W roku 1992 grupa Hetman miała zaszczyt otwierać największy w historii polskiej muzyki rockowej koncert stadionowy - na rzecz dzieci zarażonych wirusem HIV - projekt zainspirowany przez Marka Kotańskiego - pod szyldem "Niech świat się do Nich uśmiechnie". Event transmitowany był w telewizji publicznej i oglądany na żywo przez 70-tysięczną publiczność. Na powyższym koncercie wystąpili na jednej scenie z legendą hard rocka, brytyjską formacją Uriah Heep.

W latach 1996-2000, czyli w okresie, w którym przerwał współpracę z Hetmanem, wraz z Piotrem Pruskim (Emigranci, Syndia) utworzył zespół Katmandu, z którym nagrał materiał na płytę oraz zagrał szereg koncertów. W 1998 został wyróżniony i nagrodzony nagrodą dla najlepszego wokalisty na festiwalu rockowym "Rock-Oko" w Warszawie, na którym zaprezentował się z wyżej wymienioną formacją. Nagrodę osobiście wręczał mu Czesław Niemen, człowiek-legenda polskiego rocka.

W roku 2000 powrócił do współpracy z zespołem Hetman i nagrał trzy kolejne albumy z tą grupą. Rok 2005 - zespół Hetman zagrał kilka koncertów w USA na festiwalu "Taste of Polonia" w Chicago oraz udzielił kilku wywiadów dla tamtejszego radia i telewizji.

W międzyczasie Paweł współpracuje również z innymi muzykami należącymi do czołówki polskiego rocka m.in. z członkami zespołu Wilki.

W roku 2006 w wyniku rozpadu grupy Hetman, Paweł Kiljański wraz z Radkiem Chwieralskim i Jackiem Zielińskim zakładają zespół NIGHT RIDER. Band rozpoczyna intensywną działalność koncertową. Przygotowuje obecnie kompozycje na debiutancką płytę, która ma ukazać się w roku 2011. Night Rider komponuje także zagrzewające do walki utwory dla czołowych polskich bokserów wagi ciężkiej, m. in. dla Krzysztofa „Diablo" Włodarczyka i Pawła „Harnasia" Kołodzieja. Tworzy także utwór dla Tomasza "Byka" Bonina, który towarzyszy mu już do końca kariery przy wejściu na ring. Zagrany na żywo na Gali Boksu Zawodowego w Kętrzynie, w maju 2006 r., wspiera Bonina, który zdobywa wtedy tytuł Mistrza Świata wagi ciężkiej.

W sierpniu 2007 z inicjatywy muzyków grupy NIGHT RIDER Pawła Kiljańskiego i Jacka Zielińskiego oraz Wandy Majcher (Dyrektor Fundacji Kopernikowskiej w Chicago) powstaje projekt

NIGHT RIDER SYMPHONY 

                                                                           
PIERWSZY W HISTORII KONCERT ZESPÓŁU ODBYŁ SIĘ 9 listopada 2008 w Chicago /USA/ w Harris Theater na Gali 20-tego Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce.
                                                      
                                                                  

PO DWÓCH LATACH WYCHODZI DŁUGO OCZEKIWANA PŁYTA, NA KTÓREJ ZNAJDĄ SIĘ NASTĘPUJĄCE KOMPOZYCJE:

                                                                                

1. UWERTURA - Christophe de Voise
2. W GROCIE KRÓLA GÓR -"W grocie Króla Gór"- Edward Grieg
3. NIE TRZEBA NIEBA - "Bourrée in E minor"- Johann Sebastian Bach
4. CARPE DIEM - "Rondo alla Turca" - Wolfgang Amadeus Mozart
5. Z TOBĄ NA WIECZNOŚĆ - "Jezioro Łabędzie"- Piotr Czajkowski
6. CHOPIN - Fryderyk Chopin:
       Preludium e-moll, op.28 no.4,
       Etiuda Rewolucyjna c-moll,
       Polonez As-dur op.53,
       Walc Es-dur op.18
7. RYCERZ - "Trepak" z suity "Dziadek do orzechów"- Piotr Czajkowski
8. ROMANS HISZPAŃSKI - Christophe de Voise
9. CORRIDA - "Carmen" - Georges Bizet
10. MATKA NOC - "Sonata Księżycowa" - Ludwig van Beethoven
11. CZTERY PORY - "Cztery pory roku" - Antonio Vivaldi
12. O FORTUNA -"Carmina Burana" - Carl Orff
13. Z TOBĄ NA WIECZNOŚĆ - "Jezioro Łabędzie"- wersja specjalna -
       z gościnnym udziałem Marka Piekarczyka (TSA)

 

 

 

Dla zapoznania się z rozmachem i klimatem zbliżającego się debiutu zapraszam na promujący płytę teledysk z utworem

 

W GROCIE KRÓLA GÓR

 

którego premiera miała miejsce 10 października.
MISTRZOSTWO ŚWIATA...

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=WHcpa7S0vSU

 

 

 

OTO LINK DO STRONY NIGHT RIDER SYMPHONY dla osób zainteresowanych listopadowym koncertem i śledzeniem losów zespołu, który jak przypuszczam zdobędzie wkrótce sławę i pieniądze, no w każdym razie tego mu z całego serca życzę:

 

http://www.nightrider.webserwer.pl/nrs/nrs.htm

 

 

GRUPA DZIAŁA WIĘC DWUTOROWO I OPRÓCZ PROJEKTU SYMFONICZNEGO JAKO GRUPA „NIGHT RIDER" PROWADZI DZIAŁALNOŚĆ STRICTE ROCKOWĄ.

 

 

ZDJĘCIA, TELEDEYSKI, WIĘCEJ MUZYKI na

 

www.nightrider.pl

 

INFORMACJA BĘDZIE ZNAJDOWAĆ SIĘ NA TEJ STRONIE DO 4 LISTOPADA.

 

ZAPRASZAM I DO ZOBACZENIA NA KONCERCIE!!!

 

 

 

 


oceń
2
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

PO PROSTU KOLEJNY ZWYCZAJNY WPIS

środa, 15 września 2010 15:17

 

Kilka spraw się zebrało. Zapraszam.

 

Po pierwsze secundo, ostatnimi czasy odbył się coroczny zlot zawodników warszawskiego Sarmaty, a konkretnie drużyny, której losy opisane są na tym wytworze internetowym, zwanym bloogiem. Odbywa się on zawsze w pierwszy weekend września. Oldboye spotykają się i nie grają w piłkę. Zabrakło kilku, aczkolwiek Ci, którzy przybyli zostają niniejszym uhonorowani przez Radę Drużyny w składzie Ronnie Rogerio de Zenek oraz Mike McMazz de la Juliusz - Orderem Odrodzenia  Dolnego Przywidza i Krzyżem Kawalerskim (Ci, co są nieżonaci) Orderu Odzyskania Przez Polskę Węgierskiej Górki Z Rąk Węgierskich Brathanków. Wczoraj zastanawiał się mój syn nad wyższością musztardy węgierskiej nad angielską i jak dotąd nie dobiegł do żadnych wniosków. Spotkanie tradycyjne wypadło naprawdę tradycyjnie wspaniale i wszyscy, którzy przydreptali i nie dali przysłowiowej dupy, zasługują na nasz dozgonny szacunek i miłość. Pozostali niestety w niektórych przypadkach zachowali się delikatnie rzecz ujmując nieodpowiednio i oblali nas przysłowiowym ciepłym mlekiem prosto od krowy dojnej. W związku z tym Panowie Oficerowie otrzymujecie żółte kartki na mięso od Rady Drużyny, a pozostali, którzy byli wiedzą, co takiego stracili. Tak, poszli my w wyśmienitym składzie się trochę zabawić i trafiliśmy na mistrzowską imprezę w jednym z warszawskich klubów pod postacią Walczaka. Maharadża Kawuru może coś na ten temat powiedzieć, ale nie powie, gdyż po latach przeistoczył się w Maliniaka i tak mu zostało do dzisiaj. Metal Up Your As!

 

Druga kwestia, której nie mogę nie zasygnalizować publicznie, to powrót na forum ogólne, po dwudziestu latach przerwy, genialnego, kultowego, według mnie najlepszego w historii Polski programu satyrycznego, czyli ZA CHWILĘ DALSZY CIĄG PROGRAMU z udziałem WOJCIECHA MANNA, KRZYSZTOFA MATERNY, GRZEGORZA WASOWSKIEGO I SŁAWOMIRA SZCZEŚNIAKA. Na kanale Comedy Central od ostatniego weekendu prezentowane są owe programy w odcinkach - sobota 20.30 i niedziela 20.30. Szczególnie zachęcam do oglądania osoby młodsze, które nie miały okazji zapoznać się z tamtym wybitnym tworem kabaretowym i nawet trochę się obawiam, że niektóre parodie, skecze, czy też inteligentne analogie do pewnych sytuacji mogą być dla niektórych niezrozumiałe. Jednak mimo wszystko polecam gorąco wszystko, co w fabryce tej zostało wyprodukowane, co powinno być lekturą obowiązkową dla każdego Polaka, tak samo jak serial Stanisława Barei ALTERNATYWY 4. „Kuchnia pełna niespodzianek" - choćby dla tej jednej pozycji warto się zapoznać z programem. Żeby przybliżyć Wam rodzaj humoru, który tam znajdziecie, prezentuję poniższy skecz i zapraszam na sobotę godzina 20.30. Tego, że tak powiem, nie wolno przegapić. Don't you dare, lover:

 

http://www.youtube.com/watch?v=t0dAUd5Kw4Y&feature=related




Jestem pod miażdżącym wrażeniem Czesława Mozila. Ktoś, kto robi takie rzeczy jak ten chłopak, zasługuje na powiedzenie, że jest to postać w swej skromności genialna, niezwykle szczera w swoim przekazie i jak dla mnie co najmniej wybitna. Nie należy do zwykłych artystów. Powiem więcej, tacy ludzie jak on mogą nazywać się prawdziwymi, szczerymi twórcami, którzy jak łatwo zauważyć podczas swoich prezentacji scenicznych scalają się z siłą nie z tego świata. Niewielu jest muzyków, którzy sięgają niedostępnych na tej ziemi wibracji, którzy są zesłani na ten świat, aby oddać jemu coś naprawdę niezwykłego, niesamowitego, nieosiągalnego w normalnych warunkach. Moje oczy to widzą, a czy Wy też to widzicie?

 

Oto Czesław, który dotyka Nieba

http://www.youtube.com/watch?v=xYDQ7tdpYDI&feature=related

 

 

Niedawno miałem przyjemność uścisnąć mu dłoń, a właściwie „przybić piątkę", gdy spotkałem go na koncercie Acid Drinkers. Nie bardzo miałem chęć przeszkadzać Czesiowi w rozmowie, ponieważ siedział przy stoliku z Anią Brachaczek (oboje zaśpiewali gościnnie na ostatniej płycie A.D.) i szykowali się do występu na scenie, ale wystarczyło spojrzeć chłopakowi w oczy i można było dostrzec w nim ten niesamowity błysk pasji i wielkie ciepło od niego bijące. Następnym razem pogadamy. What promised will be done.

 

Nie wiem skąd to się bierze, ale mam szczęście do spotykania Tytusa, czyli Tomasza Pukackiego w różnych sytuacjach i miejscach na przestrzeni ostatnich osiemnastu lat, od kiedy chadzam na ich koncerty. Ostatnio także myślałem o tym i zastanawiałem się czy i tym razem stanie się coś takiego, że go spotkam. Nie znamy się osobiście, ale miło jest zamienić kilka zdań z frontmanem ulubionego zespołu, przywitać się, chwilę pogadać z poznaniakiem. Niesamowite było to, że stanąłem w jakimś przypadkowym miejscu w klubie i po pięciu minutach widzę, że prosto na mnie idzie Tytus. Niezwykle się ucieszyłem, nie musiałem nic mówić, po prostu spojrzałem na niego i przybiliśmy „pięć". Także na koncercie wyłapałem dwie „piątki" ważnych dla mnie ludzi z czego jestem bardzo zadowolony, ba, bardzo szczęśliwy. Patrzcie jak to niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. Chciałbym kiedyś współpracować z Czesławem i Tytusem przy jakimś moim projekcie literackim. Nie wiem jeszcze co to by mogło być, ale wierzę, że kiedyś to nastąpi. Mogłaby to być ekranizacja mojej powieści, w której obaj zagraliby główne role, no i jeszcze oczywiście Marek Bukowski do kompletu. Może napiszę scenariusz? A może jakiś recital moich wierszy, które mogliby wykonać wspólnie. No w każdym razie coś jest na rzeczy w mojej głowie i wiem, że to się kiedyś stanie. No other way.

 

Szczerze mówiąc, powiem Wam coś, co jest dość osobiste, ale chcę być szczery w tym co robię. Zdarza mi się płakać po napisaniu wiersza, wtedy kiedy czuję, że to zrodziło się ponad mną, jakby ktoś mówił mi co pisać, tak jakby ktoś dawał mi niezwykłą moc, którą tylko wystarczy wykorzystać i to wszystko, co mogę zrobić. Zawsze uświadamiam sobie to na sam koniec, gdy widzę i czytam, to co powstało. Nigdy podczas. Jak piszę pochłania mnie proces tworzenia i zapominam o wszystkim dookoła. Tak i na koniec przychodzi to niezwykłe uczucie, które jest niepowtarzalne i niesamowite. Hmm, cóż, to się tak właśnie odbywa. Ciekawe czy to jest odczuwalne przez innych, tak jak odczuwam ja, gdy słucham choćby Czesława, a to imię akurat bardzo lubię, bo mój bohater, dziadek z Górna, także miał tak właśnie na drugie imię, które obrał sobie je sam jako pierwsze. No to teraz Czesław w czymś wyjątkowym, co wszyscy znacie, ale temu oprzeć się nie sposób. Check it out:

 

http://www.youtube.com/watch?v=Is_hiXpAIPo

 

 

Właśnie - GÓRNO - moje miejsce. Tam czuje się jak u siebie i to jest bardzo interesujące dla mnie doświadczenie. Dochodzę do wniosku, że mogę je nazwać moją drugą ojczyzną, bo już zawsze będę migrował pomiędzy tamtą niesamowitą mieściną, a stolicą, w której się urodziłem i w której od zawsze mieszkam. Czuję, że muszę i chcę bywać tam znacznie częściej niż raz do roku, co napawa mnie wielką radością i optymizmem. Świadomość, że odnalazłem to miejsce w sobie, w moim sercu, choć to nie miejsce jedyne, jest dla mnie ważne i znaczące oraz utwierdza mnie w przekonaniu, że idę w tej materii właściwą drogą. Coraz to więcej takich jedynych i odpowiednich dla mnie ścieżek odkrywam i będzie ich coraz więcej, tak czuję. Kiedy zamieszkam w Górnie na stałe? Na to pytanie w tej chwili nie znam odpowiedzi, ale wiem, że taki dzień nadejdzie i nie martwi mnie czy będzie to za pięć czy dwadzieścia lat. Mam pewność, choć nie wiem skąd ona się bierze, że taki dzień kiedyś nastąpi.

 

Miałem ochotę wybrać się tam na weekend 29-31 października, ale uświadomiłem sobie, że przecież wypada akurat wtedy Święto Zmarłych i może być problem z organizacją logistyczną podczas objazdu grobowego. 29go miałem zaliczyć koncert pewnej grupy rockowej, posiedzieć ze dwa dni i powrócić, aczkolwiek teraz mam dylemat i nie podjąłem jeszcze ostatecznej decyzji.

 

Wybieram się natomiast, chyba już na jakiś trzydziesty koncert w moim życiu kapeli - tutaj uwaga niespodzianka - ... Acid Drinkers... dnia 23 października do oddalonego od Warszawy z dwadzieścia kilometrów Mińska Maz. No zobaczymy jak to wyjdzie i jak logistycznie zorganizujemy ten wypad z Lukasem, oraz mam nadzieję, że jeszcze ktoś się z nami wybierze, bo pomysł wyszedł właśnie od Luke'a, aby zaliczyć wspólny koncert poza Warszawą i ja go poparłem obiema rencamy i nogamy oraz kończyną środkową. W ogóle jak będę uprawiał wolny zawód chcę zaliczyć całą trasę Acidów. Z tym znacznie łatwiej i taniej, niż w przypadku Metalliki, choć do tej ostatniej także się przymierzam w dłuższej perspektywie. Nie wiem czy już o tym pisałem, ale... kocham mojego synka, który fantastycznie zadebiutował w roli przedszkolaka. Jest w grupie Żabek i ma znaczek Samochód-Żółwik. Taki znaczek hiphopowo-automobilny.

 

Julek niedługo skończy 3 lata i 8 miesięcy, a już z początkiem przyszłego roku będziemy obchodzili jego czwarte urodziny. Zdjęcie z ostatnich wakacji, czyli rodzinka moja nad morzem wypoczywajetsa i w pełnym relaksie delektuje się zapachem domku letniskowego. Kolega Juliański jak zwykle daje się we znaki i rozśmiesza nas do łez. A łzy radości są pozytywne w każdym przypadku eskalacji poczucia humoru naszego syna i śmiejemy się wspólnie we trójkę z każdej kolejnej scenki rodzajowej z kategorii „w oparach absurdu" and many many more situejszyns. Uwielbiam przytulać mojego Julka i dawać mu poczucie bezpieczeństwa. Jest takim wielkim naszym wspaniałym skarbem, bez którego życie nasze było by poważnie nudne i bezpłciowe. A tak to daje MAŁY MAZIK z siebie wszystko i nie pozwala zapomnieć o swoim istnieniu ani na chwilę. Cały czas uczę się cierpliwości i wyrozumiałości dla Julka specyficznego, acz niezwykłego stanu umysłu, i choć czasami sobie jeszcze nie radzę, przynajmniej nie tak jakbym chciał, staram się być jak najlepszej myśli, co do jego przyszłości i tego, że ma dużą szansę być naprawdę w pełni samodzielnym i niezależnym facetem. Tak właśnie będzie. Tak będzie na milion procent. Kocham Cię, Juleńku Stachu Mazzboy'u.

 

A oto nasza duma:

 

  

 

I NA KONIEC „ZA CHWILĘ DALSZY CIĄG PROGRAMU" I DOKTÓR WERNER. Wypas, DEARS!

 

http://www.youtube.com/watch?v=1pDjbKryXdY

 


oceń
3
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

"GOŁĄBEK"

środa, 01 września 2010 14:17

 „GOŁĄBEK"

 

Na fiordów padole łzy płyną matczyne

Od dnia mych narodzin po kresu zagadkę

Za wcześnie dziś wybrzmiał sygnał, by odejść

Do świata innego rozłożył Bóg kładkę.

 

Dziecina piękna, niewiasta tak młoda

Zamiast w kołyskę zapadła się łąk raj

W miłość swej matki, w ramiona ojcowskie

Wtuliła na zawsze tak błogo zrodzona.

 

Jej zapach i oddech, choć tutaj niebytem

Nie-stanem ciała na wieki znaczony

Przyfrunął i został w najbliższym dlań świecie

Gołąbek śnieżny w ten dzień narodzony.

 

Anielskie życie zaczęło się w Niebie

A ci, co zostali niech cieszą się na wieść

Mogę być dzisiaj, gdzie być chciałby każdy

Kto raz choć przestąpił próg niebiańskiej bramy.

 

Spotkanie wyśnione, ten stan zewsząd przyjdzie

Nie minie Wam w myślach czas dłuższy niż ziemski

Wstań matko z radością, dzień taki jest piękny

Nadejdzie nagrody radości byt wszelki.

 

Będę stać zawsze za Wami jak skała

Orężem do życia dziś Was poprowadzę

Wiarą, nadzieją, przejdziemy przez mękę

Co krzyżem za życia zostało zadane.



 DLA BLANKI@)-->-->-- SEE YA SOON, LITTLE GIRL.

 

 


oceń
7
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

WSZYSCY INNI I INNI

czwartek, 19 sierpnia 2010 11:02
 

WSZYSCY INNI - film produkcji niemieckiej, choć jak na niego szedłem byłem pewny, że to francuska robota. Nie za bardzo lubię ten dialekt, kojarzy mi się z filmem Pancerni Czterej i Sobaka, czyli Szarik i tam słyszało się „schnella, schnella" stosunkowo często z ust aktorów, którzy grali niemieckich żołnierzy. Jednak nie o język przecież tutaj chodzi, a o przekaz jaki niesie ze sobą kilka tysięcy, albo milionów, klatek na taśmie filmowej cyfrowej w powyższej propozycji erefenowskiego reżyserki.

 

Para młodych ludzi, w wieku na podbite oko, moim i mojej żonki, pokazuje nietypowy, niecodzienny styl bycia, zarówno w kontakcie między sobą, jak i w symbiozie z otoczeniem, czyli ludźmi mniej lub bardziej przypadkowo napotkanymi. Cóż tyle. Byłem na pokazie popremierowym na 21.15 i pod koniec wyświetlania filmu, a seans trwał dwie ubite godziny, lekko przysypiałem. Film był jak dla mnie na tak późną porę trochę za mało „akcyjny", choć w ogólnej ocenie jednak atrakcyjny. Czytając zapowiedzi, że pozycja pokazuje inność pewnej pary, która poprzez swoje ekstremalne zachowania napędza swój związek, robi wszystko, aby uchronić go od marazmu codzienności, na który cierpi większość par w tym kraju, oczekiwałem (nie wiedzieć czemu) jakiś skoków na bungee albo spadochronie i tym podobnych szaleństw. Moje nastawienie mnie trochę zgubiło w całości odbioru i sam sobie jestem winny, bo film był jednak warty zobaczenia, nietypowy, interesujący. Jedyne co ekstremalne to wyskok głównej bohaterki przez okno, ale czy to przeżyła to już musicie sami się przekonać udając się na film „Wszyscy inni" produkcji germańskopodobnej. A w kwestii podobieństw do mnie i do mojej łajf, to zauważyłem tego mnóstwo. Okazało się, że nasz związek nie jest taki wcale pospolity, a wręcz przeciwnie, bywa zupełnie zaskakujący. Podobnych zachowań jest stosunkowo sporo, choć nie powiem które z filmu akurat odpowiadają naszej własnej odmienności. I na koniec jeszcze pewną sprawę muszę opisać. Nie jest to film o idealnej parze, ale o ludziach bardzo nieidealnych, którzy naprawdę się kochają, ale nie znaczy to wcale, że nie wyrażają uczuć wprost, zarówno pozytywnych i negatywnych, i którzy są niedoskonali i jeszcze tego nie próbują ukrywać. Siłą ich związku jest, po pierwsze, bezkompromisowość, po drugie, niezależność i margines prywatności każdego z partnerów, po trzecie nikt nie udaje, że jest kimś innym i dlatego mają cały czas paliwo, aby ciągnąć na swój specyficzny sposób ten prosty układ kobieta-mężczyzna. Wiele możecie dobrego dla własnych związków zapożyczyć, choć oczywiście wyłuskać tylko najwartościowsze rzeczy myślę powinniście. Tych mniej fajnych nie adoptujcie na własny grunt. Dlaczego? A to nie wiem. Tym też zakończę i pozdrowię najcieplej, najserdeczniej, jak tylko potrafię, czyli staropolskim: Gódbaj Blu Skaj, Dear Schnappi. Mik - Wasz Niedorzecznik Prasowo-Kulturalny. 5th Klepka Missing.

 

NO PHOTO

 

DZIENNIK 1954 - to nie film, a książka napisana w specyficznych okolicznościach stalinowskich lat pięćdziesiątych. Autor, którego bardzo cenię za styl i siłę przekazu, opisał trzy miesiące swojej wegetacji w Polsce Ludowej zarządzanej przez stalinowski walec. W tym czasie żył sobie fantastyczny Kot Leopold i marnotrawił swój talent na nie robieniu niczego. To znaczy pisał, ale władza blokowała jego teksty, książki i wszystko, co tylko tworzył. Jako, między innymi, propagatora zgniło-kapitalistycznego jazzu na gruncie peerelowskim, na kanwie bloku wschodniego, oraz jako głosiciela odważnych i niepochlebnych ówczesnemu systemowi myśli przewodnich oraz rzeczywistych osądów na temat sytuacji, a może raczej wegetacji ludności naszego kraju. Sfrustrowany, żyjący w umiarkowanej, ale w jednak biedzie, zauważający absurdy i zakłamanie środowisk literackich powiązanych z władzami komunistycznymi opisał dziewięćdziesiąt dni, które są niezwykłą lekturą. Leopold Tyrmand to wspaniały człowiek, świetne pióro, które bardzo mi się podoba. Jest to książka nad którą trzeba się maksymalnie skoncentrować, aby wyłapać wszystkie niezbędne szczegóły, informacje, powiązania, opisy mnóstwa osób, o których śmiało Tyrmand się wypowiada. Przykład. Proszę bardzo: Jego przyjacielem był Stefan Kisielewski i z nim toczył dyskusje na różnorakie tematy - obaj świetnie się rozumieli i wiedzieli co jest w państwie grane, co w czerwonej trawie piszczy. Natomiast Obywatel Zygmunt Kałużyński był z tego drugiego obozu i przedstawiony przez autora jako oportunista, korzystał z przywilejów dostępnych dla tych ludzi, którzy wspierali władzę najwyższą i nieomylną. Wystarczy przytoczyć przykład: Kałużyński jako wspaniały krytyk literacki bardzo negatywnie ocenił książkę Hemingwaya For Whom The Bell Tolls, tylko dlatego, że pochodziła ze zgniłego zachodu. A wiadomo, że wszystko, co niesocjalistyczne, było godne najwyższego potępienia. Kazali mu to napisał. Zdarza się w najlepszej rodzinie. Jednakże pomimo zdania jakie miał Tyrmand o Paniu Zygmuncie (jak go Raczek nazywał pieszczotliwie, ciekawe czy uprawiali seks) zawsze jak się spotykali, a zdarzało się do dość często, chętnie dyskutowali i jednak jakimś tam szacunkiem Tyrmand Kałużę darzył niewątpliwie. Starał się zrozumieć jego wybór, motywy postępowania. Sam jednak był konserwatywny i nie złamał się nigdy pod naciskiem władzy. Potem wyemigrował do Francji i U.S.A., gdzie zmarł w 1986 na atak serca przebywając na wakacjach na Florydzie. Tyrmand ma ładną córkę, która przypuszczalnie go nie pamięta. Podobna do ojca, natomiast Father Leo nosił fajne jak na tamte czasy okulary, które dopiero teraz, po 60 latach, okazują się być w Polsce powszechnie popularne. Też sobie takie sprawiłem. Takie jakie teraz przywdziewają wszyscy, których znam i w niektórych przypadkach lubię- czarne ramki prostokątne. Reasumując - pozycja obowiązkowa - a Tyrmand skończył pisać Dziennik 1954 w momencie, gdy po latach negacji jego twórczości władze w końcu zgodziły się niespodziewanie wydać Złego, jego pierwszą powieść, którą mam zamiar niedługo i w końcu przeczytać. Zbieram się do tego szmatt czassu albo jeszcze dłużej. Ale fakt jest taki, że niełatwo księgę powyższą kupić czy zlokalizować w mojej bibliotece publicznej. Za słabo szukam? Can be... Jedno jest pewne. Nie ma lepszego od Darka Dziekanowskiego. Ciao!

 

 

 Rebbeca Tyrmand

 

 

NAD RZEKĄ, KTÓREJ NIE MA - jeden z moich najukochańszych filmów polskich. Dla mnie pozycja niewątpliwie kultowa. Takich filmów mało powstało w naszym kraju. Po raz pierwszy miałem przyjemność obejrzeć go w roku 1992-93 jakoś. Od tamtej chwili wszedł do kanonu obrazów, które nigdy mi się nie nudzą, i które mogę oglądać non stop. Marek Bukowski, Joanna Trzepiecińska, Mirosław Baka, Andrzej Mastalerz, Adrianna Biedrzyńska. Genialna jest ostatnia scena, która wyzwala we mnie poczucie, że tutaj wszystko jest możliwe, ale każdy z nas wykorzystuje jakieś dziesięć procent swojego potencjału umysłowego. Tak, można by powiedzieć po angielsku: Nothig is Beyond You. W ogóle klimat miejsca, klimat postaci występujących w filmie jest niesamowity, wzbudza poczucie nieokreślonej tęsknoty za tym, co zostało za nami, czego nam brakuje. Tęsknoty za niewinnością, beztroskimi chwilami naszej młodości, uganianiem się za pięknymi dziewczynami, piciem taniego wina i marzeniami. A marzenia są najważniejsze. Miłość jest najważniejsza. Tak, te dwie rzeczy powodują, że jesteśmy ponad tym, co przeciętne i pospolite. Od tamtego czasu bardzo lubię Marka Bukowskiego, który jest jednym z moich ulubionych aktorów. Chciałbym się z nim kiedyś wybrać na zimne piwo. Kto wie, może coś takiego nastąpi soon?

 

Pięknie i pozytywnie przedstawiona jest w tym filmie wszechobecna nuda małomiasteczkowa, specyfika miast jemu podobnych. Choćby to, że w jego głównym punkcie znajduje się bar, w którym wszyscy się spotykają i znajdują tam ukojenie. Tym ukojeniem jest wino, tudzież kufel piwa z wkładką, które są najwspanialszą rozrywką. Nuda, bezrobocie, powszechny, subiektywnie umiarkowany alkoholizm, który staje się codziennością, to atrybuty szczęścia i zwyczajności kolejnego dnia. Ale niesamowite jest to, że kiedy oglądam powyższy film po raz kolejny i kolejny, tę moją kochaną produkcję w wyśmienitej obsadzie, za każdym razem i ciągle chciałbym do tego filmu autentycznie wejść. Tak jak bohaterowie Ucieczki z Kina Wolność, innego filmu polskiej produkcji, ale o nim innym razem i nie na pewno. Znalezienie się wewnątrz tej historii jest jednym z moich największych marzeń. Nothing is Beyond You. Skoro tak, to w to wchodzę. Wy, marzyciele, którzy wierzycie, że wszystko jest tutaj możliwe, również śmiało wskakujcie do filmu na prosty ryj. Cóż, folks. Do zobaczenia. Nad rzeką, której nie ma. Mazz loves ya!!!

  

Marek Bukowski i Joannna T. / bOOK SOLO but older


oceń
3
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 27 listopada 2014

Licznik odwiedzin:  186 802  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

GODAR - kapela kolegi

METALLICA LIVE

SWIFT

O moim bloogu

Life's amazing!!! KONTAKT: vel.krawczyk@wp.pl

Statystyki

Odwiedziny: 186802
Wpisy
  • liczba: 222
  • komentarze: 807
Galerie
  • liczba zdjęć: 33
  • komentarze: 3
Bloog istnieje od: 2914 dni

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl